Nie bij mnie, jestem dziewczyną! — Dalrock

26 grudzień 2011

Nie bij mnie, jestem dziewczyną! — Dalrock

Jedną z fascynujących rzeczy w relacjach między mężczyznami a kobietami jest to, jak często każda z płci zupełnie nie rozumie interakcji zachodzących między przedstawicielami drugiej płci. Wielu mężczyzn komentujących na tej stronie było początkowo zdezorientowanych moim wpisem Dwie listy, które każda kobieta powinna sporządzić przed rozwodem z błahego powodu. Jest to zrozumiałe, ponieważ mężczyźni często dostrzegają jedynie podtekst działania Drużyny Kobiet, który choć z pewnością odgrywa pewną rolę, może przesłaniać im często znacznie subtelniejszą rzeczywistość kobiecej rywalizacji wewnątrzpłciowej.

Jak wyjaśniłem w sekcji komentarzy pod tamtym wpisem, kobiety są niezwykle rywalizacyjne i często okrutne wobec siebie nawzajem, dlatego próbują nakłaniać inne kobiety do robienia sobie chłopięcych fryzur, sabotowania własnego życia uczuciowego itd. Kiedy kobieta da się już nakłonić do sabotowania własnego życia uczuciowego, zaczyna się dręczenie.

Dręczenie to często będzie subtelne, na tyle, że większość mężczyzn błędnie odczyta je jako przejawy życzliwości. To, co nam wygląda na współczucie czy nawet komplement, często może być w rzeczywistości sypaniem soli na ranę: „Tak bardzo cię podziwiam. Jesteś taka silna i niezależna. Ja jestem zbyt słaba i zawsze potrzebuję mężczyzny w swoim życiu. A tak przy okazji, pokazywałam ci już zdjęcia z mojego ostatniego (urlopu, wyjścia z mężem, jubileuszu, dziecka)?” Może to być nawet przedstawione jako narzekanie na kiepski dzień: „Mówiłam ci, że zepsuł mi się samochód? Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mój mąż nie mógł przyjechać i mi go naprawić”. Albo jako troska: „Tak dobrze widzieć, że wychodzisz z domu! Musisz wyjść gdzieś i uczcić swoją niezależność, dziewczyno!” I znów, mężczyźni tego nie dostrzegają. Dlatego nierzadko zdarza się, że kobieta oskarża mężczyznę o okrucieństwo, kiedy on tak naprawdę próbował jej pomóc. Kiedy mężczyzna coś takiego mówi, naprawdę ma na celu okazanie zrozumienia, ale kobiety nie myślą jak mężczyźni, myślą jak kobiety, dlatego interpretują to tak, jak byłoby to zamierzone, gdyby one same powiedziały coś takiego.

Nie tylko mężczyźni błędnie odczytują jednak interakcje między kobietami. Niezrozumienie przez komentującą Sean tego, jak mężczyźni wchodzą ze sobą w interakcje, doprowadziło do napisania przeze mnie wpisu Ty i on, bijcie się!:

„Nazywam to męskością. Powinieneś emanować wystarczającą męskością, żeby zmusić innych mężczyzn do wycofania się, szczególnie jeśli wiedzą, że nie mają racji…”

„Moi wujkowie i bracia wykazują ten sam rodzaj męskości. Bardzo niewielu mężczyzn odważy się im postawić, a tym bardziej zachowywać się bez szacunku przy ich rodzinach. Ci nieliczni, którzy próbowali, zazwyczaj szybko się wycofywali, gdy dochodziło do konfrontacji”.

Stwarza to pewien dylemat: jeśli przeciętny mężczyzna powinien być w stanie zmusić innych (przeciętnych) mężczyzn do wycofania się, to mężczyźni, którzy się wycofują, są z definicji gorsi od standardu, a zatem poniżej przeciętnej. W rzeczywistości bardzo niewielu mężczyzn może sobie pozwolić na chodzenie po świecie i zmuszanie innych mężczyzn do ustępowania. Jest to połączenie błędu wierzchołka (apex fallacy) oraz niezrozumienia kontekstu wymiany zachodzącej pod powierzchnią. Po długiej dyskusji Sean przedstawił dalsze wyjaśnienie:

