Splątane łańcuchy na huśtawce solipsyzmu – Ian Ironwood, 2012
20 stycznia 2026 r.

Solipsyzm to skłonność do interpretowania wydarzeń, wypowiedzi i zachowań innych ludzi przede wszystkim przez pryzmat własnej osoby oraz własnego wpływu na otoczenie.
Solipsyzm jako „…skłonność kobiet do myślenia, że wszystko, o czym się mówi, dotyczy osobiście ich samych.”
Nikt nie prowadzi badań naukowych mających wykazać występowanie solipsyzmu u kobiet, jednak sama obserwacja zdecydowanie sugeruje jego obecność. Jak piszą Linda Babcock i Sara Laschever w książce Women Don’t Ask: The High Cost of Avoiding Negotiation:
„Kobiety częściej niż mężczyźni martwią się o to, jaki wpływ ich działania będą miały na relacje z innymi. To skłania je do zmiany swojego zachowania… czasami proszą o coś w sposób pośredni, czasami proszą o mniej, niż naprawdę chcą, a czasami starają się bardziej zasłużyć na to, czego pragną (na przykład ciężej pracując), licząc, że dostaną to bez konieczności proszenia.”
Innymi słowy, kobiety mają silniejsze poczucie znaczenia własnej osoby oraz większą wrażliwość na własne działania niż mężczyźni, a to są oznaki solipsyzmu. Pamiętajmy jednak, że solipsyzm nie oznacza „egoizmu”, jak błędnie uważa wielu mężczyzn. Jest raczej czymś bliższym „skupieniu na sobie”, które może mieć zarówno pozytywne, jak i negatywne konsekwencje.
Kobieta może być całkowicie oddana ludziom wokół siebie, wiele poświęcać i nadal pozostawać skrajnie solipsystyczna. Sprowadzając niemal każdą sytuację do pytań: „Jak to wpływa na mnie?” albo „Jak moje działania wpływają na innych?”, kobieta utrzymuje sposób postrzegania świata, w którym to ona sama pozostaje w centrum obrazu. Może być „bezinteresowna”… ale jej „ja” nadal znajduje się na pierwszym planie.
Jeśli nadarzy się okazja, spróbuj kiedyś wykonać następujące ćwiczenie. Kiedy znajdziesz się w grupie poszukującej ochotników, czy to do komitetu dekoracyjnego, rady ds. działań społecznych, oddziału ratowania łasic czy jakiejkolwiek innej inicjatywy, uważnie posłuchaj, w jaki sposób ludzie zgłaszają swoją gotowość do pomocy.
Zauważysz, jak sądzę, że mężczyźni mają tendencję do oferowania swojej pomocy bez zastrzeżeń i bez dodatkowych wyjaśnień, pozostawiając zakres swojego zaangażowania otwartym. Po prostu pytają: „Co trzeba zrobić?”
Kobiety natomiast częściej zaczynają od zastrzeżeń i wyjątków. Określają poziom swojego zaangażowania, szczegółowo wyjaśniają, co mogą zaoferować, a czego nie są w stanie zrobić oraz jakimi zasobami dysponują.
Ich perspektywa częściej brzmi: „Co mogę zrobić?”

To subtelny, ale moim zdaniem niezwykle wymowny przejaw solipsyzmu. Przyznaję jednak, że nie jest to zjawisko uniwersalne. Podlega ono tej samej irytującej zmienności, która porównawczo rzecz biorąc cechuje wiele psychologicznych zagadnień dotyczących kobiet.
Mimo to, jeśli spokojnie będziesz obserwował, w jaki sposób kobiety i mężczyźni różnie podchodzą do oferowania swojej pracy i zasobów na rzecz wspólnego celu, możesz dostrzec pewne ślady solipsyzmu.
Co więcej, ciągłe umniejszanie własnego ego i własnych osiągnięć, które można zaobserwować u niektórych kobiet w imię tego, by „nie kraść całego blasku” albo „nie wyjść na zarozumiałą i apodyktyczną”, też jest kolejnym przejawem solipsyzmu.
Osoba niesolipsystyczna (powiedzmy: typowy facet), gdy zostanie poproszona o przygotowanie prezentacji lub przedstawienie raportu grupie, zazwyczaj pójdzie, zrobi takie sobie rozeznanie, skleci taką sobie prezentację, wygłosi takie sobie wystąpienie okraszone odrobiną uroku i humoru. Kiedy skończy, siada z ulgą, że ma to już za sobą i może wreszcie iść na obiad. Może nawet zapomnieć, że w ogóle coś prezentował. Tak właśnie zachował się jeden z moich współpracowników, który był szczerze zaskoczony, gdy ktoś pogratulował mu przygotowanego raportu.
Jego osobiste zaangażowanie emocjonalne w wykonaną pracę jest niewielkie, dlatego równie niewielkie jest jego przywiązanie do reakcji innych ludzi. Zazwyczaj bardziej zależy mu na tym, żeby grupa posuwała się naprzód i żeby w jakiś sposób się wyróżnić, niż na tym, co inni o nim myślą.
Jedną z zalet zdominowanego przez mężczyzn świata korporacyjnego jest właśnie podejście: „Nie bierz tego do siebie. To tylko biznes.” Taka perspektywa pozwala mężczyznom ponosić porażki, szybko się przegrupowywać i iść dalej, bez nieustannego rozpamiętywania własnego niepowodzenia.
Po prostu nie są z tym aż tak osobiście związani. „Ja” nie znajduje się w centrum całego procesu.
To właśnie taki nieformalny, pewny siebie styl działania „na szybko”, bez nadmiernego analizowania, korporacje chętnie promują na stanowiskach średniego i wyższego szczebla zarządzania. Sprawia on bowiem wrażenie spokoju, opanowania i pewności siebie, osoby która potrafi poradzić sobie z kryzysem bez niepotrzebnego zamieszania.
Dlatego facet, który zrobił wszystko „po najmniejszej linii oporu”, zwraca uwagę kierownictwa właśnie swoim brakiem solipsyzmu (albo jeśli wolisz demonstracją intelektualnego lenistwa).
