Statystyka jest do bani, a faceci sami skazują się na porażkę.
23 czerwiec 2026
Wartość p = 0,05? Moja wartość dla cipki jest nieskończona!

Kiepskim pomysłem jest ocenianie własnej atrakcyjności wyłącznie przez reakcje partnerki. Jest to błąd poznawczy oparty na zbyt małej próbie. Buduj własną wartość poprzez działanie, osiągnięcia i rozwój, zamiast uzależniać ją od opinii jednej osoby.
Widzisz, to kobiety inicjują 70% rozwodów, więc nie mogę wkurzyć żony!
Nienawidzę statystyki. Otwarcie wyśmiewam ludzi, niezależnie od tego, czy zgadzam się z ich wnioskami, czy nie, kiedy się nią posługują. Pod koniec zrozumiesz dlaczego. I dlaczego faceci, którzy się na niej opierają, sami skazują się na porażkę. Oraz dlaczego jest to jedynie zastępczy sposób wyrażania lęku przed kobiecą dezaprobatą.
Cała dziedzina statystyki opiera się na założeniu, że możemy coś zmierzyć, ekstrapolować dane, analizować je i na tej podstawie wyciągać wnioski. Dzięki danym możemy formułować wnioski i przewidywania, a następnie dostosowywać do nich swoje działania i zachowanie. I podobnie jak słuchanie kanadyjskiego polityka, który machaniem ręki próbuje przykryć własne nieudolne rządy, opowiadając wyłącznie o swoich dobrych intencjach, jest to równie bezproduktywne.
Najlepszy cytat, jaki kiedykolwiek padł na temat statystyki, brzmi: „Kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki.”
Źle przeprowadzona analiza statystyczna jest prawdopodobnie najłatwiejszym sposobem, żeby sprzedać dowolną bzdurę, zarówno innym, jak i samemu sobie.
Wystarczy wrzucić do jednego worka kilka różnych scenariuszy, policzyć kilka korelacji krzyżowych i testów t, i voilà, masz wartość p mniejszą niż 0,05, a więc wyniki nadające się do publikacji.
Jeśli nie wiesz, czym jest wartość p, to jest to miara określająca, w jakim stopniu obserwowany wynik można przypisać przypadkowi, a w jakim badanemu zjawisku.
Wartość p = 1 oznacza całkowity przypadek.
Wartość p = 0 oznacza całkowity brak wpływu przypadku.
Kiedy patrzysz na NAUKĘ!, to właśnie wartości p < 0,05 oczekują te wszystkie prestiżowe czasopisma naukowe. To arbitralnie przyjęty próg. Nie istnieje żadne prawo mówiące, że wymaganie bardziej rygorystycznych kryteriów nie byłoby lepszym rozwiązaniem. Oczywiście istnieje też mnóstwo sztuczek pozwalających „podrasować” wartość p.
Nie będę ich tutaj omawiał, ale wiedz jedno, możesz ufać takim wynikom mniej więcej tak samo, jak hinduskiemu handlarzowi używanych samochodów, który zapewnia cię, że robi dla ciebie świetny interes.
I tutaj pojawiasz się ty. Żonaci faceci używają swoich żon jako jedynego wskaźnika tego, czy sami stają się bardziej atrakcyjni. Wiem o tym, bo rozmawiam z facetami próbującymi poprawić swoje kiepskie życie seksualne. Faceci okłamują samych siebie. Znajdują jedno z miliona miejsc oferujących samorozwój i obiecujących, że staną się najlepszą wersją siebie.
Zaczynają nad sobą pracować. Twierdzą, że robią to „dla siebie”. Ale przestają natychmiast po tym, jak dostaną trochę seksu. Potem wracają do dawnych nawyków. I znowu go tracą. Żony coraz mniej ufają temu „nowemu tobie”. Cykl powtarza się. Za każdym razem jeszcze mocniej.
Faceci twierdzą, że są swoim własnym mentalnym punktem odniesienia, ale jednocześnie narzekają, że ich żony stają się coraz bardziej neurotyczne i że powinni przestać próbować być bardziej atrakcyjni. A przecież właśnie to jest konieczne. Stając się bardziej męskim i bardziej atrakcyjnym, sprawiasz, że twoja żona albo dziewczyna będzie zachowywać się bardziej kobieco i bardziej neurotycznie.
Ja odczytuję ich głupotę mniej więcej tak:
„Cześć. Stałem się bardziej atrakcyjny, a moja żona zaczęła zachowywać się bardziej jak kobieta. Jak mogę to naprawić?”