„Rany, wy kolesie chyba żyjecie w ciągłym strachu. Dla waszej wiadomości: nigdy nie prosiłam mężczyzn w moim życiu, żeby narażali dla mnie swoje życie. Oni zapewniają mi ochronę, ponieważ tego zostali nauczeni. A sytuacje, które opisujecie, nie są śmiertelnie niebezpieczne. Skoro niektórzy z was uważają, że poproszenie ludzi, żeby nie przeklinali przy waszej rodzinie, to jakaś wielka sprawa, podam wam przykład tego, co zazwyczaj mówi mój mąż i co działa bez problemu: »Ej, stary, moje dzieci?« albo mówił: »Możesz trochę przystopować? Moje dzieci?«, na co odpowiedź zawsze brzmiała: »Aaa, stary, przepraszam«, i zgadnijcie co, przeklinanie się kończy”.

Po tym mężczyźni na forum doszli do konsensusu wokół mojego stwierdzenia, że to, co opisywała Sean, było czymś zupełnie innym:

„Dziwi mnie, że określiłaś to jako sytuację, w której twój mąż »zmusił drugiego mężczyznę do wycofania się«. W tych kilku słowach kryje się bardzo wiele, ale ja określiłbym tę wymianę raczej jako okazanie przez niego szacunku innym mężczyznom i poproszenie ich o to samo w zamian”.

Problem jest jeszcze większy, gdy to kobiety błędnie rozumieją interakcje między mężczyznami, ponieważ w rozrywce niezwykle często przedstawia się kobiety zachowujące się jak jeden z facetów. Przykładem, który przychodzi mi na myśl, jest pierwszy odcinek kanadyjskiego serialu telewizyjnego Flashpoint, który oglądaliśmy z żoną na Netfliksie. Na początku odcinka poznajemy jedyną kobietę w zespole, wyglądającą jak Mighty Morphin Power Ranger ubrany w sprzęt jednostki SWAT. W rzeczywistości ta sama aktorka grała Różowego Rangera w serialu z lat 90. Oczywiście musimy jednak wiedzieć, że jest równie twarda jak faceci, więc z zapałem przechwala się swoimi umiejętnościami zjazdu na linie i rzuca wyzwania pozostałym członkom zespołu w takiej czy innej formie.

Pisałem już wcześniej o niebezpieczeństwie, jakie może to stwarzać dla kobiet, które nie potrafią oddzielić tej fantazji od rzeczywistości. Nie rozumieją, że ich małpowanie męskich wyzwań wewnątrzpłciowych przypomina prawdziwą męską konfrontację mniej więcej tak, jak anglojęzyczne dziecko naśladujące mowę chińską przypomina kogoś, kto naprawdę mówi po chińsku. Właściwie jest jeszcze gorzej, ponieważ po drodze mogą nieświadomie opanować akurat tyle elementów tego procesu, żeby wpakować się w konflikt, którego się nie spodziewały. Przykład, który podałem, dotyczył licealnej cheerleaderki i chórzystki, która wstąpiła do piechoty morskiej, została specjalistką ds. pakowania i uznała, że dzięki temu stała się jednym z facetów. Kiedy żołnierz z innego rodzaju sił zbrojnych zaczął obrzucać Marines obelgami, zrobiła to, czego wiele kobiet uczy się, obserwując prawdziwe i fikcyjne interakcje między mężczyznami: postanowiła rzucić mu wyzwanie i zmusić go do wycofania się:

„Rozwścieczona [ona] rzuciła się na marynarza. »Pokażę ci, czym jest Marine!« — krzyknęła, po czym powaliła znacznie większego od siebie przeciwnika na ziemię”.

Jak wspomniałem w tamtym wcześniejszym wpisie, niestety dla niej nie była to ani gra komputerowa, ani film, a zaatakowany przez nią mężczyzna wykazał się na tyle złym gustem, że zamiast wycofać się przed jej wyobrażonym pokazem męskości Alfa, postanowił oddać:

„Marynarz zerwał się na nogi, chwycił [ją] i z całej siły rzucił nią o ziemię. Jej głowa z impetem uderzyła o beton”.

„Świadkowie przerwali bójkę, a [ona] wycofała się, nie zgłaszając się po pomoc medyczną. Jednak po kilku godzinach zaczęła skarżyć się dowódcom i innym Marines na ból głowy. Następnego dnia nie żyła”.