Koleżanka z pracy, skłonna do solipsyzmu zachowa się jednak zupełnie inaczej. Może bardzo dokładnie zgłębić temat, spędzić wiele dni na dopracowywaniu wyglądu i treści raportu, a następnie wygłosić starannie przygotowaną prezentację ustną, przeplataną przeprosinami, przyznawaniem się do własnych niedoskonałości, prośbami o wyrozumiałość i pobłażliwość oraz innymi ukrytymi sygnałami, które w taki czy inny sposób sprowadzają się do komunikatu:
„To ja jestem tutaj najważniejsza. Nie informacje. Nie organizacja. Tylko ja i to, czy wypadnę dobrze czy źle… A przy okazji już wcześniej podałam mnóstwo powodów, dla których inni mogą całkowicie mnie odrzucić za słaby występ i zwrócić uwagę właśnie na mnie, albo okazać mi współczucie za to, jak ciężko nad tym pracowałam.”
Później, jeśli nie usłyszy pochwał za swoją pracę, zaczyna obsesyjnie zastanawiać się, co ludzie „naprawdę o niej pomyśleli”. Zakłada, że będą oceniać jakość jej pracy przez pryzmat swoich uczuć wobec niej samej, a nie przez pryzmat rzeczywistej wartości wykonanej pracy.
Widziałem takie zachowanie nawet u bardzo doświadczonych kobiet biznesu. Grzęzną w analizowaniu osobistych odczuć, wzajemnych relacji i dynamiki grupy, biorąc każdą. najmniejszą rzecz osobiście. Jeżeli Robert dwa razy spojrzał na zegarek podczas jej prezentacji, to musiał być świadomy policzek wymierzony właśnie jej. Jeżeli Wanda zmarszczyła brwi w niewłaściwym momencie, to dlatego, że coś powiedzianego podczas prezentacji kolidowało z jej własnymi planami lub zamiarami. A to mogło oznaczać dla niej coś dobrego albo złego, więc trzeba będzie tego pilnować. Jeżeli Elaine podeszła po prezentacji i udzieliła kilku wskazówek, to z pewnością była to celowa próba sabotowania jej przyszłych wystąpień poprzez wpędzenie jej w nadmierny samokrytycyzm.
Nawet pochwała za poprawę wyników może uruchomić spiralę zwątpienia:
„O Boże… To znaczy, że wcześniej uważał, iż byłam beznadziejna! Musi mnie nienawidzić!”
W każdej z tych sytuacji osią całego wydarzenia staje się sama kobieta oraz jej występ albo wkład w pracę.
Faceci nie biorą spraw biznesowych do siebie. Kobiety biorą do siebie wszystko.
Nie jest mi to obce. Przez większość życia pracowałem w zawodach zdominowanych przez kobiety. Bywałem jedynym mężczyzną w biurze pełnym kilkudziesięciu kobiet. Pracowałem dla kobiet i miałem przełożone, które mimo swoich sukcesów i osiągnięć nieustannie analizowały, rozkładały na czynniki pierwsze i ponownie analizowały własne występy w sposób, który u mężczyzny spotkałby się z publicznym wyśmianiem.
(Ze strony innych mężczyzn. Kobiety uznałyby go raczej za pracoholika, który nie potrafi odpuścić, albo za przesadnie pedantyczną osobę o tak niskiej samoocenie, że nie potrafi przestać wszystkiego rozpamiętywać.)
Faceci wykonują swoją pracę i idą dalej. Jeżeli coś nas zdenerwuje, to po prostu się zdenerwujemy, ale zazwyczaj się tym nie zamartwiamy. Zwłaszcza nie przejmujemy się tym, co inni ludzie w organizacji o nas myślą, chyba że naprawdę popełniliśmy spektakularną wpadkę. Po prostu nie jesteśmy aż tak emocjonalnie zaangażowani w te korporacyjne kariery, których feministki tak bardzo zazdrościły.
W głębi naszej męskiej natury wiemy, że choć dokładamy swoją cegiełkę do powodzenia całego przedsięwzięcia, to my sami nie jesteśmy aż tak istotni w szerszym obrazie.
Skłonność kobiet do obsesyjnego skupiania się właśnie na tym stanowi kolejną przesłankę przemawiającą za istnieniem solipsyzmu, to jest nadmiernego koncentrowania się na własnych odczuciach i sposobie, w jaki są postrzegane przez otoczenie.
Potwierdza to również obserwacja opublikowana niedawno przez magazyn Forbes. Publicystka ForbesWoman, L.C. Coleman, napisała:
„…ich koleżanki, mające równie dobre (a często nawet lepsze!) pomysły, wpadały w subtelne pułapki sabotujące własną karierę, to jest typowe błędy „grzecznych dziewczynek”, takie jak nadmierne tłumaczenie się, niepotrzebne przepraszanie, używanie umniejszających sformułowań, zabieranie głosu jako ostatnie czy przekonanie, że inni wiedzą więcej od nich, by wymienić tylko kilka.”
Brak zaufania do samej siebie nadal jest formą skupienia na sobie i stanowi przejaw solipsyzmu. Martwienie się, że Jim poczuł się urażony czymś, co powiedziałaś o jego dziale podczas swojej prezentacji, a następnie obsesyjne analizowanie każdego jego słowa i każdego spojrzenia (podczas gdy Jim prawdopodobnie po prostu gapił się na twój biust, zastanawiając się, jaką bieliznę masz dziś na sobie, i całkowicie przegapił tę rzekomą uszczypliwość), jest reakcją niemal wyłącznie kobiecą i sugeruje solipsyzm.
Martwienie się, że inni postrzegają cię jako zbyt agresywną albo zbyt nachalną oraz podejmowanie działań osłabiających własną skuteczność, jest równie bardziej kobiece i również sugeruje solipsyzm.
Jeśli szukasz źródła tego zjawiska, nie musisz szukać dalej niż w Kobiecej Matrycy Społcznej, czyli Huśtawce.
