Bogactwem Przyszłości Będzie Zdrowy Rozsądek – Aaron Clarey

Wprowadzenie
Zamierzałem, aby „Bogactwem Przyszłości Będzie Zdrowy Rozsądek” był najlepszym tekstem, jaki kiedykolwiek napisałem. Niekoniecznie ze względu na jakość samego pisania, lecz ze względu na idee, które w nim przedstawiłem. Wyjaśnia on, w jaki sposób osiągnęliśmy, a w niektórych przypadkach już osiągnęliśmy świat post-niedoboru. Pokazuje też, jak taki faktyczny świat post-niedoboru wpłynął na nasze wartości ekonomiczne, a tym samym na nasze poczucie szczęścia.
Przede wszystkim jednak wskazuje, że mimo praktycznie nieograniczonych zasobów i zaspokojenia niemal wszystkich naszych ziemskich pragnień, ludzka małostkowość, zazdrość, zawiść i chciwość są wieczne i dlatego skazują większość ludzi na życie w nieszczęściu, gniewie, nienawiści i zawiści.
Jednak prawdziwą ceną, jaką ludzkość płaci za swoje nieograniczone bogactwo, jest utrata rozsądku. Ponieważ wszystkie nasze realne problemy zniknęły, a kolejne, coraz mniejsze, są rozwiązywane każdego dnia, ludzkość zaczyna skupiać się na rzeczach coraz bardziej błahych i nieistotnych. A gdy małe umysły obsesyjnie zajmują się coraz drobniejszymi sprawami, przestają koncentrować się na tym, co naprawdę ważne w życiu, odrywają się od rzeczywistości i w efekcie popadają w obłęd.
To sprawia, że najcenniejszym dobrem w dzisiejszym świecie nie są pieniądze, bogactwo ani materialne dobra, lecz zwykły zdrowy rozsądek. Prosty rozsądek, który może wynikać jedynie ze zdrowego rozsądku życiowego, intelektualnej uczciwości, krytycznego myślenia, oszczędności i dojrzałości pozwalającej nie ulegać tak błahym rzeczom jak zazdrość.
Jednak biorąc pod uwagę, jak społeczeństwo indoktrynuje ludzi, by skupiali się na tym, jakie bezwartościowe błyskotki mają „bogaci ludzie”, a oni nie, albo jak nikt nie zwraca uwagi na to niesamowite życie w dobrobycie, w którym żyjemy, gdzie niemal wszystkie podstawowe potrzeby można zaspokoić pracując 40 godzin tygodniowo (o ile samemu się tego nie zrujnuje, mając dzieci, na które cię nie stać, albo zdobywając bezwartościowy dyplom, którego kredytu nie da się spłacić), to nie powinno dziwić, że małe umysły społeczeństwa dają się zwieść i obsesyjnie myślą o bezwartościowych rzeczach materialnych, których nie posiadają.
Do tego stopnia, że gniew i zazdrość całkowicie ich pochłaniają, doprowadzając ich do obłędu, a tym samym sprawiając, że marnują, a właściwie torturują swoje jedyne, bezcenne i bardzo krótkie życie na tej planecie.
Moim zamiarem było zwrócić uwagę ludzi o szerszych horyzontach, że szczęście (a więc i prawdziwe bogactwo) nie będzie już zależało od tego, ile pieniędzy posiadasz, lecz od tego, jak bardzo jesteś rozsądny, ponieważ rozsądek stanie się rzadkim i ulotnym dobrem w świecie pełnym małostkowych, rozpieszczonych i drobno myślnych ludzi.
Jednak ironicznie, skoro mowa o „małych umysłach”, kiedy opublikowałem ten tekst za darmo na swoim blogu, spotkał się z minimalnym zainteresowaniem. Był jednym z najmniej czytanych poważnych tekstów, jakie napisałem. Niewiele osób go skomentowało. I mimo moich najlepszych starań, by go nagłośnić i wprowadzić na „rynek idei”, poniosłem porażkę.
Ta wielka ekonomiczna i filozoficzna refleksja, która prawdopodobnie zawierała sekret szczęścia dla całej ludzkości, przeszła bez echa, jak pierdnięcie w kościele. Dlatego, będąc dobrym ekonomistą, zrobiłem jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić: zdjąłem tekst z bloga i teraz każę ludziom za niego płacić, ponieważ ludzie nie cenią niczego, dopóki nie muszą za to zapłacić.
Mimo że teraz trzeba za niego zapłacić, mam nadzieję, że docenisz ten esej. Odkładając na bok wszelką pychę i arogancję, naprawdę wierzę, że rozsądek będzie w najbliższej przyszłości coraz ważniejszą formą bogactwa, a więc także głównym źródłem szczęścia, albo przynajmniej zadowolenia z życia. Za tę niewielką cenę, którą zapłaciłeś za ten esej, mam nadzieję, że zrozumienie tej filozofii i wprowadzenie jej w życie poprawi i wzbogaci twoje życie w największym możliwym stopniu.
Z poważaniem,
Aaron Clarey
1. Rozdzielenie pieniędzy od bogactwa
Tradycyjnie i historycznie pieniądze były równoznaczne z bogactwem. Powód był prosty: pieniądze bezpośrednio prowadziły do dłuższego i lepszego życia, łatwiejszego, przyjemniejszego, zdrowszego i o znacznie wyższym standardzie. Jednak ten związek przyczynowy między pieniędzmi a „bogactwem” jest stopniowo, asymptotycznie, zacierany przez innowacje i produkcję kapitalizmu. Wraz z rozwojem technologii gospodarka staje się coraz bardziej wydajna, koszty niemal wszystkiego spadają, a coraz więcej „bogactwa” trafia w ręce lub przynajmniej w zasięg ogromnej większości ludzi.
Głód, który nękał ludzkość przez 99,9999% jej istnienia, został rozwiązany (do tego stopnia, że dziś większym problemem jest otyłość). Choroby, które kiedyś by cię zabiły lub trwale okaleczyły, zostały wyeliminowane. Odzież i schronienie są w praktyce zagwarantowanymi prawami w krajach pierwszego świata. A transport na skalę globalną jest dostępny dla każdego, pozwalając podróżować do odległych miejsc, o których królowie jeszcze 500 lat temu mogli jedynie marzyć.
W rzeczywistości ekonomia i technologia uczyniły tak wielu ludzi bogatymi, że różnice, które wyznaczamy między „bogatym” a „biednym” czy między dobrami „luksusowymi” a „zwykłymi”, są często w gruncie rzeczy drobne, minimalne i małostkowe.
— Moja Kia Rio z 2008 roku robi 99% tego, co Ferrari. Zapewnia mi szybki, bezpieczny i niezawodny transport, chroniąc mnie jednocześnie przed warunkami atmosferycznymi.
— Kanapka z Subway’a, którą zjadłem w zeszłym tygodniu, dostarczyła mi równie pożywnego, zdrowego i kalorycznego posiłku jak kolacja sushi za 100 dolarów, którą pan Pan Nadęty Bogacz zjadł podczas wizyty w Las Vegas.
— Ubrania z Savers i Goodwill zapewniają mi tyle samo ciepła i ochrony przed pogodą co garderoba dzieciaka z harwardzkiej elity finansowanej z funduszu powierniczego, ubranego w Christian Dior.
— A mój stary, tani smartfon łączy się z internetem i ma w 100% tę samą funkcjonalność co najnowszy, najdroższy model za 5000 dolarów iPhone 3907Xi-Tx-I należący do Tiny, księżniczki z przedmieść.