Nie wiem, z jakiego powodu, ale faceci są albo wychowywani, szkoleni, albo instynktownie szukają kobiet, które pod każdym względem są mężczyznami… poza tym, że mają cipkę. Zapisują się do programów mówiących o samorealizacji, narcyzmie (i wynikającym z niego egoizmie), a potem wykorzystują aktualny stan emocjonalny swoich żon jako jedyne kryterium oceny tego, czy zdali egzamin.
Ilu facetów pyta o opinię inne kobiety?
Ilu mężczyzn wykorzystuje reakcje własnej żony jako wskaźnik tego, jak sobie radzą i czy ich wartość na rynku seksualnym, rzeczywiście rośnie, niezależnie od tego, czy chodzi o wygląd, pewność siebie, osobowość czy cokolwiek innego?
Założę się, że takich z drugiej grupy jest znacznie więcej niż garstka, a z pierwszej prawie nie ma nikogo. Faceci uwielbiają być ludźmi od arkuszy kalkulacyjnych.
Facet od arkusza kalkulacyjnego
Więc spotkajmy się z nimi na ich własnym boisku i zobaczmy, co tak naprawdę robią. Wyciągają wnioski i formułują hipotezy na podstawie jednego jedynego punktu danych. Zadają pytanie dotyczące całej populacji na podstawie jednej próbki. Jak na ludzi, którzy tak bardzo chlubią się swoją racjonalnością, jest to po prostu absurd.
Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaję mężczyznom, brzmi:
Problem polega na tym, że twoja żona nie chce się z tobą pieprzyć, czy na tym, że żadna kobieta nie chce się z tobą pieprzyć?
A skoro dysponujesz tylko jednym punktem danych, to wiesz, jaki jest margines błędu?
98%.
To tak ogromny margines, że praktycznie nie ma żadnej wartości. Gdyby twoją grupą docelową było 10.000 kobiet, musiałbyś wejść w interakcję z około 370 z nich, żeby móc wyciągnąć wniosek przy 5-procentowym marginesie błędu i 95-procentowym poziomie ufności.
Współpracują z nami doktorzy statystyki zajmujący się seksuologią, więc przynajmniej tak mi powiedziano, te liczby się zgadzają.
Żeby naprawdę wiedzieć, jak sobie radzisz, musiałbyś wejść w interakcję z taką liczbą kobiet i sprawdzić, jaki odsetek z nich faktycznie uzna cię za atrakcyjnego. To oznacza, że jeśli jesteś jednym z tych facetów, którzy pozwalają swojej żonie być jedynym arbitrem tego, czy ich seksualna wartość rynkowa rośnie, to jesteś skazany na porażkę przez błędną interpretację statystyczną.
Mogę ci to wyjaśnić. Możesz nawet zgodzić się z tym intelektualnie. A i tak będziesz robił dokładnie to samo. Mam tylko nadzieję, że przynajmniej będziesz na tyle świadomy, żeby zauważyć, że właśnie to robisz.
Rollo Tomassi obszernie pisze o gynocentrycznym porządku społecznym i pokazuje na przykładach codziennych norm, jak przejawia się on w naszym życiu. Niezależnie od tego, czy chodzi o religię, presję społeczną czy wiszący nad głową miecz Damoklesa w postaci prawnej i finansowej ruiny (i tak, to rzeczywiście istniejący oraz celowo stworzony zestaw rozwiązań, który kobiety wprowadziły), końcowy efekt jest taki sam.
Mężczyznom coraz trudniej rozmawiać ze sobą nawzajem. Coraz trudniej samodzielnie weryfikować własne hipotezy. Innymi słowy flirtować. Już teraz religijna „grzeczna dziewczynka”, która to czyta, dostanie szału. Przecież nie jest złą żoną.
Jedyny powód, dla którego mężczyźni mieliby robić coś takiego, jest taki, że są napalonymi psychopatami i nigdy nie powinni rozmawiać z inną kobietą, mając w sercu pożądanie. Świeckie religie (czytaj: feministki albo Kanadyjczycy) z kolei będą jęczeć i biadolić o różnicach wieku:
„Ona miała tylko 25 lat. Przecież to właściwie jeszcze dziecko!”
A mężczyźni, którzy sami mają zbyt małą wartość albo zwyczajnie się boją, będą wymyślać moralne nakazy tylko po to, żeby powiedzieć tym mężczyznom, którzy mają jeszcze jakiekolwiek szanse:
„Usiądź. Przestań próbować.”