Pamiętaj, że Matryca (której pojedynczy węzeł powstaje za każdym razem, gdy dwie kobiety komunikują się lub pracują blisko siebie) nieustannie dąży do osiągnięcia Konsensusu, a każdy węzeł stale próbuje wpływać na ten konsensus, nie sprawiając jednocześnie wrażenia, że faktycznie nim kieruje.
Wiele, jeśli nie większość kobiet pracujących w świecie korporacyjnym uważa, że Konsensus uznaje zachowania takie jak nachalność, wywyższanie samej siebie, głośne zachowanie czy balansowanie na granicy niekompetencji za coś nieakceptowalnego w środowisku biznesowym. I to prawda. Przynajmniej do pewnego momentu.
Kiedy kobiety pracują w otoczeniu innych kobiet i obowiązują reguły Matrycy, efektem jest to, że kobiety zajmujące wyższą pozycję w Matrycy wykorzystają niemal każdy pretekst, aby nie dopuścić młodszych, atrakcyjniejszych i potencjalnie inteligentniejszych kobiet na szczyt kosza z krabami.
Jeżeli oznacza to mimochodem „zasugerowanie” młodej protegowanej odpowiedniego zachowania i stroju, które mają pomóc jej „lepiej się tutaj odnaleźć”, starsza kobieta skutecznie eliminuje przyszłą konkurencję, uruchamiając u niej własnego Chomika, który zaczyna gorączkowo mielić myśli o tym, dlaczego wszyscy uważają ją teraz za sukowatą dziwkę tylko dlatego, że założyła tamte buty i przerwała komuś podczas spotkania.

Widziałem coś takiego na własne oczy. Pewna moja współlokatorka była studentką ostatniego roku studiów przygotowujących do medycyny na dużym prywatnym uniwersytecie. Pracowała dorywczo jako asystentka laboratoryjna. W ciągu jednego tygodnia trzy różne koleżanki z pracy przyszły do jej biurka, aby „życzliwie” powiedzieć jej, że ta przeklęta administracja zorientowana na mężczyzn i zdominowana przez mężczyzn nieoficjalnie nie pochwala kobiet wykorzystujących swoją seksualność do odwracania uwagi od wyników swojej pracy, a każdy „prowokacyjny” element ubioru będzie oznaczał, że nie będą traktowane poważnie jako naukowcy. Wzięła to sobie do serca.
Zaczęła nosić znacznie bardziej zachowawcze ubrania (choć już wcześniej ubierała się bardzo skromnie), aż w połączeniu z fartuchem laboratoryjnym wyglądała jak akademicki odpowiednik burki. Jej piersi zostały skutecznie ukryte przed wzrokiem profesorów i doktorantów. Przez cały czas nosiła swoje piękne włosy spięte. Zaczęła nosić okulary zamiast soczewek kontaktowych. Samym doborem garderoby, fryzury i makijażu obniżyła swoją atrakcyjność co najmniej o dwa punkty. I tak, zaczęto traktować ją „bardziej poważnie”. Podczas gdy trzy harpie, które tak bardzo chciały jej „pomóc”, ostentacyjnie flirtowały z każdym mężczyzną pracującym w administracji.
Kobiety zajmujące wyższą pozycję w Matrycy mają interes w tym, aby inne kobiety odnosiły sukcesy… ale nie zbyt duże. I nigdy większe od ich własnych.
Przekształciły solipsyzm w subtelną sztukę, wykorzystując pozornie życzliwe, siostrzane gesty lub okazje do „mentoringu kobieta-kobiecie”, aby podważać i sabotować potencjalne rywalki, jednocześnie publicznie podtrzymując iluzję wspólnego frontu.
Kobieta zajmująca wyższą pozycję wykorzystuje solipsyzm młodszej kobiety przeciwko niej samej, zachęcając ją, aby postrzegała siebie nie tylko jako kolejną dziewczynę próbującą osiągnąć sukces w wymagającym środowisku pracy (jak robią to jej męscy odpowiednicy), ale jako faktyczną reprezentantkę szerszej kobiecej Matrycy, a więc osobę jednocześnie odpowiedzialną przed nią i jej podporządkowaną w imię Konsensusu.
Feminizm jest w szczególności podstępną metodą budowania Konsensusu, ponieważ zawiera w sobie ukryte założenie, że kobieta, która nie uczestniczy w feministycznym Konsensusie, staje się wyklętą zdrajczynią własnej płci, a nie po prostu kolejnym trybikiem w korporacyjnej maszynie próbującym wspiąć się na szczyt.
Innymi słowy, wykorzystuje solipsyzm młodszej kobiety, aby całkowicie podważyć jej pewność siebie i asertywność, jednocześnie zdobywając punkty w Matrycy za bycie „pomocną” siostrą w tym obleśnym, starym świecie paskudnych mężczyzn.
A jaki jest naturalny rezultat takiego sabotowania? Kiedy przychodzi do decydowania, gdzie inwestować swój czas i pieniądze, inwestorzy nagradzają przedsiębiorców brzmiących pewnie siebie dokładnie tak samo, jak przełożeni i mentorzy nagradzają pewnych siebie oraz asertywnych podopiecznych.
Jeżeli nadal masz wątpliwości, rozważ jeszcze jedno. Istnieje mnóstwo artykułów poświęconych temu, jak kobieta może przetrwać, a nawet odnieść sukces w „zdominowanym przez mężczyzn świecie biznesu” (ja wolę określenie „świat biznesu zaprojektowany i stworzony przez mężczyzn”, ale to dygresja).
Mamy więc kobiety udzielające rad innym kobietom. Co istotne, choć obie należą do tej samej meta-Matrycy, autorka i czytelniczka nie znają się osobiście, więc można założyć, że zawarte tam rady są wolne od osobistej, napędzanej solipsyzmem złośliwości.
W artykule „7 Ways To Excel In a Male-Dominated Workplace” Jane Fang radzi kobietom, aby same upominały się o swoje, zamiast cierpliwie i po cichu czekać, aż ich wkład zostanie zauważony. To całkiem dobra rada, jeśli nie poprosisz o podwyżkę, prawdopodobnie jej nie dostaniesz.