A jeśli spojrzeć na to w ostatecznym kontekście: o ile nie masz poważnej choroby albo wyjątkowo złych genów, będziesz żył na tej planecie dokładnie tyle samo co Bill Gates, Warren Buffett, George Soros czy Jeff Bezos nawet jeśli posiadasz tylko jedną milionową ich majątku.
Wystarczy zapytać Steve’a Jobsa, jak bardzo miliardy dolarów „bogactwa” poprawiły nieuniknioną przyjemność i jakość jego życia… choć właściwie nie możesz go o to zapytać, bo nie żyje.
Dlatego uważam, że nie powinniśmy skupiać się na tym, ile więcej pieniędzy „Robert” ma nominalnie od „Billy’ego”, lecz na tym, że Billy cieszy się standardem życia stanowiącym 98% tego, co ma Robert mając jedynie 10% jego pieniędzy.
2. Co się dzieje w świecie nieograniczonego bogactwa?
Ale co by się stało, gdyby gospodarka kiedykolwiek osiągnęła ten utopijny poziom nieograniczonej produkcji? Co jeśli armie robotów służących ludziom harowałyby, spełniając każdą materialną zachciankę i pragnienie każdego człowieka? Świat, w którym wszyscy mielibyśmy Ferrari, wszyscy jedlibyśmy sushi, wszyscy robilibyśmy zakupy u Christiana Diora, a jedyną rzeczą decydującą o tym, kto jest „bogatszy”, byłaby długość życia?
Można by przypuszczać, że najbardziej palący problem polityczny wszechczasów zostałby rozwiązany – nierówność dochodowa. Marzenie demokratów, socjalistów i komunistów o całkowitej równości dochodów zostałoby spełnione, a oni przestaliby nawoływać do pasożytowania na produkcji innych. Prawica i lewica, producenci i pasożyty, kapitaliści i socjaliści przestaliby skakać sobie do gardeł. Właściwie polityka przestałaby istnieć, ponieważ cała historia polityki polegała na tym, że jedna grupa ludzi chciała tego, co miała druga.
Kto wie, konserwatyści i liberałowie mogliby nawet zacząć się ze sobą prywatnie poznawać, a Benowie Shapiro tego świata mogliby żenić się z Alexandrami Ocasio-Cortez. Oczywiście nie sądzę, żeby tak się stało, ale ostatecznie doprowadziłoby to do ustania wojen, kradzieży, chciwości i zazdrości. Ludzie nie mieliby potrzeby ani chęci żyć kosztem innych. Nie musieliby w ogóle starać się o to, co posiadają. Powstałby prawdziwie utopijny, „doskonały świat”, wszystko dlatego, że bogactwo byłoby nieograniczone.
Oczywiście taki w 100% idealnie równy świat nigdy nie powstanie. Po części dlatego, że ktoś zawsze będzie komuś czegoś zazdrościł. Ale także dlatego, że asymptotyczne zbliżanie się do takiego ideału jest matematycznie niemożliwe, zawsze znajdzie się ktoś, kto ma choć odrobinę lepiej niż inni.
Ale właśnie to próbowałem powiedzieć wcześniej: można argumentować, że w dużej mierze już tam jesteśmy. Zamiast patrzeć na dzisiejsze czasy przez pryzmat tych drobnych „nierówności”, pomyśl o tym, jak ogromnie w ciągu ostatnich 500 lat zmniejszyły się różnice w długości życia, głodzie, bezdomności i chorobach. Tak, ten cholerny Robert ma więcej niż biedny Piotr, ale Piotr nie umiera już na szkorbut ani nie zżerają go wszy. Po prostu jeździ Chevroletem zamiast BMW.
Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, jest w ludzkości bardzo dużo powodów do nadziei i szczęścia. Właściwie, jeśli się nad tym dobrze zastanowić, już dziś mamy w praktyce nieograniczone bogactwo. Ale żeby to dostrzec, potrzeba szczególnie mądrej, refleksyjnej i filozoficznej osoby. Takiej, która nie jest obsesyjnie przywiązana do materialnych rzeczy ani nie zazdrości innym tego, co mają, lecz potrafi cieszyć się wolnością i łatwością życia, które posiada. Takich ludzi nazywamy minimalistami i powiedziałbym, że to właśnie oni mają najtrafniejsze filozoficzne podejście do rozumienia bogactwa.
Minimaliści potrafią docenić niezwykle wysoki standard życia, którym dziś cieszy się niemal każdy. Potrafią też docenić ogromny poziom faktycznego bogactwa, jaki mają, mimo że dysponują niewielką ilością pieniędzy. Kluczowe jest jednak to, że nie są materialistami i nie zazdroszczą tym, którzy mają więcej. Ale aby dojść do tego niemal zenowskiego wniosku, trzeba zrozumieć jedną rzecz: jedyną rzeczą na świecie, która naprawdę się liczy, są inni ludzie.
Minimaliści cenią ponad wszystko towarzystwo, rozmowę, relacje i miłość innych ludzi, ponieważ rozumieją, że choć Ferrari jest bardzo ładnym samochodem, jest czymś skończonym. Może zrobić tylko określoną liczbę rzeczy. Natomiast ludzki umysł, czy to przyjaciela, dziecka, partnera czy współpracownika, ma nieograniczony potencjał, a wraz z nim nieograniczoną zdolność dawania radości. To najprawdziwsze źródło szczęścia i przyjemności w życiu.
A gdzie w tym wszystkim pojawia się minimalizm finansowy? W tym, że ludzie mają jeszcze jedną ogromną zaletę, nie kosztują cię nic. Są za darmo. Dlatego jeśli potrafisz docenić ludzi za to, kim są, tak naprawdę w życiu potrzebujesz tylko jedzenia, ubrania, dachu nad głową oraz innych ludzi i naprawdę przestaje cię obchodzić, że ktoś ma materialnie więcej od ciebie.
Jest tylko jeden maleńki problem, jeśli chodzi o minimalizm. Ogromna większość ludzi nie jest minimalistami. Większość ludzi to jak przez całą historię ludzkości małostkowe, prymitywne, niezbyt bystre, smutne, materialistyczne i zazdrosne istoty. A ponieważ nie są minimalistami, czekają ich poważne problemy. Nie tylko w dzisiejszym świecie, ale nawet w tym idealnym, przyszłym, utopijnym świecie, z którym ludzkość będzie musiała się zmierzyć. A gdy to nastąpi, najprawdziwszą formą bogactwa nie będą już pieniądze, inwestycje ani dobra materialne, lecz czysty i prosty zdrowy rozsądek.
3. Wiecznie Leniwi = Wiecznie Zazdrośni = Wiecznie Gorsi
Problem z byciem lewicowcem polega na tym, że CO NAJWYŻEJ osiągniesz połowę tego, czego chcesz. Pozwól, że wyjaśnię. U podstaw lewicowcy są leniwi. Nie chcą pracować. Nie chcą się trudzić. Boją się pracy bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Ale tak jak są leniwi, tak samo są egoistyczni i zazdrośni. Nie mogą znieść bycia gorszymi od innych. Nie mogą znieść tego, że ktoś jest od nich lepszy. Jeśli Robert ma o pięć groszy więcej niż oni, zazdroszczą Robertowi. Jeśli Julia ma lepszą pracę niż oni, to Julia powinna płacić wyższe podatki. A jeśli Franek odłożył więcej pieniędzy na swoim koncie emerytalnym 401(k), to znaczy, że Franek był „uprzywilejowanym draniem”.