To wszystko jest konkurencją seksualną polegającą na ścinaniu najwyższych drzew. Nie myślimy o tym w ten sposób, tak samo jak nie zastanawiamy się nad tym, jak nasze serce utrzymuje się przy życiu. Instynkty nie przejmują się twoimi uczuciami.
W książce Frame piszę o Killologii, czyli nauce zajmującej się zwiększaniem skuteczności na wojnie. W skrócie nauczyliśmy się, że znacznie skuteczniej jest ominąć nasze moralne opory niż próbować je zmieniać. Dlatego proponuję mężczyznom strategię, która pozwala lepiej ocenić własne seksualną wartość rynkową.
Podziel wszystkie możliwe interakcje z kobietami na kolejne etapy, od uśmiechu i kontaktu wzrokowego aż po seks.
Czujesz się swobodnie, uśmiechając się do nieznajomej.
Czujesz się swobodnie, mówiąc „cześć”.
Czujesz się swobodnie, prowadząc luźną pogawędkę.
Może nawet swobodnie flirtujesz.
W pewnym momencie pojawia się jednak granica, po przekroczeniu której zaczynasz odczuwać dyskomfort. Każdy z nas ma ją w innym miejscu. Ja upraszczam to do jednej zasady: Nic do gardła, nic pod spódnicę.
Kiedy wyznaczysz sobie taką granicę, możesz robić wszystko aż do tego momentu z pełnym przekonaniem, że nie łamiesz bezwarunkowego zaufania kobiety, która akurat może, ale nie musi, mieć ból głowy w dniu twoich urodzin.
Najlepszy przykład, jaki przeczytałem od jednego z chłopaków, dotyczył mężczyzny siedzącego z kobietą w pokoju hotelowym podczas konferencji służbowej. Rozmawiał z nią w seksualnie prowokujący sposób, sugerując, że zamieni pilota od telewizora w dildo, podczas gdy ona leżała na łóżku i podniecała się na samą myśl o tym. A potem po prostu wyszedł.
Będę pod wrażeniem, jeśli któremukolwiek z was uda się choć trochę zbliżyć do czegoś takiego, zanim zaczniecie pocić się ze stresu. Najważniejsze w tym facecie było jednak to, że miał pewność siebie i świadomość własnej wartości. Dzięki temu przestał godzić się na seks z obowiązku ze strony swojej żony, lepiej znosił odmowy i dostawał ich coraz mniej.
Istnieją setki subtelnych sygnałów zdradzających, że facet regularnie uprawia seks. Nie da się ich udawać. Nie potrafimy ich nawet opisać. Ale nasz gadzi mózg doskonale je wychwytuje.
Cały sens stworzenia takiego obejścia polega na tym, że możemy zacząć zbierać dane i budować męską samoocenę. Działamy inaczej niż kobiety. Kobiety mają wartość wpisaną w sam fakt swojego istnienia, czyli komórki jajowe są cenne, a plemniki tanie. Większość kobiecej samooceny polega po prostu na wierze w samą siebie i pozwoleniu, aby męskie pożądanie wykonało resztę pracy.
U mężczyzn to tak nie działa. Dlatego terapia oparta na rozmowie jest bezużyteczna.
Komunikacja jest bezużyteczna.
Uczucia się nie liczą.
My musimy coś osiągać.
Rzeczy wykraczające poza naszą strefę komfortu. Każde takie osiągnięcie zwiększa naszą samoocenę i dodaje odwagi do podejmowania jeszcze większych wyzwań.
To pętla sprzężenia zwrotnego. I jedyny sposób, w jaki funkcjonujemy.
Kilka uśmiechów i mrugnięć okiem prowadzi do kilku rozmów.
Kilka rozmów prowadzi do „przypadkowego” otarcia się o nasze ramię.
To z kolei prowadzi do sytuacji, w której dziewczyna dyskretnie wciska nam numer telefonu podczas sąsiedzkiego grilla. Facet nigdy nie musi obawiać się, że „przypadkiem” zdradzi swoją żonę. Ma wyznaczoną granicę. A kiedy do niej dochodzi, po prostu przestaje eskalować sytuację.
Kobiety nie mają takiej możliwości. Ich doświadczenie seksualne składa się z kolejnych bramek „nie”.
To mężczyzna inicjuje. Ona tylko nie musi powiedzieć „nie”.
To mężczyzna eskaluje. Ona tylko nie musi powiedzieć „nie”.