Ale chwilę później prezentuje znakomity przykład kobiecego solipsyzmu, a także sposobu, w jaki Kobieca Matryca Społeczna postrzega funkcjonowanie organizacji:
„Niestety większość szefów jest zbyt zajęta, by zastanawiać się, jaki podział projektów byłby najbardziej sprawiedliwy. W praktyce często decyduje to, kto jako ostatni zawracał im głowę tym gorącym kontraktem medialnym albo nowym partnerstwem, które uruchamia wasza firma.” Pogrubienie moje.
To jest przekonujące właśnie dlatego, że kobieta mówi tutaj do innych kobiet, udzielając rady, która najwyraźniej jest potrzebna , bo gdyby nie była potrzebna, nikt by jej nie napisał.
Antropolodzy i historycy cały czas stosują podobne rozumowanie. Jeżeli średniowieczny zakon wydaje zakaz współżycia seksualnego z kozami, można rozsądnie założyć, że seks z kozami był wystarczająco poważnym problemem, aby uzasadniał wprowadzenie takiego przepisu.
Podobnie tutaj. Gdyby opisane wyżej problemy nie istniały, nikt by o nich nie pisał i nikt nie chciałby o nich czytać. Zwróć jednak uwagę na pogrubiony fragment. Sam sposób przedstawienia problemu jest bardzo wymowny. Punktem ciężkości nie są indywidualne osiągnięcia ani realizacja ostatecznych celów firmy, czyli dwie rzeczy, na których najczęściej koncentrują się mężczyźni.
Zamiast tego nacisk położony jest na to, czy szef był „sprawiedliwy” i „rozważny” przy rozdzielaniu pracy. To czysto solipsystyczna perspektywa. Skupienie się na indywidualnych osiągnięciach może oczywiście być egocentryczne, ale rzadko zdarza się, aby indywidualny sukces w organizacji odbywał się kosztem celów samej organizacji.
Solipsystyczna natura pojedynczych kobiet oraz kobiet jako grupy („Matrycy”) przesuwa akcent nie na ostateczny cel, lecz na to, w jaki sposób został on osiągnięty oraz czy odbyło się to sprawiedliwie i równo wobec wszystkich.
Dla mężczyzn najważniejszy jest REZULTAT. Dla kobiet najważniejszy jest PROCES.
Mężczyzn nie interesuje, w jaki sposób podzielono pracę. Im większe wyzwanie, tym większe osiągnięcie. Powiedz mężczyźnie, żeby zrobił coś niemożliwego, a istnieje spora szansa, że spróbuje to zrobić. Nie dlatego, że długo zastanawiał się, komu w zespole sprawiedliwie przydzielić najlepsze części projektu. Tylko dlatego, że odsunął ego wszystkich na dalszy plan i skierował ich uwagę na cel.
Powiedz kobiecie, żeby zrobiła coś niemożliwego, a przyjmie, że poproszono ją o wykonanie czegoś niewykonalnego (przynajmniej dla niej i jej zespołu). W rezultacie niemal całkowicie porzuci koncentrację na wyniku i skupi się przede wszystkim na zapewnieniu sprawiedliwego podziału pracy.
Nie postrzega większego wyzwania jako szansy na większe osiągnięcie. Postrzega je jako osobisty atak oraz próbę zakwestionowania jej przywództwa i kompetencji. To ONA znajduje się w centrum całego równania, a wraz z nią również jej zespół. Najważniejsze jest to, aby na koniec dnia wszyscy zostali potraktowani sprawiedliwie i równo oraz aby nikt nie mógł jej obwinić, jeśli tak się nie stało.
Perspektywa zorientowana na rezultat daje mężczyznom wyraźną przewagę w biznesie. Potrafią jednocześnie dążyć do indywidualnych osiągnięć i wyróżnienia się, a równocześnie pracować niestrudzenie i bezinteresownie dla wspólnego celu.
Nawet jeśli kierownictwo ledwie zauważy ich wkład, wszyscy w Męskiej Matrycy Społecznej (znacznie słabszej i bardziej rachitycznej niż Kobieca Matryca Społeczna) wiedzą, że tym razem Jacek się obijał, podczas gdy Robert siedział po nocach i wymyślił rozwiązanie, które zaoszczędziło firmie miliony. I będą o tym rozmawiać przy obiedzie. Albo wytkną to sobie nawzajem, jeśli zrobi się gorąco.
A kobiety? Podejście zorientowane na proces często osłabia impet organizacji zmierzającej do konkretnego celu. Jeżeli uwaga skupia się na tym, czy dla wszystkich wystarczy łopat, kto powinien pracować na zmianę i czy podział obowiązków był sprawiedliwy, zamiast na tym, ile ziemi udało się tego dnia przerzucić, społeczne tarcie wynikające z takiej solipsystycznej perspektywy staje się poważnym hamulcem dla efektywności.
Ale nawet jeśli cel nie zostanie osiągnięty, kobiety nadal mogą uznać całe przedsięwzięcie za „zwycięstwo”, o ile sposób jego realizacji był dla wszystkich satysfakcjonujący. Martwiąc się o siebie, o zapewnienie sprawiedliwych zasad gry wszystkim uczestnikom i zakładając, że wszyscy inni również przede wszystkim martwią się właśnie tymi sprawami, kobiety pozwalają, aby ich solipsystyczna natura zaciemniała ich spojrzenie na biznes.*
Kiedyś zostałem za to ostro zrugany, jeszcze na początku swojej kariery sekretarskiej. To pouczająca historia. Jest też dość długa i zawiła, więc tym razem daruję sobie moje zwyczajowe rozciąganie wpisu zdjęciami ślicznych dziewczyn z czasów sprzed feminizmu i pozwolę ci skupić się na samej historii. Poza tym za kilka godzin razem z panią Ironwood wyjeżdżamy do Las Vegas i zwyczajnie nie mam czasu.
Ale jest to przykład z obserwacji pokazujący Splątane Łańcuchy na Huśtawce Solipsyzmu, które są wpisane w kobiecą naturę. Susan, zwróć uwagę: to może być jedynie anegdota, ale mam nadzieję, że przynajmniej przyznasz mi zdolność do obiektywnej obserwacji tego zjawiska. Kilka imion zostało zmienionych, bo nie wszystkich już pamiętam.