Jednak lewicowcy nie zazdroszczą tylko pieniędzy czy majątku. Zazdroszczą wszystkiego: wyglądu, ocen, inteligencji, kreatywności, urody, talentu, przyjaciół, seksu, popularności, stabilnych rodzin, a nawet tak błahych rzeczy jak wzrost. Jeśli ktoś w jakikolwiek sposób jest lepszy od lewicowca, doprowadza go to do zielonej z zazdrości wściekłości. Problem dla lewicowca polega na tym, że w przeciwieństwie do pieniędzy, rzeczy takie jak umiejętności, wygląd, uroda, inteligencja, siła, talent, przyjaciele, miłość, seks itd. nie mogą zostać skonfiskowane i rozdzielone na nowo.
Kiedy zamieniam swój czas na pieniądze, wykonując pracę, przekształcam ten czas w coś namacalnego, coś co lewicowcy mogą opodatkować i odebrać mi poprzez głosowanie. Ale co, jeśli przez lata ćwiczę, żeby zostać świetnym gitarzystą? Co, jeśli do tego regularnie chodzę na siłownię? A dzięki temu wszystkiemu potrafię oczarować atrakcyjną kobietę i zostaje ona moją żoną? A nasze małżeństwo jest silne i stabilne, dzięki czemu tworzymy zdrową rodzinę dla naszych dzieci? A mój talent jest na tyle dobry, że pozwala mi zarabiać na życie i zabierać dzieci w podróże po parkach narodowych?
Lewicowa osobowość: Lewicowa ideologia jako zjawisko biologiczne
Jak dokładnie lewicowcy mają to opodatkować albo skonfiskować?
Ktoś mógłby powiedzieć, że lewicowcy powinni sami zacząć chodzić na siłownię, nauczyć się jakiejś umiejętności, rozwijać ją aż stanie się źródłem dochodu, a potem przyciągnąć atrakcyjną żonę. Ale znowu muszę to podkreślić, LEWICOWCY BOJĄ SIĘ PRACY BARDZIEJ NIŻ CZEGOKOLWIEK INNEGO. Nie będą pracować ciężej. Nie włożą wysiłku. Nie podejmą trudu potrzebnego do osiągnięcia doskonałości i sukcesu, bez względu na to, jak bardzo byłoby to nagradzające. Lenistwo jest CECHĄ NUMER JEDEN, która determinuje wszystkie ich działania i skazuje ich na bycie gorszymi od każdego, kto jest po prostu gotów wykonać pracę. Dlatego lewicowcy stoją przed nierozwiązywalnym dylematem. Z jednej strony lenistwo jest wpisane w ich naturę. Z drugiej strony nie mogą znieść bycia gorszymi. I choć mogą zabierać ludziom pieniądze poprzez podatki i socjalizm, wyrównując poziom ekonomiczny, całej reszty rzeczy, które naprawdę liczą się w życiu, nie są w stanie odebrać.
Miłość
Uroda
Talent
Szczęście
Sukces
Duma
Osiągnięcia
Doskonałość
Seks
Siła
Kreatywność i Wygląd
Wszystkie te rzeczy zdobywa się poprzez ciężką pracę, poświęcenie, wysiłek i trud i nie można ich odebrać jednej osobie i przekazać lewicowcowi. A te pozafinansowe sukcesy innych ludzi nieustannie przypominają lewicowcom o ich własnej niższości i lenistwie. I nie mogą nic z tym zrobić, ponieważ są całkowicie kontrolowani i sparaliżowani przez własne lenistwo.
Co więc mają zrobić lewicowcy?
Zrobią trzy rzeczy. I w ich przekonaniu te trzy działania nie tylko metaforycznie „zredystrybuują” niefinansowe cechy i osiągnięcia innych ludzi na ich korzyść, ale sprawią też, że staną się równi, a nawet LEPSI od wszystkich innych. Lewicowcy będą:
1. Przedefiniowywać doskonałość, osiągnięcia i sukces.
2. Irracjonalnie i fałszywie wartościować różne cechy.
3. W pełni uczestniczyć w profesjonalnym kulturowym „byciu ofiarą”.
Socjalizm, feminizm, marksizm i cztery podstawowe typy interakcji międzyludzkich
Feminizm, trójkąt Karpmana i szukanie kozła ofiarnego
Między poświęceniem a sabotażem: ewolucyjna logika zachowań społecznych [Altruizm i złośliwość] | Silva Verborum
4. Przedefiniowanie Doskonałości, Osiągnięć i Sukcesu
Cel eliminowania pojęcia „doskonałości” lub „wielkości” jest bardzo prosty, zniszczyć obiektywne standardy, które mierzą i dowodzą czyjejś wyższości. Jeśli usunie się pojęcia takie jak „najlepszy”, „wielki”, „doskonały” czy „lepszy”, nie ma już sposobu, by udowodnić, że coś jest lepsze, a więc również, że coś jest gorsze. Bez tych obiektywnych standardów lewicowcy w swoich wypaczonych umysłach wierzą, że nie tyle „redystrybuują” piękno, siłę czy wyższość, ile sprawiają, że nie można już udowodnić ich niższości przy użyciu tych niefinansowych kryteriów. Krótko mówiąc: okłamywanie samych siebie chroni ich uczucia. Można to dostrzec w niemal każdym pozagospodarczym aspekcie lewicowej polityki:
— w szkolnych rozgrywkach nie prowadzi się już wyników,
— likwiduje się tytuły najlepszego absolwenta,
— usuwa się średnie ocen,
— puchary za sam udział,
— Inteligencja Emocjonalna [EQ] promowana ponad Iloczyn Inteligencji [IQ],
— „ruch na rzecz akceptacji otyłości”, w którym duże (i bardzo często lewicowe) kobiety naprawdę wierzą, że „grube jest piękne”,
— „sojaki ”, które sądzą, że ich męski feminizm zrekompensuje fakt, że są bezsilnymi mięczakami,
— „toksyczna męskość”, gdzie prawdziwie męskie osiągnięcia, rywalizacja i przewaga są uznawane za coś złego,
— nagrody takie jak Pokojowa Nagroda Nobla czy Oscary, które z pewnością nie trafiają do najlepszych, lecz do tych najbardziej politycznie poprawnych,
— sztuka współczesna, całkowicie pozbawiona talentu, ale zawierająca „właściwe” przesłanie polityczne i trafiająca do muzeów,
— rzadcy utalentowani artyści, którym udaje się osiągnąć sukces, ale których wybitne umiejętności są deprecjonowane jako „sprzedanie się”,
— naprawdę głupi ludzie, którzy zadłużyli się na 150.000 dolarów za kompletnie bezwartościowe dyplomy i naprawdę wierzą, że są inteligentni,
— oraz bardzo feministyczna, Oprah-owska idea, że jeśli masz między nogami waginę, to automatycznie jesteś „genialna, wspaniała, niesamowita, silna, odważna i wyjątkowa”, podczas gdy w rzeczywistości jesteś po prostu jedną z dziesiątek milionów zupełnie przeciętnych kobiet z bezwartościowym dyplomem, kredytem studenckim, słabymi perspektywami zawodowymi, gruszkowatą sylwetką i niczym naprawdę „niesamowitym”.
Byłoby to śmieszne, gdyby nie było tak smutne, jak bardzo te jawne kłamstwa są dziś powszechne, akceptowane i promowane przez nasze instytucje oraz społeczeństwo. Trzeba wręcz uchylić kapelusza przed lewicowcami za to, jak skutecznie udało im się przekonać większość społeczeństwa do przedefiniowania pojęć takich jak doskonałość, wielkość, sukces i osiągnięcie. Niezależnie od tego, gdy te pojęcia zostają usunięte ze społeczeństwa, lewicowcy mogą udawać, że nie są już „gorsi”.