Kiedy ojciec kobiety się o tym dowiedział, zagrał kartą „Nie bij mnie, jestem dziewczyną!”:

„[Jej] ojciec rozumie prawo. Nie rozumie natomiast, dlaczego marynarz nie został pociągnięty do odpowiedzialności za rzucenie znacznie mniejszą od siebie kobietą o ziemię”.

Niestety ten instynkt nie ogranicza się do ojców, których żałoba jest całkowicie zrozumiała. Problem z „Nie bij mnie, jestem dziewczyną!” polega na tym, że karta ta zwykle pojawia się dokładnie w tym momencie, gdy Drużyna Kobiet jest najsilniejsza, a Drużyna Mężczyzn najsłabsza. Dzieje się tak pomimo często bardzo męskiego zachowania kobiety, które doprowadziło do całego zdarzenia i pomimo dziesięcioleci kobiet wołających: „Traktujcie mnie poważnie!”

Kobieta służąca w Marines była skrajnym przykładem, ale to samo podstawowe nieporozumienie widzimy w sytuacjach, w których stawka jest znacznie niższa. Kobiety dość rutynowo używają dziś języka, którym jeden mężczyzna rzuciłby wyzwanie drugiemu, po czym są zszokowane reakcją, jaką otrzymują. W innych przypadkach nie naśladują tego języka, ale mimo to stawiają się w roli przywódców, podczas gdy one same lub inni czują się zobowiązani chronić je jako kobiety. Kiedy wprost skonfrontowałem Sheilę Gregoire z jej twierdzeniem, że seryjne małżeństwa są biblijnie uzasadnione, jeśli tylko kobieta potrafi wskazać choćby najbardziej błahy pretekst, blogerka manosfery Morticia uznała to za niestosowne. Uważała, że Sheila musiała zostać wprowadzona w błąd przez kogoś będącego autorytetem i że to właśnie tę osobę powinienem był skonfrontować. Sheila przedstawia się jednak jako chrześcijańska liderka, określając swoją działalność mianem posługi. Jeśli już, to obchodziłem się z Sheilą jak z jajkiem. Sheila przedstawiła na własnym blogu taką samą biblijną obronę rozwodu i ponownego małżeństwa w przypadku, gdy mąż ogląda pornografię. W mojej pierwszej odpowiedzi na chrześcijańską akceptację seryjnej poliandrii postanowiłem obalić samą ideę, nie wymieniając Sheili z nazwiska. Wysłałem wtedy Sheili e-mail, informując ją, że wyświadczyłem jej tę uprzejmość. Nie otrzymałem od niej odpowiedzi, ale niedługo później przyszła na mojego bloga i przedstawiła tę samą obronę chrześcijańskiej seryjnej poliandrii. Dopiero wtedy skonfrontowałem Sheilę bezpośrednio. W późniejszym wpisie na blogu podroczyłem się z Morticią w związku z tym, co uważałem za jej oczekiwanie, że kiedy kobieta zachowuje się niewłaściwie, powinienem znaleźć mężczyznę, którego można za to obwinić i nieumyślnie sprawiłem jej tym wielką przykrość. Wtedy wycofała swoje zastrzeżenie, a ja usunąłem żartobliwą uwagę z końca wpisu.

Niedawno widzieliśmy tę samą dynamikę w moim zeszłotygodniowym wpisie zatytułowanym „Czy problem rozwodów z błahych powodów jest wyolbrzymiany w manosferze?”. Doug1 zdenerwował Susan Walsh na jej blogu, a ona rzuciła mu wyzwanie jak mężczyzna mężczyźnie:

„Podaj statystyki na poparcie tego albo się zamknij”.