Około osiemnaście lat temu pracowałem jako pracownik tymczasowy w przychodni medycznej razem z trzynastoma kobietami. Przez wiele tygodni mieliśmy harować przy cyfryzacji starych kartotek. Nie dostawaliśmy wynagrodzenia zależnego od liczby opracowanych dokumentów, ale faktem było, że do przerobienia było 15.000 kartotek.
Każdy uznałby to za gigantyczną robotę. Byłem jedynym facetem (znowu!), całą resztę stanowiły kobiety w wieku od 21 do 58 lat. Kobieca Matryca Społeczna z południowym akcentem. 15.000 kartotek podzielonych między 14 osób dawało około tysiąca na głowę. Każdy z nas był w stanie zrobić mniej więcej sto tygodniowo, jeśli pracował systematycznie. Pod koniec pierwszego tygodnia wykonałem swoją normę z nawiązką… ale szybko stało się jasne, że nie wszyscy pracują równie sumiennie. Wywiesiłem listę pracowników wraz z liczbą ukończonych przez nich kartotek za dany tydzień, żeby wszyscy widzieli, gdzie jesteśmy i ile pracy jeszcze przed nami. Wydawało mi się to całkowicie niewinne. Przecież właśnie o to chodziło, żeby wykonać zadanie. Najwyraźniej nie. Dwa dni później lista zniknęła, a mnie wezwano do gabinetu przełożonej. Lista leżała na jej biurku.
— Co dokładnie próbujesz tutaj osiągnąć, panie Ironwood? – zapytała z naganą w głosie.
— Yyy… cyfryzację dokumentacji medycznej? Naprawdę nie rozumiałem, w czym problem.
— Oczywiście, że cyfryzujesz dokumentację! – odpowiedziała zirytowana – I nie mogłam nie zauważyć, że zrobiłeś więcej niż wszyscy pozostali.
— O trzydzieści pięć więcej – odparłem z dumą – myślę, że jeśli się bardziej przyłożę, dam radę robić jeszcze pięć dodatkowych dziennie.
— Przestań.
— Słucham? Co do cholery? Czy ja nie przyszedłem tutaj po prostu wykonać swoją pracę?
— Powiedziałam: przestań, Ironwood. Przestań wywieszać tę listę. To fatalnie wpływa na morale. Widziałeś Betty w pokoju socjalnym?
Betty miała około pięćdziesiątki, była już w swojej trzeciej pracy zawodowej i przetwarzała dokumenty z prędkością styczniowej melasy. W czasie, w którym ona kończyła jedną kartotekę, ja robiłem pięć. Nienawidziła komputerów i całego systemu komputerowego. Tak naprawdę nawet nie rozumiała, co znaczy słowo „cyfryzacja”. Za to piekła ciastka i zawsze była w centrum rozmów, to taka matrona dla pozostałych kobiet.
— Była bliska płaczu, kiedy zobaczyła siebie na końcu listy. A Angie i Courtney skaczą sobie do gardeł, bo idą łeb w łeb, a Angie jest przekonana, że jest lepsza od wszystkich.
— Ale… zrobiłem ponad dwa razy tyle co Betty! – zaprotestowałem.
To było szaleństwo. Mieliśmy pracę do wykonania. Normę do wyrobienia. Mierzalny wskaźnik postępu. A mnie opieprzano za to, że zwróciłem na to uwagę. Krytykowanie mojej pracy dlatego, że „zraniłem czyjeś uczucia”, oznaczało, że:
a) emocje są ważniejsze od wykonania zadania – w co zupełnie nie wierzyłem,
oraz
b) w jakiś sposób odpowiadam za emocje moich współpracowników.
Kurwa. Przecież ja tylko bezmyślnie klepałem dane do komputera.
— Właśnie o to chodzi! – westchnęła z wyraźną odrazą – próbujesz sprawić, żeby wszyscy inni w zespole poczuli się źle z powodu tego, jak pracują.
— Yyy… a nie powinni? Przecież mogłaby pani zwolnić Betty, pozwolić mi przerobić jej kartoteki i prawdopodobnie zaoszczędzić…
— PANIE IRONWOOD! – ryknęła.
— Jedyną osobą, której grozi tutaj utrata pracy, jesteś ty. Nie pozwolę, żeby ktoś destabilizował mój zespół. Wyraźnie próbujesz wypromować samego siebie kosztem wszystkich innych i skłócić swoich współpracowników. Jak ludzie mają zareagować, kiedy zobaczą tę listę?
— Yyy… pracować ciężej?
— Zaczną ze sobą rywalizować. Zaczną się stresować, że nie nadążają. Zaczną obwiniać się nawzajem za opóźnienia. A potem każda przerwa obiadowa zamieni się w jedno wielkie narzekanie na to, kto nie wykonuje swojej części pracy.
Wzruszyłem ramionami.
— Mnie to nie przeszkadza. Ja pracuję podczas przerwy obiadowej.
— Ty CO?!
— Pracuję podczas przerwy obiadowej – odpowiedziałem powoli i wyraźnie. – bo mam do przerobienia ponad tysiąc tych kartotek i nie zamierzam spędzić tutaj reszty życia.
— Wiesz, że nikt ci za to nie płaci?! – powiedziała, rozszerzając nozdrza ze złości.
— Nie chcę tego widzieć na twojej karcie czasu pracy!
— Żaden problem. Ja po prostu próbuję wykonać robotę.
— Ty po prostu próbujesz sabotować mój zespół – powiedziała, mrużąc oczy.
— Koniec z nieodpłatną pracą podczas obiadu. Koniec z wywieszaniem tych głupich list, które prowokują kłótnie. Zrozumiano?