Złe usposobienie/osobowość jako narzędzie zarządzania – John Gatto
5. Irracjonalne Wartościowanie Cech
Cel jest tu jeszcze prostszy niż przedefiniowanie doskonałości. Lewicowcy chcą przypisywać wartość, a często całą swoją wartość cechom, ponieważ są to rzeczy, z którymi się rodzisz. Nie musisz ich zdobywać. Nie musisz na nie pracować.
Na przykład, jak już wcześniej wspomniano, kobiety przypisują absurdalnie i irracjonalnie wielką wartość samemu faktowi bycia kobietą. Nie ma oczywiście nic złego w byciu kobietą, ale nie ma też w tym nic moralnie lepszego ani wyższego. To po prostu fakt.
Rasa również oczywiście należy do tej kategorii. Lewicowcy obsesyjnie skupiają się na rasie i kolorze skóry, irracjonalnie przypisując wartość (albo nienawiść i zazdrość) człowiekowi ze względu na kolor jego skóry, a nie treść jego charakteru.
Ale królicza nora „cech” sięga znacznie dalej niż tylko płeć i rasa. Obejmuje każdą cechę, jaką posiadasz, nawet taką, którą możesz sobie wymyślić albo z którą możesz się „identyfikować”.
Seksualność i 31 smaków płci to doskonały przykład. Tak, oczywiście istnieją osoby nieheteronormatywne, zazwyczaj homoseksualne lub biseksualne, posunę się nawet do uznania osób transpłciowych. Ale te 31 nowych odmian płci wymyślonych w zeszłym tygodniu to kompletna bzdura, której jedynym celem jest nadanie żałośnie żałosnym ludziom jakiejś „fałszywej wartości” w ich całkowicie pustym życiu.
Nie znajdziesz dobrze zarabiającego inżyniera, który w wolnym czasie działa charytatywnie i uwielbia wędkować, a jednocześnie twierdzi, że jest „polimorficznym aporagenderowym sapioseksualistą”. Znajdziesz za to leniwego studenta kierunków humanistycznych z pokolenia millenialsów, który oblewa wyrównawcze zajęcia w lokalnej szkole średniej i właśnie tak się określa. To natychmiastowe nadanie sobie „wartości” bez jakiejkolwiek pracy sprawia, że te wymyślone tożsamości są tak kuszące dla lewicowców, którzy niczego w życiu nie osiągnęli.
Kolejny przykład to religia. Religia może być traktowana jak cecha, ponieważ po prostu w nią „wierzysz”, a więc nią jesteś. Nie wymaga to pracy ani wysiłku, ale w umyśle leniwego hipokryty daje mu to „wartość” jako „chrześcijaninowi”, „żydowi” czy „muzułmaninowi”.
Ale religia sięga jeszcze dalej.
Nie patrz na religię tylko jako na jedną z tradycyjnych, klasycznych religii świata. Spójrz na nią tak, jak patrzyłby na nią lewicowiec, jako na dowolne przekonanie albo coś, z czym się identyfikujesz. Jako sprawę, misję, krucjatę albo moralne stanowisko. A kiedy spojrzysz na religię z tej perspektywy, zobaczysz, że każda krucjata czy sprawa może stać się religią. Wystarczy, że się z nią „identyfikujesz”.
Czy w waszej szkole średniej była ta weganka, która tak naprawdę robiła to tylko po to, żeby zwracać na siebie uwagę? A co z tym stereotypowym anarchistą albo komunistą w płaszczu? On też tam był? Ilu wegetarian poznaliście na studiach? Ilu ekologów? A po studiach ilu z was, modnych dwudziestolatków, zaczęło nagle deklarować, że jest:
— „eko”?
— „za sprawiedliwym handlem [fair trade]”?
— „bez glutenu”?
— „na soi”?
— „z wolnego wybiegu”?
— chwali się swoim śladem węglowym?
— walczy z bronią nuklearną?
— I tak, tak, oczywiście. Wszyscy jesteście feministami.
Sedno jest takie, że podobnie jak religia, polityczne sprawy i stanowiska są równie łatwe do przyjęcia i nie wymagają żadnej pracy ani wysiłku. A dla wielu lewicowców dziś polityka to jedyne, co mają. Naprawdę smutno jest jechać drogą i zobaczyć Priusa obklejonego każdym możliwym lewicowym hasłem. Nie dlatego, że Prius z naklejkami jest sam w sobie smutny, ale dlatego, że jest dowodem, iż 48-letnia kobieta, która nim jedzie, DOSŁOWNIE NIE MA W SWOIM ŻYCIU NICZEGO WARTOŚCIOWEGO.
Żadnego męża.
Żadnej prawdziwej kariery.
Żadnych dzieci.
Żadnej miłości.
Żadnego seksu.
Żadnego zdrowia fizycznego.
A jednak w jej umyśle takie życie jest lepsze. Przynajmniej nie musiała ciężko pracować ani niczego naprawdę osiągnąć, żeby zdobyć te naklejki i tego używanego Priusa.
A potem jest jeszcze choroba psychiczna… albo raczej twierdzenie, że się ją ma.
Tak, są ludzie, którzy rzeczywiście cierpią na prawdziwe i poważne choroby psychiczne. Ale nie mówcie mi, że te miliony millenialsów, które nagle „magicznie” dostały „autyzmu”, „Aspergera”, „depresji”, „dysleksji” i mój absolutny faworyt „zaburzeń lęku społecznego”, to w 100% autentyczne przypadki, a nie po prostu leniwe dzieciaki. To zwykłe sprzedawanie się z własnym „nieszczęściem” dla współczucia i uwagi, nie wspominając już o wygodnej wymówce, dlaczego nie potrafią zaliczyć przed wstępnego elementarnego kursu wyrównawczego z algebry. Udawanie choroby psychicznej nie musi od razu oznaczać, że ktoś jest skrajnym marksistą, który jutro chce konfiskaty ziemi. Ale biorąc pod uwagę liczbę ludzi, którzy nie potrafią wytrzymać 30 sekund bez wspomnienia, że mają jakąś chorobę psychiczną, nosząc ją jak odznakę honorową, aż boleśnie widać, że wiele osób udaje zaburzenia psychiczne, żeby zdobyć trochę wartości i uwagi w swoich skądinąd żałosnych życiach.
Są też inne przykłady. Smutna prawda jest taka, że lewica odniosła pewien sukces w przekonywaniu części społeczeństwa, że ich cechy wrodzone same w sobie mają wartość. Na przykład prowadziłem kiedyś zajęcia z finansów i jedna z moich studentek, czarna kobieta, powiedziała podczas dyskusji: „Jako czarna kobieta uważam, że…”. Nie słuchałem już dalszej części jej wypowiedzi i w ogóle mnie ona nie obchodziła, ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób rasa czy płeć kogokolwiek miałyby mieć jakikolwiek związek z opodatkowaniem kont typu Roth IRA.
Była też studentka, która powiedziała, że jej preferowane zaimki to „ona i jej”, co zadziałało mi na nerwy jak Henry Bear z kreskówek Warner Brothers, ponieważ jej płeć i preferowane zaimki nie mają absolutnie żadnej wartości ani dla niej, ani dla społeczeństwa. Co gorsza, nie sądzę nawet, by te osoby działały świadomie czy złośliwie, czerpiąc fałszywą wartość ze swojej rasy czy płci. Zostały po prostu skutecznie poddane wypraniu mózgu, by wierzyć, że ich opinie mają większą wagę tylko dlatego, że urodziły się jako X albo Y. To oznacza, że nie tylko lewicowcy świadomie próbują zdobyć wartość poprzez swoje cechy wrodzone, robią to także po prostu głupi ludzie.
