Telewizja jako propaganda kulturowa: jak stereotypy kształtują obraz świata – Ben Stein

– Książka zwraca uwagę i ja też pani to podkreślam, pani Dorothy Fuldheim, że telewizja jest mocno stereotypowa, jednorodna i ukierunkowana ideologicznie, a jakie będą tego skutki, nie jestem do końca pewien. Uważam jednak, że warto zauważyć, iż najpotężniejsze medium w historii świata jest kontrolowane przez bardzo małą, specyficzną, jednorodną grupę ludzi. To znaczy, myślę, że jeśli spojrzeć na ludzi, którzy piszą i produkują dla telewizji, to zauważam w niej pewne cechy przypisywane określonym osobom, pewnym stereotypowym typom postaci. Na przykład wszyscy biznesmeni, jeśli to serial przygodowy są źli, morderczy, obłudni, krętacze, łajdacy… W telewizji…
– Ona chce wiedzieć, czy zna pan biznesmena, który nie jest mordercą.
— Bardzo dziękuję.
– Moim zdaniem to nie jest prawdziwe ich przedstawienie. I podobnie, w telewizji wszystkie małe miasteczka to złe, podłe miejsca, do których niewinny człowiek z wielkiego miasta przyjeżdża, psuje mu się samochód i wpada w sieć morderstw, porwań i wymuszeń. Wszyscy wojskowi, jeśli to serial przygodowy, knują przejęcie władzy jak jacyś neonaziści. Jeśli to komedia sytuacyjna, mężczyźni są pajacami. W serialach kryminalnych przestępcą niemal zawsze jest ktoś z klasy średniej: zamożny przedstawiciel większości. Prawie nie ma biednych pokazywanych jako sprawcy przestępstw. A przestępcy, nawet jeśli zbrodnię popełnia ktoś biedny, zwykle zostaje do tego zmuszony przez biznesmena albo kogoś innego, kto sprawia wrażenie przedstawiciela klasy średniej. W telewizji nie ma żadnych sensownych ani ważnych postaci religijnych. Wszystkie są albo pajacami, albo bezradnymi tetrykami. To przytłaczająco częste szufladkowanie pewnych ośrodków władzy i grup wpływu w społeczeństwie jako złych albo głupich. Dodam tylko, że nawet ludzie, którzy robią telewizję, nawet hollywoodzcy Gary Marshallowie i Norman Learowie, tak naprawdę nie zaprzeczają, że takie szufladkowanie ma miejsce. Chodzi tylko o to, że jest tam ogrom tego rodzaju szumu tła w tych programach TV, który tworzy zupełnie alternatywną rzeczywistość amerykańskiego życia.
Ludzie oglądają telewizję tak dużo, że staje się dla nich jakby drugim życiem, a w tym drugim życiu, warunki są zupełnie inne niż w prawdziwym życiu. To znaczy: w prawdziwym życiu, od czasu do czasu można spotkać biznesmena, który nie planuje zamordować swojej dziewczyny, tancerki go-go. W telewizji standardowy odcinek „Barnaby Jones” albo „Starsky i Hutch” wygląda tak, że tancerka go-go została zamordowana, a podejrzanych jest trzech. Jednym jest jej chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia po odsiedzeniu 20 lat za morderstwo. Drugim jest woźny, który sprząta w klubie i jest uzależniony od heroiny. Trzecim jest szef lokalnego zakładu energetycznego, który wpada tam na drinka po drodze na pociąg. I jak zawsze, mordercą okazuje się szef lokalnego zakładu energetycznego. I to jest taka „rzeczywistość”, która jak mi się wydaje, w telewizji potrafi mocno wypaczać to, jak większość ludzi postrzega prawdziwe życie.
— Oglądam „M*A*S*H”. Oglądam „Barney Miller”.
– Cóż, „M*A*S*H” to idealny przykład tego, o czym jest ta książka, bo jednym z wątków tej książki jest to, że w telewizji żołnierze dzielą się na dwie kategorie. Jeśli to szeregowi albo poborowi, przedstawia się ich jako ludzi niemal świętych, pełnych cnót. Jeśli są zawodowymi oficerami, to są zabójcami. Ich życiowym celem jest zabijać i dręczyć ludzi.