Odpowiedziałem najbardziej potulnym, lizusowskim tonem niebiesko pigułkowego podnóżka, na jaki było mnie stać, po czym wróciłem do pracy. Byłem tak wściekły, że podwoiłem wysiłki. Męska zdolność do radzenia sobie z problemami poprzez jeszcze cięższą pracę działała pełną parą. W drugim tygodniu zrobiłem prawie dwieście kartotek. Ale w poniedziałek rano znowu zostałem wezwany do gabinetu przełożonej. Już po jej rozszerzonych nozdrzach wiedziałem, że mam kłopoty.
— Co to ma, do cholery, znaczyć, Ironwood? – zażądała wyjaśnień. – myślałam, że rozmawialiśmy o tym w zeszłym tygodniu!
— Rozmawialiśmy! – odpowiedziałem zdezorientowany – niczego nie wywieszałem. Nie pracuję podczas przerwy obiadowej. Nie wpisuję żadnych dodatkowych godzin na kartę czasu pracy!
— A mimo to zrobiłeś prawie trzy razy więcej kartotek niż Betty.
Powiedziała to takim tonem, jakbym podszedł do biednej staruszki i spoliczkował ją.
— Była tu dziś rano. Wypłakiwała sobie oczy, bo boi się, że ją zwolnię.
— I to moja wina?
— Tworzysz wobec niej wrogie środowisko pracy – powiedziała, przechodząc na typowy język działu kadr. – Celowo nastawiasz przeciwko niej jej współpracowników.
— Jak? – zażądałem wyjaśnienia. – Przecież jedyne, co robię, to siedzę przy swoim biurku i wpisuję dane!
— Och, myślę, że doskonale wiesz, jak – odpowiedziała, mrużąc oczy. – I nie będę tego tolerować!
— Ja nadal nic z tego nie rozumiem — wzruszyłem ramionami. — Chyba że zechce pani to bardziej szczegółowo wyjaśnić. Mogę już iść?
— Jeszcze jedno – powiedziała. – Chodzi o porę obiadową…
— Mówiłem już. Nie wpisuję przerwy obiadowej do karty czasu pracy. Niech pani potraktuje zeszły tydzień jako prezent.
— Nie o to chodzi. Jesteś jedyną osobą, która nie je obiadu w pokoju pracowniczym.
Znowu wzruszyłem ramionami.
— No i?
Szczerze mówiąc, było to ostatnie miejsce, w którym chciałem spędzać cenne pół godziny dzielące mój dzień pracy. Przez większość dni w ogóle nie jadłem lunchu. Po prostu szedłem do samochodu, paliłem papierosy i czytałem.
— Przypominam ci więc, że zgodnie z polityką firmy jedynym miejscem, w którym możesz spożywać posiłki, jest pokój pracowniczy.
— Ja nic nie jem – wzruszyłem ramionami.
W tej pracy robiłem tak bardzo często. Myślałem, że to zakończy temat. Nie zakończyło. Szefowa spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie napluł jej w twarz.
— Ty nie jesz? – zapytała z niedowierzaniem.
Obiad był świętym i nienaruszalnym prawem każdego pracownika biurowego. Moje współpracowniczki niemal każdego ranka rozmawiały o tym, kiedy będzie obiad, co przyniosły albo zamówiły do jedzenia i wspominały wspaniałe obiady z przeszłości niczym codzienną modlitwę.
— Nie jem obiadu. A dlaczego? Mam taki obowiązek?
Przyznaję, że w tym momencie byłem już trochę sarkastyczny.
— Nie – odpowiedziała powoli. – Ale pozostałe współpracowniczki byłyby wdzięczne, gdybyś do nich dołączył.
— Dlaczego? Naprawdę byłem zdezorientowany. Coraz wyraźniej odnosiłem wrażenie, że moje współpracowniczki wypracowują Konsensus przeciwko mnie.
— Nie jem. Po prostu czytam. Tam jest za głośno, żeby czytać.
— Mimo wszystko chcę, żebyś podczas obiadu przebywał w pokoju pracowniczym – nalegała. – I radzę ci coś zjeść. Sprawiasz, że twoje współpracowniczki czują się nieswojo, bo nie uczestniczysz.
— Podczas… pory obiadowej? – zapytałem z niedowierzaniem.
— Courtney i ja rozmawiałyśmy w piątek i wspomniała, że dziwne jest to, że nigdy nie siadasz z resztą. Tak naprawdę stałeś się już przedmiotem różnych spekulacji, Ironwood. Znikasz na całą przerwę obiadową, a potem wracasz i prawie z nikim nie zamieniasz słowa.
— Ja… ja po prostu pracuję – odpowiedziałem jeszcze bardziej zdezorientowany. – Po prostu siedzę w samochodzie i czytam.
Ponownie zmrużyła oczy z podejrzliwością.
— Naprawdę, panie Ironwood? Bo pańskie współpracowniczki sądzą coś zupełnie innego.
Czekałem. Nic nie powiedziałem. Byłem już naprawdę wkurzony. Ona czekała, aż zacznę się bronić. Albo podam jakieś dobre usprawiedliwienie swojego zachowania. Albo cokolwiek. Ale nie zamierzałem w to grać.
Już wtedy rozpoznałem ten prowokujący ton jako gówno test. I już wtedy wiedziałem, jak sobie z oczywistym gówno testem radzić. To jedna z różnic między mężczyznami i kobietami w miejscu pracy. Kiedy facet ma już dość, to po prostu ma dość. Ona chciała, żebym z wyraźnym zaniepokojeniem zapytał: „A co moje współpracowniczki o mnie myślą?” Nie zamierzałem się na to nabrać.
— Twoje współpracowniczki uważają, że flirtujesz z recepcjonistką po drugiej stronie korytarza.
Powiedziała to takim tonem, jakbym właśnie przewrócił biedną dziewczynę na biurko i brutalnie ją przeleciał. Była atrakcyjna, ale rozmawiałem z nią zaledwie dwa razy, była zaręczona, a najdalej posuwałem się do uśmiechu przez szklane drzwi jej biura, kiedy wchodziłem lub wychodziłem z budynku.
— Przecież mam dziewczynę! — zaprotestowałem. (Tak, to był okres, kiedy z panią Ironwood już mieszkaliśmy razem, choć jeszcze przed ślubem i wtedy naprawdę irytowało mnie takie insynuowanie.)