Moralność jako arena rywalizacji statusowej
Geny, Memy i Tremy – Susan Blackmore
6. Profesjonalne Dziwki-Ofiary
Do tego mamy jeszcze profesjonalne dziwki-ofiary. Tutaj dość jasno widać, co próbuje zrobić lewica: twierdzić, że jest się w jakiś sposób uciskanym albo pokrzywdzonym z powodu jakiejś cechy, a w związku z tym należy się preferencyjne traktowanie, cudze pieniądze i różne inne bonusy. Owszem, istnieje tu motyw finansowej redystrybucji, ale jest też motyw niefinansowy: jeśli naprawdę uwierzysz, że jesteś ofiarą, możesz usprawiedliwić własne lenistwo, gnuśność i brak wysiłku w życiu. Więc jeśli lewicowiec może twierdzić, że ma jakąś niepełnosprawność albo jest w jakiś sposób dyskryminowany czy uciskany, to nie jest już jego wina. To wina społeczeństwa!
Kobiety nie zarabiają tyle co mężczyźni nie dlatego, że wybierają bezwartościowe kierunki studiów, pracują mniej godzin i częściej robią przerwy w pracy. Nie, to „seksizm”.
Mniejszości są biedniejsze od białych nie dlatego, że mają więcej dzieci, wybierają gorzej płatne kierunki i częściej popełniają przestępstwa. Nie, to „rasizm”.
(Nawiasem mówiąc: ignorujcie Azjatów. Oni się nie liczą jako mniejszość).
A ja nie mogę zaliczyć kursu wyrównawczego z czytania w Powiatowej Wyższej Szkole Głupków nie dlatego, że jestem leniwy i nie chce mi się uczyć. Nie, mam „zaburzenie uczenia się”. A przy okazji dajcie mi jeszcze stypendium, specjalne korepetycje i dodatkowy czas na napisanie egzaminu końcowego.
Szczególnie obrzydliwe w tym typie liberała jest to, że chowa się za swoją rasą, płcią biologiczną, płcią kulturową albo jakąkolwiek inną cechą, przez co psuje opinię wszystkim innym ludziom, którzy tę samą cechę posiadają. Ale znowu trzeba pamiętać o jednej rzeczy: lewicowcami ponad wszystko kieruje LENISTWO. Użyją każdej możliwej cechy, będą udawać choroby psychiczne, fałszywie twierdzić, że są ofiarami, byle tylko nie musieć się w życiu starać i pracować. I nieważne, jaką grupę ludzi przy tym oczernią; dla lewicowca ważniejsze jest to, że jego fałszywa rola ofiary usprawiedliwia jego lenistwo.

„Aktywizm to sposób, w jaki bezużyteczni ludzie czują się ważni, nawet jeśli konsekwencje ich działań są szkodliwe dla tych, którym rzekomo chcą pomóc, i niszczą tkankę społeczną jako całość” – Thomas Sowell
Kiedy połączy się te trzy „taktyki”, czyli przedefiniowanie doskonałości, przypisywanie wartości cechom oraz prostytuowanie się rolą ofiary, lewicowiec tworzy w swojej głowie (a do pewnego stopnia także w społeczeństwie) świat, w którym:
1.Jest tak samo dobry jak wszyscy inni, a może nawet lepszy.
2.Ma poczucie sprawczości, sensu i wartości w życiu.
3.Nigdy nie musiał na to pracować; a przede wszystkim,
4.Każdą porażkę lub niezdolność dorównania reszcie społeczeństwa można wyjaśnić „opresją”, „dyskryminacją” albo „niepełnosprawnością”.
Nie czują winy. Nie czują wstydu. A oprócz pieniędzy w ich przekonaniu udało im się także „zredystrybuować” wszystkie niefinansowe osiągnięcia całej ludzkości. Jest to i przejdzie do historii jako największy pokaz mentalnej gimnastyki wszechczasów. Pytanie brzmi: czy to się utrzyma?
Narcyzm i Psychopatologia – Ostatni Psychiatra
Leonard Peikoff: Sceptycyzm Greckich Sofistów – Historia Filozofii Zachodniej (część 7 z 50)
7. Ale Jakim Kosztem?
Lewicowcy mogą uważać się za sprytnych. Mogą sądzić, że przedefiniowali rzeczywistość. I rzeczywiście odnieśli sukces w głosowaniu nad zabieraniem innym ludziom pieniędzy. Ale ostatecznie oszukali tylko samych siebie. Bo w gruncie rzeczy nie żyją w rzeczywistości. Owszem, rząd, media, uniwersytety, kobiece magazyny i inne instytucje społeczne będą lewicowcom przytakiwać, udając, że ich urojenia są prawdziwe. I tak mogą nawet odnieść pełny sukces w odebraniu innym ludziom 60% ich dochodów. Ale to nie jest prawdziwy świat.
Prawdziwy świat ma gdzieś twoją wymyśloną chorobę psychiczną, twoją wymyśloną czteropanseksualną tożsamość płciową, fakt że jesteś Latynosem czy że masz bezwartościowy „doktorat z socjologii”. A kiedy zestawisz swoje urojenia, swoje kłamstwa i całkowicie zmyślone życie z prawdziwym światem, prawdziwy świat zniszczy cię absolutnie i bezlitośnie, przynosząc niewyobrażalne ilości bólu, cierpienia i nędzy. A jeśli nie przyznasz, że się mylisz i żyjesz w kłamstwie, końcowym rezultatem będzie obłęd.
Najpierw mamy coś, co można nazwać zasadą rzeczywistości. Zasada rzeczywistości mówi, że im bardziej twoje decyzje są oderwane od realiów, tym mniej będą skuteczne. Na przykład większość zdroworozsądkowych, konserwatywnych albo po prostu logicznych ludzi uzna, że studiowanie na Studiach Kobiecych [Women’s Studies] to głupi pomysł. Nie ma po tym pracy. Zmarnujesz co najmniej cztery lata młodości, ucząc się kompletnie bezwartościowej pseudo-filozoficznej papki. Zadłużysz się przy tym na co najmniej 75.000 dolarów. A na końcu najprawdopodobniej będziesz jeszcze nienawidzić mężczyzn.
Ale dla lewicowca jego lenistwo zaślepia go na wszystkie te katastrofalne i niszczące życie konsekwencje. Żaden z tych realnych czynników w ogóle nie wpływa na jego decyzję. Liczy się tylko to, czego chce i to, że nie musi ciężko pracować, żeby to dostać. I tak młoda Anna marnuje 125.000 dolarów pieniędzy swoich rodziców oraz sześć lat młodości, zdobywając magistra ze Studiów Kobiecych [Women’s Studies]. Jej życie jest w najlepszym razie poważnie okaleczone: nie jest w stanie spłacić kredytów studenckich, ma problemy w relacjach, co godzinę wścieka się na „patriarchat” i za wszystkie swoje porażki obwinia mężczyzn. Nigdy nie przyzna, że się myliła. Ale tak jak kamień pokonuje nożyce, rzeczywistość pokonuje oderwaną od niej absolwentkę Studiów Kobiecych, a życie Anny jest w praktyce skończone. Jest na zawsze biedna. Na zawsze będzie żebrać o rządowe dotacje. Nigdy nie doświadczy miłości. A zamiast szczęścia, śmiechu i radości jest w niej tylko gniew, zazdrość, uraza i nienawiść.
Oczywiście zasada rzeczywistości nie dotyczy wyłącznie absolwentów studiów kobiecych, lecz każdego, kto nie ma odwagi podejmować decyzji opartych na realnym świecie. A lewicowcy są wręcz modelowym przykładem takiej postawy.
Myślisz, że „grube jest piękne”?
Myślisz, że jesteś biedny przez „-izmy” i „-istów”?