Problem z tego rodzaju wyzwaniem polega na tym, że nigdy nie możesz być pewien, kto rzeczywiście je podejmie. Widzieliśmy to niedawno w przypadku wyzwania rzuconego przez Paula Elama konkretnie Heartiste’owi, a ogólnie całej sferze zajmującej się Grą, we wpisie „Chateau Bullshit”. W tym przypadku to właściwie bloger Frost formalnie odpowiedział na wyzwanie, przy (o ile dobrze rozumiem) pewnej pomocy innych blogerów w sekcji dyskusyjnej. Na tym właśnie polega część niebezpieczeństwa związanego z rzucaniem tak śmiałych deklaracji: stawiasz się w sytuacji, w której musisz zmierzyć się z każdym, kto podejmie wyzwanie. Często prowadzi to do niedopasowanego starcia, w którym masz znacznie więcej do stracenia niż twój przeciwnik, który ma ten luksus, że może zdecydować, czy odpowiada mu takie zestawienie. Znacznie poważniejszy przykład znajdziemy w prawdopodobnie najsłynniejszej przestrodze dla mężczyzn dotyczącej tego problemu, to jest historii Dawida i Goliata. Goliat popełnił błąd, rzucając wyzwanie męskości wszystkich Izraelitów, próbując zmusić ich do wycofania się. Rezultatem jego pychy była śmierć z ręki zwykłego pastuszka uzbrojonego jedynie w procę.

W przypadku Susan pod koniec swojego komentarza rozszerzyła ona wyzwanie z samego Doug1 na całą manosferę:

„Uważam, że ten motyw [inicjowanego przez żonę rozwodu z błahych powodów] jest wyolbrzymiany i rozdmuchiwany w komorze echa manosfery”.

W samej naturze takiego wyzwania leży to, że wieść o nim rozchodzi się niezwykle szybko. Biorąc pod uwagę, że obszernie pisałem na ten temat, wątpię, aby istniał choć jeden mężczyzna znający mojego bloga, który zobaczył komentarz Susan i nie pomyślał: „Założę się, że Dalrock chętnie by się tym zajął”. W rzeczywistości, zważywszy, że jest to jeden z moich sztandarowych tematów jako blogera manosfery, można by im nawet wybaczyć potraktowanie tego jako bezpośredniego wyzwania rzuconego mnie. Tak czy inaczej, nikogo nie powinno było zaskoczyć ani to, że wieść o tym wyzwaniu szybko do mnie dotarła, ani to, że postanowiłem odpowiedzieć.

A jednak Susan najwyraźniej poczuła się moją odpowiedzią kompletnie zaskoczona. Hawaiian Libertarian przekonująco argumentował, że Susan prawdopodobnie poczuła się zaatakowana tym, że odpowiedziałem na jej wyzwanie. Niektórzy z moich własnych czytelników twierdzili, że Susan prawdopodobnie wypowiadała się pod wpływem emocji i nie powinno się od niej oczekiwać ani poparcia swojego twierdzenia dowodami, ani wycofania go, tak jak oczekiwalibyśmy tego od mężczyzny znajdującego się w tej samej sytuacji. Mam z tym problem, ponieważ choć Susan często pozostaje w konflikcie z feministkami, zdecydowanie sprawia na mnie wrażenie osoby z gatunku „traktujcie mnie poważnie!”.

Nie mam prostej odpowiedzi na to wszystko. Dopóki kobiety domagają się, żeby traktować je poważnie, zachowuję sobie prawo do brania ich za słowo. Jeśli stawiają się w pozycji przywódczej i/lub bezpośrednio rzucają wyzwanie mnie albo grupie, do której należę, zachowuję sobie prawo do odpowiedzi. Będę to robił z pełną świadomością, że wiele osób uzna, iż postępując w ten sposób, niesprawiedliwie znęcam się nad biedną, bezbronną dziewczyną. Niech tak będzie.

Źródło: Don’t Hit Me I’m A Girl!

 

Zobacz na:  Kobieca Matryca Społeczna: Wprowadzenie
Huśtawki i Piaskownice – zasady w Kobiecej Matrycy Społecznej – Ian Ironwood
Męska matryca społeczna: powrót do piaskownicy – Ian Ironwood

Kobieta: Najbardziej odpowiedzialny nastolatek w domu?
Ekstremalna Odpowiedzialność – Jocko Willink
Władza zawsze wiąże się z odpowiedzialnością, niezależnie od tego, czy ją akceptujesz, czy nie
Standardy kobiet łatwo się rozsypują, gdy pojawią się odpowiednie bodźce
Jak wziąć odpowiedzialność za własne życie: przewodnik dla przygłupów
Będziesz osądzany za czyny innych i nic nie możesz na to poradzić