— Z nikim nie flirtuję! Czytam książkę w samochodzie!
— Nie robisz tego tam, gdzie mogą cię widzieć – podkreśliła. – I właśnie to jest problem.
Patrzyłem na nią bez słowa.
— Dlaczego… sposób i miejsce, w którym spędzam przerwę obiadową… miałoby obchodzić kogokolwiek poza mną?
Starałem się być dyplomatyczny i logiczny.
— Problem polega na tym, panie Ironwood, że pańskie zachowanie sprawia wrażenie, że pan…
Urwała, najwyraźniej nie wiedząc, jak dokończyć zdanie.
— …że ja co? Znęcam się nad szczeniakami? Palę trawkę? Masturbuję się?
Kiedy ująłem to w taki sposób, zaczęła wyglądać trochę głupio. I doskonale o tym wiedziała. I tak, naprawdę powiedziałem „znęcam się nad szczeniakami”. Do dziś to pamiętam.
— …że nie jest pan graczem zespołowym.
— A mimo to osiągam wyniki dwa razy lepsze niż… niektórzy inni pracownicy – zauważyłem. – To w jaki sposób nie jestem „graczem zespołowym”? I jaki związek z jakością mojej pracy ma to, że jem obiad sam… albo to, co wyobrażają sobie o mnie moje współpracowniczki? Według każdego obiektywnego kryterium jestem idealnym pracownikiem. Jeśli pani chce, z przyjemnością omówię swoją ocenę pracy z agencją pracy tymczasowej.
Groźba była ukryta, ale czytelna. Jeżeli to będzie trwało dalej, włączę do sprawy agencję. To nie był koniec świata, ale zwróciłoby uwagę na całą sytuację, a moja szefowa obracała się w tym samym kręgu towarzyskim co właścicielka agencji pracy tymczasowej. Wiedziałem o tym. Może nie należałem do Kobiecej Matrycy Społecznej, ale wiedziałem, jak jej używać.
— Proszę po prostu stosować się do zasad obowiązujących w firmie tak, jak zostały panu wyjaśnione, panie Ironwood. To wszystko.
W ten sposób zakończyła rozmowę. Choć byłem potwornie rozgoryczony, potrzebowałem tej pracy. Lekka robota tymczasowa w klimatyzowanym biurze płaciła znacznie lepiej niż budowlanka czy kelnerowanie. Poza tym wciąż byłem na tyle buntowniczy, że miałem ochotę rozwalić cały ten system wyłącznie po to, żeby zrobić jej na złość.
Sprawiałem więc wrażenie, że się ugiąłem i ustąpiłem. Zacząłem spędzać przerwy obiadowe w pokoju pracowniczym, gdzie byłem bombardowany wszelkiego rodzaju idiotycznymi kobiecymi pogawędkami. Moim jedynym ustępstwem wobec samego jedzenia było przynoszenie codziennie jednego, fallicznego banana. Nosiłem go ze sobą wszędzie, po czym na początku obiadu pochłaniałem go w kilka sekund. A potem… Cóż…
Nie da się czytać, kiedy trzynaście kobiet porównuje swoje weekendy i walczy o pozycję w Matrycy przy rozmowach o makaronie do mikrofalówki. Jest po prostu zbyt wiele rozpraszaczy. Ale mogę pisać. Jestem pisarzem. Wszyscy o tym wiedzieli. Miałem nawet wydaną książkę. To była zdecydowanie najciekawsza rzecz, jaka mnie wyróżniała.
Zacząłem więc przynosić na obiad zeszyt i siadałem sobie w kącie, zapisując różne rzeczy. Czasem coś bazgrałem. Nic wielkiego. I wtedy do gry wkroczył kobiecy solipsyzm. To zachowanie wywołało natychmiastowy i niezwykle interesujący efekt. Nagle absolutnie wszystkich w budynku zaczęło niezmiernie interesować, co właściwie piszę.
I stało się to Wielką Sprawą.
Ponieważ każda pracująca tam kobieta była święcie przekonana, absolutnie święcie przekonana, że piszę o niej. A konkretnie rzeczy dla niej niepochlebne. Nie miało znaczenia, czy miała dwadzieścia jeden, czy pięćdziesiąt jeden lat. Każda była tego pewna. Jeżeli to nie jest solipsyzm, to nie wiem, co nim jest.
Dotarło do mnie, że urosło to do rangi Wielkiej Sprawy, dopiero wtedy, gdy Courtney, dwudziestokilkulatka, podeszła do mnie po obiedzie i po raz pierwszy zaczęła ze mną flirtować. Courtney była biurową pięknością. Zdecydowanie w moim typie. Ale miała o sobie znacznie wyższe mniemanie niż ja o niej. Mimo to byłem uprzejmy, choć raczej małomówny.
— No więc… – zaczęła po serii nic nieznaczących uprzejmości – O czym tak piszesz?
Zaskoczyło mnie to.
— Ach, po prostu szkice postaci i różne takie. Notatki. Pracuję nad nową książką.
Nie miałem wtedy na myśli niczego szczególnego. Jestem pisarzem. Odkąd zacząłem pisać, nieustannie „pracuję nad nową książką”. To po prostu gotowa odpowiedź. Courtney jednak zinterpretowała to (dość solipsystycznie), jako informację, że piszę nową książkę… o niej Albo o kimś z naszej grupy.
Zaczęła zadawać coraz bardziej dociekliwe pytania. A kiedy zorientowałem się, do czego zmierza, moje odpowiedzi stawały się coraz bardziej mgliste i tajemnicze, podczas gdy ona robiła się coraz bardziej poruszona. Nie przekazałem jej ani jednej konkretnej informacji. A mimo to pod koniec dnia „wszyscy wiedzieli”, że piszę książkę o Courtney. Albo o kimś z grupy.
Ale Courtney była niemal pewna, że chodzi właśnie o Courtney. Bo gdyby nie chodziło o nią, nie zachowywałbym się przecież tak tajemniczo.