Myślisz, że masz ADHD?
Myślisz, że jesteś „quadrohypersapioseksualny”?
Myślisz, że „system” cię uciska?
Myśl sobie tak dalej. Rzeczywistość zagwarantuje ci dokładnie taki sam los jak Annie, tylko z dodatkową dawką obłędu.
Po drugie: koszt życia w kłamstwie
Niezależnie od tego, czy w głębi duszy w to wierzysz czy nie, życie w kłamstwie niesie ogromne koszty i konsekwencje. Przede wszystkim musisz je cały czas podtrzymywać. Jedno to powiedzieć dziewczynie, z którą się spotykasz, że zarabiasz 80.000 dolarów, gdy w rzeczywistości zarabiasz 60 000. Co innego jednak okłamywać samego siebie, że masz chorobę psychiczną, że twoja seksualność jest inna niż w rzeczywistości albo że twoje problemy są winą innych ludzi, a nie twoją.
Weźmy na przykład członka rady miejskiej Seattle, Larry’ego Gossetta.
Larry zasłynął między innymi twierdzeniem, że spryskiwanie chodników w Seattle, pokrytych ludzkimi odchodami, może być uznane za „rasistowskie”, ponieważ strumienie wody z węży mogą przypominać starszym czarnoskórym mieszkańcom czasy ruchu praw obywatelskich, gdy policja używała przeciw nim armatek wodnych. Zastanów się nad tym: jak szczęśliwy może być człowiek, który w każdej sytuacji widzi rasizm?
Mamy tu przecież odnoszącego SUKCESY lewicowca. Jednego z nielicznych, któremu udało się zdobyć wygodną posadę w rządzie, opłacaną z pieniędzy innych ludzi, zdobywaną dzięki głoszeniu haseł o zabieraniu tym ludziom ich pieniędzy. Gdybym jako lewicowiec dokonał takiego numeru, po cichu skakałbym z radości, że uniknąłem życia w pracy dzięki tak wygodnej posadzie. Ale on naprawdę wierzy, że jest uciskany. Naprawdę wierzy, że biały człowiek go gnębi.
A może powód jest inny? Może chodzi o to, że przez całe życie był leniwym lewicowcem, który nigdy nie pracował na normalnym stanowisku? Przechodził z jednej pracy w organizacji typu non-profit do kolejnej aktywistycznej posady, nigdy nie siadając choćby na chwilę w programie księgowości czy mechaniki samochodowej. Nie, to wszystko „rasizm”. To wszystko „wina białych”. I oto paradoks: nawet odnoszący sukcesy lewicowiec nie potrafi być szczęśliwy, ponieważ żyje w kłamstwie. A już zupełnie nie chcę sobie wyobrażać ceny, jaką płaci lewicowiec, kiedy okłamuje samego siebie co do swojej seksualności albo zdrowia psychicznego.
Oczywiście, w liceum zdobywasz popularność, kiedy mówisz, że jesteś „panseksualny”. Oczywiście, dostajesz stypendium z pieniędzy podatników, jeśli twierdzisz, że masz zespół Aspergera. Ale jeśli w rzeczywistości nie jesteś tymi rzeczami, a mimo to przez dziesięć lat podtrzymujesz to kłamstwo, jakie demony dręczą cię co godzinę aż do końca życia? A co gorsza, co jeśli jest to jedyna rzecz, która nadaje twojemu życiu jakąkolwiek wartość? Mam tylko nadzieję, że życie polegające na braniu leków na wymyśloną depresję albo na sypianiu z płcią, która cię w ogóle nie pociąga, było warte tego, by rząd i inni równie bezwartościowi ludzie zafiksowani na polityce tożsamości nazywali cię „niesamowitym” i „odważnym”.
I wreszcie, głęboko w środku nawet lewicowcy nie wierzą we własne brednie.
Jestem całkowicie przekonany, że niezależnie od tego, jak bardzo ktoś jest uparty i jak mocno próbuje uwierzyć w swoje kłamstwa, głęboko w środku każdy lewicowiec doskonale wie, co robi. Wiedzą, że „grube nie jest piękne”, wiedzą, że nie są żadnymi hiperpankseksualnymi cudami natury, wiedzą, że nie mają „lęku społecznego”, wiedzą, że to nie „Patriarchat” ani „biały człowiek” ich uciska i że to nie „1%” ani „system” ich powstrzymuje.
W głębi serca wiedzą, że u podstaw są po prostu leniwi. Są bezwartościowi, bezproduktywni i niczego nie wnoszą do świata. Ale tak bardzo paraliżuje ich strach przed zwykłym życiem, pięćdziesięcioma latami pracy od 9 do 17, że wolą żyć w urojeniach, nawet jeśli te urojenia powoli ich niszczą.
A jeśli myślisz, że lewicowcy prowadzą szczęśliwe życie, świętując i ciesząc się pieniędzmi z twoich podatków, wystarczy spojrzeć na stereotypowego lewicowca i uczciwie zapytać siebie: jak szczęśliwi oni właściwie mogą być?
Weźmy twoich milenialsowych sojaków „męskich feministów”, którzy naprawdę wierzą, że zgadzanie się z kobietami i powtarzanie ich politycznych haseł sprawi, że będą uprawiać seks. Zbyt przestraszeni, żeby pójść na siłownię, są wręcz zachwyceni, że wystarczy paplać lewicowe slogany, aby trafiać do łóżka z masami kobiet.
Tymczasem wielu z tych mężczyzn kończy jako czterdziestoletnie prawiczki, a te nieliczne kobiety, z którymi sypiają, są fizycznie odpychające i kompletnie nienadające się do małżeństwa. Szaleństwo, które muszą przeżywać ci sojaki, robiąc przez dziesięciolecia dokładnie to, co im kazano, tylko po to, by patrzeć, jak kobiety uciekają z „toksycznie męskimi” robotnikami z klasy pracującej, musi być wściekle frustrujące. A jedyne, co może przebić ten ból, to ból szczególny dla mężczyzny: nigdy nie uprawiać seksu.
A teraz ich kobiecy odpowiednik, pokolenie starych panien. Lewicowe kobiety zostały naprawdę przekonane, naprawdę oszukane, że praca i płacenie podatków są bardziej satysfakcjonujące niż miłość męża i dzieci. I nie tylko wmówiono im, że praca i podatki są lepsze od miłości i rodziny, przekonano je jeszcze, by zadłużyły się po uszy na absurdalnie głupie kierunki studiów.

„W ogromnej większości przypadków współcześnie, przynajmniej w klasach posiadających, mąż jest zobowiązany zarabiać na życie i utrzymywać rodzinę, a to samo w sobie daje mu pozycję dominującą, bez potrzeby nadawania mu jakichkolwiek szczególnych tytułów czy przywilejów prawnych. W obrębie rodziny jest on burżuazją, a żona reprezentuje proletariat. (…) W ten sam sposób szczególny charakter dominacji męża nad żoną we współczesnej rodzinie, konieczność stworzenia między nimi rzeczywistej równości społecznej oraz droga do jej osiągnięcia staną się widoczne w pełnym świetle dopiero wtedy, gdy oboje będą posiadać prawnie całkowitą równość praw. Wtedy stanie się jasne, że pierwszym warunkiem wyzwolenia kobiety jest ponowne wprowadzenie całej płci żeńskiej do publicznego przemysłu, a to z kolei wymaga zniesienia monogamicznej rodziny jako ekonomicznej jednostki społeczeństwa.„ – Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa”, rozdział II: „Rodzina”, podrozdział 4: „Rodzina monogamiczna”
Tak, tak, wszyscy to już słyszeliśmy: „jesteście silnymi, niezależnymi kobietami, które nie potrzebują żadnego mężczyzny”. Tymczasem mogę zagwarantować, że wiele z tych dumnych, silnych i niezależnych lewicowych kobiet płacze wieczorami nad kartonami taniego wina, bo żaden mężczyzna nie chce się z nimi ożenić. Oczywiście zawsze mogą spróbować z tymi wrażliwymi, poprawnymi politycznie sojakami… a właściwie nie, zapomnijmy o tym. Proszę, jeszcze jedna chusteczka, kochanie. I nalej sobie kolejny kieliszek Kasiu.