— W przypadku MASH tak nie jest.
– Ależ tak, w MASH to jest absolutnie prawdą.
— W MASH bohaterami są… Dowodzący oficer to bardzo sympatyczny facet.
– Tyle że jest z poboru…
— Pisze taki jeden co tydzień.
– Tyle że on jest z poboru. Wszyscy w polowym szpitalu chirurgicznym są z poboru. Ci ze sztabu interesują się wyłącznie bombardowaniem cywilów. MASH to wręcz podręcznikowy przykład tego, jak w telewizji zawodowy wojskowy jest o krok od bycia esesmanem. Myślę, że na ile telewizja publiczna albo te rzadkie wydarzenia z tzw. wysokiej kultury w telewizji komercyjnej w ogóle się zdarzają, to równolegle działa potężna reakcja w przeciwną stronę: telewizja ma skłonność obniżać poziom kultury narodowej, zabierając ludziom czas, który mogliby zamiast tego poświęcić na czytanie albo prawie cokolwiek innego, a w zamian wystawiając ich na ten rodzaj alternatywnej rzeczywistości, takiej w której nic nie jest trudne. Nie ma myślenia. Nie ma analizy. Wszystko załatwia pisk opon.
I trzeba sobie powiedzieć: spójrzmy na pokolenie, które dorastało, oglądając wyłącznie telewizję.
— Co oni muszą myśleć o ludziach, którzy są biznesmenami?
— Co oni muszą myśleć o zawodowych oficerach wojska?
— Co oni muszą myśleć o urzędnikach?
— Co oni muszą myśleć o duchownych? po niemal wyłącznym oglądaniu takich ludzi w telewizji.
– To byłby kolejny przykład.
– Zgadza się.
— Nie sądzę, żeby to w ogóle była zasługa telewizji.
– Ale nie można też zapominać, że w sondażach badających status społeczny i prestiż różnych grup zawodowych, te grupy, które telewizja systematycznie ośmiesza, dostają coraz niższe oceny.
Nie wiem, czy to rzeczywiście zależność przyczynowo-skutkowa, ale chciałbym zasugerować, że jakieś pięć lat temu duża firma farmaceutyczna wypuściła reklamę nowego dezodorantu o nazwie Sure. Mieli bardzo intensywną, sześciotygodniową kampanię reklamową. A po sześciu tygodniach ten produkt, dopiero co wprowadzony na rynek, stał się najlepiej sprzedającym się dezodorantem w USA. Chcę powiedzieć, że nie pojmuję, jak można reklamować dezodorant i skłonić ludzi, żeby go kupili, a jednocześnie przez 30 lat „reklamować” pewien punkt widzenia na temat biznesmenów, wojskowych, małych miasteczek, ludzi biednych, ludzi bogatych, czarnych oraz białych i też tego nie „sprzedać”.
Trudno brać na serio twierdzenie, że 30 sekund czasu antenowego jest warte 90 tysięcy dolarów kiedy sprzedaje się jakiś produkt, a jednocześnie mówić, że w programie nie sprzedaje się niczego, to się po prostu nie trzyma rzeczywistości.
— Oj, daj spokój. Ludzie są na tyle rozsądni, żeby odróżnić reklamę od idei.
– Przekaz tego, co nie jest reklamą, powinien być tym silniejszy, bo jeśli ludzie potrafią opierać się reklamom, to nie są przygotowani, by opierać się temu, co pojawia się między reklamami. I wydaje mi się, że nawet ludzie, którzy nie są głupcami, mogą z czasem dać się przekonać temu, co widzą w telewizji. Ciągle natykam się na ludzi, którzy są gorzko rozczarowani jakimś aspektem prawdziwego życia, bo nie pasuje ono do tego, czego oczekiwali na podstawie telewizji. Ciągle też słyszę ludzi mówiących: dlaczego muszę robić to czy tamto? Dlaczego muszę cały dzień pracować, siedząc za maszyną do pisania? Dlaczego muszę cały dzień pracować, siedząc w bibliotece prawniczej? Starsky i Hutch tego nie robią. Albo Suzanne Somers w Three is Confident nie róbi tego.