To mężczyzna prowadzi ją do sypialni. Ona tylko nie musi powiedzieć „nie”.
Mężczyźni muszą sprawiać, że każdy kolejny krok w ogóle się wydarzy. Niektórzy faceci na to narzekają. Moim zdaniem to najlepsza rzecz na świecie i właśnie dlatego nigdy nie chciałbym być kobietą.
Wszystko, co nam się przydarza, wydarza się dlatego, że sami doprowadziliśmy do tego swoją wolą. Dlatego „przypadkowa” zdrada żony jest równie absurdalna, jak przypadkowe zbudowanie sylwetki kulturysty po pierwszej wizycie na siłowni.
A kiedy zbierzesz już wystarczająco dużo danych, będziesz w stanie z pełnym przekonaniem odpowiedzieć na pytanie, które zadałem wcześniej. To zdecydowanie twoja żona nie chce się z tobą pieprzyć.
Bo istnieje cała lista kobiet, które z przyjemnością rozważyłyby możliwość zastąpienia jej. Faceci zachowują się inaczej, kiedy mają wybór.
A kobiety natychmiast wychwytują te subtelne sygnały świadczące o tym, że facet uprawia seks, może go uprawiać albo będzie go uprawiał z kimś innym, jeśli ona nie będzie chciała. Świadomość, że jakaś inna kobieta chce przelecieć jej faceta, działa lepiej niż hiszpańska mucha.
A jeśli za bardzo martwisz się tym, że przypadkiem zdradzisz, że twoja kobieta stanie się niespokojna, rozpłacze się albo wpadnie w złość; jeśli jej stan emocjonalny jest punktem nacisku, który utrzymuje cię w ryzach, to powinieneś zainteresować się statystyką bayesowską i nauczyć się wyciągać wnioski z kolejnych zdarzeń.
Na podstawie takich obserwacji powinieneś oceniać, jak zmienia się prawdopodobieństwo występowania określonych zdarzeń. Nie jestem odpowiednią osobą, żeby tłumaczyć, na czym to wszystko polega i jak to robić. Nienawidzę statystyki. I nie zrozum mnie źle.
Twoja kobieta będzie zła. Będzie płakać. Będzie na ciebie krzyczeć. Może próbować zagadać cię stekiem bzdur, żeby odciągnąć cię od twojego własnego celu: zrozumienia swojej wartości, zwiększenia swojej wartości i wykorzystania swojej wartości. Zignoruj to.
Gdyby naprawdę zależało jej na waszym życiu seksualnym, byłaby jego chętną i entuzjastyczną uczestniczką. Przestałaby brać leki z grupy SSRI, które zabijają pożądanie. Przestałaby mieć ciągłe bóle głowy. Unikałaby trzytygodniowych miesiączek. Po prostu uprawiałaby seks. Dobry. I często.
A jeśli nie…
Cóż, wtedy masz już statystyki potwierdzające, że problemem nie jesteś ty. To ona nim jest.
Istnieją rozwiązania. Jeżeli cenisz siebie na tyle, żeby z nich skorzystać, możesz być dzięki nim szczęśliwy. Albo przynajmniej zadowolony.
Na szczęście twoja wierność staje się teraz świadomym wyborem, a nie łańcuchami założonymi ci przez kobietę, która boi się cię stracić, podczas gdy ty boisz się rozgniewać bóstwo płodności ubrane w dresy i chodzące wiecznie z pretensjonalnym nastawieniem.
Źródło: Statistics suck and guys are setting themselves up for failure.
Zobacz na: (Nie)mierzalny Wszechświat | Psychologia totalitaryzmu – Mattias Desmet
Po czym poznać kto mówi prawdę?
Leonard Peikoff: Pitagoras: Matematyka i Mistycyzm – Historia Filozofii Zachodniej (część 5 z 50)
Ukryte kontrakty, czekoladowe ciasto i Ferris Bueller
Koniec bycia Miłym Gościem! – dr Robert Glover | Sprawdzony plan na zdobycie tego, czego chcesz w miłości, seksie i życiu
Między poświęceniem a sabotażem: ewolucyjna logika zachowań społecznych [Altruizm i złośliwość] | Silva Verborum
Punkt zagrożenia – Dalrock
Doradztwo małżeńskie to eugenika – Rian Stone
Czterej Jeźdźcy (Rozwodowej) Apokalipsy według Tradycyjnego Doradztwa Małżeńskiego
Najnowsze komentarze