Wracając do przykładu Larry’ego Gossetta: ilu milionów biednych przedstawicieli mniejszości zmarnowało swoje życie, gotując się w nienawiści i uprzedzeniach, zamiast po prostu ogarnąć się, studiować inżynierię, mieć dzieci dopiero po ślubie i głosować za niższymi podatkami oraz wzrostem gospodarczym?
Ile pokoleń mniejszości zostało nie tylko skazanych na biedę, ale także na życie pełne gniewu, bezradności i rozpaczy, tylko dlatego, że łatwiej było obwiniać białych i głosować na demokratów, niż po prostu zostać na przykład mistrzem elektrykiem?
Skali bólu i szaleństwa, jakie przeżyły całe pokolenia mniejszości, nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest przez dziesięciolecia głosować na obiecywane rozwiązanie, które nigdy, cholera jasna, nie nadchodzi. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno: takie życie z całą pewnością doprowadziłoby człowieka do obłędu.
Mówiąc o byciu okłamywanym przez całe życie, a co z millenialsami? Miliony chirurgów plastycznych musiałyby zostać zatrudnione, żeby odbudować im gardła po tym, jak połknęli więcej lewicowej „Oranżadki” niż jakiekolwiek wcześniejsze pokolenie. Posłusznie zastosowali się do lewicowej doktryny co do joty: zaciągnęli biliony dolarów kredytów studenckich, zmarnowali lata życia na studiach, wierząc, że ich poglądy polityczne i ekologiczne jedzenie mają jakąkolwiek wartość w prawdziwym świecie.
Teraz, dobrze po trzydziestce, mieszkają z rodzicami, na zawsze będą zadłużeni, będą musieli pracować aż do śmierci, są przekonani, że mają zaburzenia psychiczne i w większości stanowią stracone pokolenie. Ale jest jeszcze coś lepszego. Zostali poddani tak gruntownemu praniu mózgów, że mimo bolesnych, empirycznych dowodów na to, że mylili się praktycznie we wszystkim, nadal uważają, że wiedzą lepiej. Musi doprowadzać ich do szaleństwa to, że wszystko, co obiecywali im rodzice, nauczyciele i lewicowi politycy z czasów Obamy, nigdy się nie spełniło. Spokojnie, millenialsi. Jeszcze tylko jakieś czterdzieści lat i będzie po wszystkim.
A skoro już o millenialsach mowa, co z tymi wszystkimi dziećmi i dorosłymi z ADHD, ADD, zespołem Aspergera, autyzmem, lękiem społecznym i depresją? Nie mówię o tych kilku osobach, które rzeczywiście mają te zaburzenia. Mówię o dziesiątkach milionów innych, które udają je dla uwagi, polityki, fałszywego poczucia sprawczości i państwowych pieniędzy z podatków. Jeśli kiedykolwiek zdenerwuje cię kolejny dziewiętnastolatek twierdzący, że nie może pracować ani studiować, bo ma „autyzm” albo „lęk społeczny”, spróbuj najpierw wyobrazić sobie, jakie szaleństwo musi przeżywać każdego dnia. Jego rodzice, nauczyciele i doradcy wmawiali mu, że ma chorobę psychiczną. Potem zastanów się, co robią z jego mózgiem leki, które przyjmuje. A następnie pomyśl o długofalowych skutkach psychicznych udawania choroby psychicznej przez całe dekady i jednoczesnego brania zupełnie niepotrzebnych leków.
Na dowód zostawię wam przykład A, kolejnego „odnoszącego sukcesy lewicowca”, który wykorzystał rzekomą niepełnosprawność psychiczną, by zdobyć poczucie wartości i znaczenia.
A na końcu mamy jeszcze lewicowców, którzy wierzą, że są wymyśloną płcią. Jeśli ktoś jest tak leniwy i tak przerażony pracą, że udaje wymyśloną płeć tylko po to, by dostać uwagę w szkole albo pochwały w internecie, możesz uznać to za hipokryzję albo obrazę, ale spróbuj wyobrazić sobie jego życie seksualne. W najlepszym wypadku nie istnieje, a w wielu przypadkach to po prostu studentka, która używa tego jako wymówki, by nie uprawiać seksu albo zdobywać uwagę na Facebooku.
Ale co z tymi prawdziwymi wyznawcami, którzy posuwają się do tego, by spać z płcią, która ich nie pociąga, albo okaleczać swoje genitalia? Co to robi z ich psychiką? A poza tym, choć współczesny klimat kulturowy próbuje umniejszać znaczenie seksu, seks jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu człowieka, jeśli nie najważniejszą. Zdrowi ludzie mają zdrowe życie seksualne, niezależnie czy są hetero, homo czy bi. Ale jeśli udajesz dla uwagi, polityki i fałszywego poczucia sensu, bycie „trans” albo „balbausaurseksualnym”, gdy w rzeczywistości takim nie jesteś, z pewnością zostawi ślad.
Mógłbym wymieniać dalej.
Dziewczyny, które okaleczają swoje ciała nadmiarem tatuaży, piercingu i rozciągniętych kolczyków. Artyści bez talentu, którzy całe życie żebrzą o państwowe granty. Ludzie zostający kapłanami różnych kultów. Zawodowi aktywiści, którzy nigdy niczego nie osiągają. Hipisi ze swoimi uzdrawiającymi kryształami. Lista jest prawie nieskończona, leniwi lewicowcy próbują wszystkiego, byle tylko uniknąć pracy, wysiłku, dyscypliny i trudu. Ale nie daj się zwieść, to zawsze ma swoją cenę.
Ci ludzie marnują swoje życie. Jedyną, krótką, ograniczoną szansę, jaką mają w tym wszechświecie, która znika jak błysk. A najgorsze jest to, że nie tylko marnują swoje życie, spędzają je w nędzy szaleństwa. I mówię to dosłownie: oni są szaleni.
8. Rozsądek Jako Bogactwo
Problem lewicy polega na tym, że w końcu dostanie to, czego chce. Albo poprzez realny socjalizm, w którym bogactwo jest dziś siłą redystrybuowane, albo poprzez rozwój technologii, który jutro umożliwi praktycznie nieograniczone bogactwo. Twierdzę, że już dziś jesteśmy w punkcie efektywnego, choć niedoskonałego, nieograniczonego bogactwa, a nasze spory sprowadzają się w praktyce do różnicy między Kią a Ferrari czy sushi a czymś z sieciowej restauracji. Ale niezależnie od tego, w którym dokładnie miejscu się znajdujemy, musisz zrozumieć jedno: zlikwidowanie nierówności dochodowych usuwa jedynie nierówności dochodowe ze społeczeństwa.
Pozostawia WSZYSTKIE POZOSTAŁE ASPEKTY, CECHY I WARTOŚCI życia oraz ludzkiej egzystencji nietknięte.
Uroda.
Siła.
Talent.
Umiejętności.
Doskonałość.
Seks.
Kreatywność.
Miłość.
Duma.
Sukces.
Osiągnięcia.
Przyjaźń.
Szczęście.
WSZYSTKO. Usunięte zostały tylko pieniądze.