— Weź przestań.
– Cóż, myślę, że stereotypy istnieją wyłącznie dlatego, że właśnie takie stereotypy siedzą w głowach producentów i scenarzystów programów telewizyjnych. Producent serialu telewizyjnego, jak pewnie wiecie, to nie to samo co producent filmu. Bo producent serialu w dużej mierze sam ten serial pisze. Kiedy prowadziłem badania do mojej książki, odkryłem, że te same stereotypy, które widzicie w telewizji, to dokładnie te stereotypy, które siedzą w głowach ludzi piszących dla telewizji.
– No dobrze, kim są ci ludzie?
– To grupa kilkuset bardzo wpływowych, świetnie umocowanych scenarzystów telewizyjnych. W Hollywood jest bardzo mała pula doświadczonych, wykwalifikowanych scenarzystów telewizyjnych. Wszyscy się znają. Wszyscy podzielają te same wartości. Wszyscy się przyjaźnią i wzajemnie utwierdzają się w swoich wartościach. Nasuwa się pytanie, dlaczego ci ludzie, którzy, według niemal każdej miary, są bardzo zamożni, bo odnoszący sukces producent telewizyjny zarabia około 50 tysięcy dolarów tygodniowo, mieliby…
– Tygodniowo?
– Tygodniowo. Dlaczego mieliby…
— To Powalające.
– zarabiać więcej, niż my zarabiamy. Dlaczego mieliby być tak wrogo nastawieni do biznesmenów i ogólnie do ludzi bogatych. Myślę, że ma to coś wspólnego z tym, że niemal żaden z nich nie dorastał w zamożnym domu i mają w sobie pewną szczątkową wrogość wobec tego, co postrzegają jako światowe ośrodki władzy. To znaczy, myślę, że ten świat, który sobie wyobrażają, ten, z którego wywodzi się pan Buckley, uznaliby za prawdziwe centrum władzy i nienawidzą go.
Zobacz na: Zachowania przesądne – gołębie i nagrody
Myślenie pojęciowe, a myślenie stereotypowe – Andrzej Wronka, Kazimierz Ajdukiewicz, Józef Kossecki
Telewizja jako propaganda kulturowa: jak stereotypy kształtują obraz świata – Ben Stein
https://rumble.com/v78zrio-telewizja-jako-propaganda-kulturowa.html
Wywiad porusza temat wpływu telewizji na sposób postrzegania rzeczywistości. Ben Stein zwraca uwagę, że treści tworzone przez niewielką, jednorodną grupę scenarzystów i producentów często przedstawiają świat w sposób uproszczony i stereotypowy. W efekcie powstaje alternatywna wizja społeczeństwa, w której określone grupy jak biznesmeni, wojskowi, mieszkańcy małych miast czy osoby religijne, są systematycznie ukazywane negatywnie lub karykaturalnie.
Stein podkreśla, że problem nie polega jedynie na pojedynczych przykładach, lecz na powtarzalności schematów, które z czasem zaczynają wpływać na odbiorców. Telewizja, jako jedno z najpotężniejszych mediów, nie tylko odzwierciedla rzeczywistość, ale aktywnie ją kształtuje, szczególnie poprzez narracje, które widzowie przyswajają bez krytycznej analizy.
W rozmowie pojawia się także teza, że przekaz ideologiczny może działać równie skutecznie jak reklama, jeśli krótkie kampanie potrafią zmienić zachowania konsumentów, to wieloletnie utrwalanie określonych obrazów społecznych może wpływać na przekonania całych pokoleń. Widz może więc spodziewać się refleksji nad tym, jak media kreują obraz świata oraz jak ten obraz może odbiegać od rzeczywistości, jednocześnie wpływając na nasze oczekiwania i oceny innych ludzi.