W kategoriach Kobiecej Matrycy Społecznej wykorzystała całe to wydarzenie do podniesienia swojej pozycji, ponieważ facet piszący książkę o tobie oznacza ogromną uwagę. A uwaga jest walutą obowiązującą w Matrycy.
Następnego dnia, jeszcze przed obiadem, podeszły do mnie cztery kobiety pod całkowicie błahymi pretekstami. Każda z nich w jakiś sposób zdołała wspomnieć o moim pisaniu. Nie dałem się sprowokować. Mój zeszyt leżał spokojnie na rogu biurka aż do obiadu. Podczas obiadu, wiedząc już, jak ogromne zainteresowanie wzbudza moja „książka”, zacząłem robić notatki bardziej świadomie.
Tak naprawdę większość tego, co zapisywałem, nie miała absolutnie żadnego związku ani z biurem, ani z kimkolwiek, kto w nim pracował. To sposób, w jaki notowałem, podtrzymywał cały mit.
Na przykład czekałem, aż w rozmowie zapadnie chwila ciszy. Wtedy gwałtownie zaczynałem coś gorączkowo zapisywać, podczas gdy wszyscy w pokoju obserwowali mnie, usiłując jednocześnie sprawiać wrażenie, że wcale tego nie robią.
Po chwili kończyłem. Rozmowa ruszała dalej. A ja czekałem na następną przerwę. Dla eksperymentu postanowiłem dostosowywać moment robienia notatek do tego, która kobieta właśnie mówiła. Wybrałem Margaret, jedną ze starszych kobiet. Bez żadnego szczególnego powodu. Za każdym razem, gdy Margaret otwierała usta, zaczynałem pisać.
Dopiero po kilku takich sytuacjach zorientowała się, co się dzieje. I zrobiło jej się bardzo nieprzyjemnie. Potem zauważyły to pozostałe kobiety.
Natychmiast zawrzało. Margaret zaczęła się czerwienić. W końcu przeprosiła wszystkich i wyszła do toalety. Ja nie powiedziałem ani jednego słowa. To było, kurwa, przezabawne. Dosłownie histeryczne. Pod koniec dnia wszyscy byli już całkowicie przekonani, że książka jest o Margaret.
Następnego dnia skupiłem się na Lisie. Zapisywałem coś głównie wtedy, gdy skończyła mówić. Lisa również się speszyła. Ale zamiast uciec i się czerwienić, zaczęła znacznie bardziej uważać na swoją dykcję i dobór słów. W połowie obiadu zmieniłem cel i znowu zrobiłem to samo z Courtney. Po obiedzie Margaret podeszła do mnie, kiedy wracałem do swojego biurka.
— Wiesz, Ian… naprawdę mi się to nie podoba! – powiedziała.
— Co takiego? – zapytałem, szczerze zdziwiony.
— To, że piszesz o mnie w tym zeszycie – oskarżyła mnie.
Prawie się uśmiechnąłem. Zamiast tego przybrałem wyraz kompletnego zdziwienia.
— Co masz na myśli? Kto powiedział, że piszę o tobie?
— Wszyscy wiedzą… Słuchaj, jestem bardzo prywatną osobą i jeśli chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć, byłabym wdzięczna, gdybyś przyszedł bezpośrednio do mnie, zamiast polegać na tym, co mówią inni. Dobrze?
— Yyy… dobrze – zgodziłem się.
Nie tylko założyła, że piszę o niej. Była absolutnie przekonana, że rozmawiam o niej również z innymi kobietami w biurze.
Przez cały tamten tydzień dalej mozolnie przebijałem się przez stertę kartotek, a podczas obiadu bawiłem się, obserwując solipsystyczny spektakl. Stało się to dla mnie grą. Jak mało mogę powiedzieć i zrobić, żeby mimo wszystko wywołać lawinę spekulacji na temat mojej „książki”?
Jak wielkie zamieszanie mogę wywołać wśród tych kobiet… nie robiąc absolutnie nic poza wykonywaniem swojej pracy? Gdyby kobiety nie były solipsystyczne, to by nie zadziałało. A jednak zadziałało. I to spektakularnie.
W środę pokój podzielił się na dwa obozy, ponieważ notowałem wyłącznie wtedy, gdy odzywały się młodsze kobiety (poniżej trzydziestki), a całkowicie ignorowałem starsze.
W czwartek Janet, która przez cały okres mojej pracy nie zamieniła ze mną więcej niż dwóch słów, podeszła do mnie podczas obiad i w kącie zaczęła wypytywać o moje życie oraz o moją książkę. Powiedziałem jej możliwie jak najmniej.
Nie skłamałem ani razu. Byłem przekonany, że po prostu ją frustruję. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, co właśnie zrobiła. Nasza krótka, prywatna rozmowa sprawiła, że w oczach Matrycy wyglądało to tak, jakby posiadała poufne informacje z pierwszej ręki. I wykorzystała tę przewagę bez najmniejszych skrupułów podczas późniejszej wolnej amerykanki.
Tego samego popołudnia, kiedy wracałem z męskiej toalety (nazywałem ją Twierdzą Samotności), przyłapałem starą Betty, jak ukradkiem próbuje przeglądać mój zeszyt.
— Przepraszam bardzo? – powiedziałem, podchodząc do niej od tyłu i z hukiem kładąc dłoń na zeszycie. — Jakiś problem?
— Och… po prostu szukałam zszywek – odpowiedziała beztroskim tonem.
— W moim zeszycie ich nie ma. Proszę zajrzeć do magazynku z materiałami biurowymi. Gdybym ich szukał, właśnie tam bym ich szukał.
Źródło: The Tangled Chains On The Swing Set of Solipsism
Zobacz na: Kobiety i śmierć kobiecości
Bronić, Wyjaśniać, Usprawiedliwiać, Racjonalizować. Kiepskie narzędzia dla ciot
Mężczyźni wychowywani na wybrakowane kobiety – Rian Stone
Pokolenie asekuracji: Kiedy ryzyko społeczne staje się zbyt wysokie
Patologia pokoleniowa: Narcyzm to nie wielkość [wspaniałość]
Najnowsze komentarze