W latach 70. Ben Stein przeprowadzał wywiady z czołowymi producentami i scenarzystami telewizyjnymi, pytając, dlaczego ich obraz amerykańskiej kultury jest tak zniekształcony. Przedsiębiorcy byli przedstawiani jako źli. Przestępczość w realnym świecie była ukazywana niezgodnie z rzeczywistością, ustępując miejsca narracjom marksistowskim dotyczącym rasy, klasy i kultury, promowanym przez Nową Lewicę.
„A ostateczny efekt tego wszystkiego był taki: ludzie zajmujący pozycje twórczej władzy w telewizji czują się w stanie niemal wojny z ośrodkami władzy w amerykańskim życiu, tak jak je postrzegają. Postrzegają klasę przedsiębiorców, klasę dziedziców, kastę oficerów wojskowych, mieszkańców Grosse Pointe, ludzi z zamkniętych osiedli, a także mieszkańców małych miasteczek, którzy konsekwentnie opierają się politycznym wskazówkom elit z wielkich miast jako swoich wrogów.
Dlaczego? Co ktokolwiek z małego miasteczka zrobił przeciętnemu producentowi telewizyjnemu? Co jakikolwiek dyrektor GM zrobił scenarzyście zarabiającemu 5 tysięcy dolarów tygodniowo? Co jakikolwiek generał zrobił człowiekowi, który nigdy nie służył w wojsku albo służył trzydzieści pięć lat temu? Oczywiste jest, że ta wrogość nie jest osobista. A jednak jest bardzo silna.
Podobnie, dlaczego producenci i scenarzyści tak silnie identyfikują się z klasami „przegranych”, czyli biednymi, przestępcami, czarnymi? Ich codzienny kontakt z biednymi praktycznie nie istnieje. Większość ma gosposie, ale niewielu ma z nimi realny kontakt. Poruszają się w klimatyzowanych bańkach i nie mają nic wspólnego z masami, jak miałoby to miejsce w metrze czy autobusie. Nikt nawet nie chodzi pieszo po ulicach Beverly Hills czy Hollywood, więc i tam nie ma kontaktu. A jednak w umyśle producenta istnieje więź między milionerem-producentem a zwykłym pracownikiem, więź, która nie istnieje między milionerem-producentem a milionerem-przemysłowcem czy dziedziczką.
To wszystko zaczęło mieć dla mnie sens dopiero wtedy, gdy zastosowałem analizę marksistowską. Choć jestem daleki od bycia marksistą, odkryłem, że jeśli potraktować środowisko telewizyjne jako małą, ale niezwykle energiczną i bojową klasę, wszystko zaczyna się układać. Jeśli uznamy twórców telewizyjnych za klasę, która kiedyś była bezsilna i zdominowana przez inne klasy, przedsiębiorców, dziedziców i innych oraz politycznie podporządkowana Ameryce zdominowanej przez małe miasteczka i ich wpływy, a następnie wybiła się na pozycję władzy i wpływu, wiele rzeczy staje się jaśniejszych.
Ludzie telewizji postrzegają pewne klasy jako swoich dawnych wrogów. Co więcej, nadal ich tak widzą, z tą różnicą, że zaszła zasadnicza zmiana. Zamiast mozolnie piąć się z niczego do czegoś, dziś są w pozycji, by dominować nad społeczeństwem. Mogą rywalizować z klasą przedsiębiorców, z klasą wojskową, z elitami małych miasteczek z każdym, kto pretenduje do roli przywódczej w społeczeństwie.
Rozumieją jednak, że inne ośrodki władzy muszą zostać zdeprecjonowane i upokorzone, jeśli mają przejąć najwyższe pozycje. Wyraźnie widzą, że przedsiębiorcy wciąż mogą ich w pewnym stopniu powstrzymać, że wojsko pozostaje zamkniętym systemem poza ich kontrolą, a małe miasteczka są odporne na ich modne idee.” – View From Sunset Boulevard, Ben Stein
Najnowsze komentarze