To prowadzi do bardzo ciekawego wniosku o naturze człowieka: ogromna większość wartości w naszym życiu nie jest wymieniana za pieniądze, lecz powstaje wtedy, gdy ludzie dobrowolnie wymieniają między sobą czas, uwagę i własną doskonałość. Twierdziłbym nawet, że tak było zawsze w historii ludzkości i gospodarki, że wymiana pieniężna, choć potrzebna, stanowiła jedynie niewielką część całkowitej wartości ludzkiego doświadczenia. Ale gdy znikną nierówności dochodowe, gdy bogactwo stanie się praktycznie nieograniczone, JEDYNĄ RZECZĄ, która pozostanie, będzie wartość ludzkiej interakcji. I nie chodzi tu o byle jaką interakcję. Będzie musiała być wartościowa, jakościowa i pożądana. A to stawia lewicowców w trudnej sytuacji.
Na przykład: jeśli żyjemy w prawdziwie utopijnym świecie, nie będę tracił czasu na słuchanie przeciętnego, niskiej jakości humoru Margaret Cho. Będę spędzał czas słuchając wysokiej jakości talentu Victora Borge.
Jeśli żyjemy w utopijnym świecie, nie będę oglądał nijakiej kopii w stylu Ocean’s 8. Obejrzę klasykę taką jak Wielka Ucieczka [The Great Escape,1963].
A jeśli żyjemy w utopijnym świecie, nie będę tracił czasu na uganianie się za grubymi, liberalnymi dziewczynami z nieogolonymi pachami. Będę zabiegał o dziewczyny z dużym biustem, przyjemnym charakterem, zgrabną sylwetką, libertariańskimi poglądami, motocyklem, skłonnością do złych decyzji i dyplomem z inżynierii.
I teraz najważniejsze, wszyscy inni też będą robić dokładnie to samo.
To stawia lewicowców przed poważnym problemem. Jeśli naprawdę chcą żyć dobrze i cieszyć się życiem, będą musieli na to zapracować. Nieważne, jak bardzo bogactwo stanie się nieograniczone, nie sprawisz, że atrakcyjna kobieta będzie chciała z tobą spać, jeśli nie spędzisz trochę czasu na siłowni i nie nauczysz się przy okazji dobrze tańczyć salsy.
Nie sprawisz też, że atrakcyjny mężczyzna będzie chciał się z tobą ożenić, jeśli sama nie zadbasz o siebie i nie przestaniesz być nudną, przewidywalną feministyczną zrzędą. A jeśli chcesz mieć ciekawych, inteligentnych, zabawnych i angażujących przyjaciół, to lepiej zacznij czytać interesującą filozofię, rozwijać jakiś fach lub umiejętność, uczyć się historii albo pracować nad własnym rozwojem. Musisz sprawić, by twój czas i twoja wartość jako człowieka były wartościowe dla innych ludzi.
Niestety większość lewicowców jest po prostu niezdolna do zrobienia tego.
Gdy ludzie staną przed wyborem: włożyć wysiłek w stanie się wartościowym człowiekiem albo nie robić nic, większość, mając zapewnione nieograniczone bogactwo, wybierze lenistwo, gnuśność i bezwartościowość. Taka jest natura ludzka. Większość wybierze „ścieżkę lewicowca”, ponieważ ilość wysiłku, czasu, pracy i trudu potrzebnych do stania się wartościowym człowiekiem jest dla nich zbyt duża. Po raz kolejny okazuje się, że lenistwo jest wieczne, determinuje wszystko i jest waszym najwyższym bogiem. I przewiduję, że większość ludzi po prostu stanie się gruba, leniwa, bezcelowa i pozbawiona sensu.
Niestety zazdrość i zawiść również są wieczne. Ci lewicowcy, czy raczej „leniwiści” (bo w przyszłości formalnie nie byłoby już polityki) nie będą biernie patrzeć, jak inni ludzie stają się od nich lepsi. A ponieważ nie mogą ich opodatkować i „zredystrybuować doskonałości”, ani zmusić ciekawych ludzi do spędzania z nimi czasu, ani atrakcyjnych ludzi do uprawiania z nimi seksu, będą uprawiać te same szalone akrobacje mentalne: samooszukiwanie się, kłamstwa, fałszywe poczucie wartości i walkę z „doskonałością”. A jak już wcześniej pokazano, ta droga prowadzi do przewidywalnego końca, czyli nędzy, nienawiści, smutku i ostatecznie szaleństwa.
Pytanie brzmi: jaki procent przyszłego społeczeństwa nieograniczone bogactwo doprowadzi do obłędu? Ja powiedziałbym, że 90%, bo jestem mizantropem. Inni mogliby powiedzieć 50%, skoro dziś mniej więcej połowa społeczeństwa głosuje na lewicę. Ale nie chodzi tak bardzo o dokładny procent „równowagi zdrowego rozsądku”, na którym ostatecznie zatrzyma się społeczeństwo przyszłości, chodzi raczej o to, że ten odsetek będzie rosnąć.
Pamiętajmy, że niedola lubi towarzystwo. I tak jak Borg w Star Treku, „leniwiści” społeczeństwa będą nalegać, byś do nich dołączył, ponieważ nie mogą znieść tego, że prowadzisz lepsze życie niż oni. Ten nieustanny atak na zdrowy rozsądek sprawi, że rozsądek stanie się coraz rzadszym dobrem.
Ale czym właściwie jest „rozsądek”? Jaką rolę odegra w społeczeństwie przyszłości?
Można by pomyśleć, że bogactwem w świecie „nieograniczonego dobrobytu” będzie jakość ludzi, z którymi spędzasz czas. I byłaby to prawda, ale jest tu pewien niuans. To właśnie rozsądek sprawia, że stajesz się wartościowym człowiekiem. Rozsądek i akceptacja faktu, że musisz pracować nad sobą, aby przyciągnąć innych wartościowych ludzi, są przyczyną twojego dobrego życia.
Twierdziłbym też, że rozsądek chroni cię przed szaleństwem i nędzą, w których pogrążona jest reszta społeczeństwa, ponieważ nie spędzasz życia w udręce, zastanawiając się w gniewie i dezorientacji, dlaczego jesteś tak nieszczęśliwy. Po prostu dlatego, że jesteś rozsądny.
A więc nawet jeśli twoje jedzenie, ubrania i dach nad głową są zapewnione, a twoi współpracownicy, partnerzy, rodzina i przyjaciele są wartościowymi ludźmi, to rozsądek pozostaje najprawdziwszą formą bogactwa, ponieważ to on sprawił, że wszystko to było możliwe i to on sprawia, że jesteś szczęśliwy. A szczęście w nieszczęśliwym społeczeństwie jest jedyną prawdziwą formą bogactwa.
9. Przyszłość jest już teraz!
I właśnie tak wygląda nasz świat dzisiaj.
Może jeszcze nie żyjemy w prawdziwie czystym, w stu procentach świecie nieograniczonego bogactwa. A nasi współcześni „leniwiści” stanowią może tylko 50% elektoratu. Ale w dzisiejszym społeczeństwie istnieje wyraźna i bardzo widoczna różnica między tymi, którzy mają rozsądek, a tymi, którzy go nie mają.
Z jednej strony mamy lewicowców. Samotne matki z siedmiorgiem dzieci od sześciu różnych ojców, które nigdy nie będą miały męża, ale zawsze będą mogły przytulić się do rządowego czeku w zimne noce. Feministki-karierowiczki, które bardziej kochają swoje dyplomy niż dzieci, swoje kariery bardziej niż nieistniejących mężów i które umrą samotnie w towarzystwie kotów i dyplomów MBA. Wszystkowiedzących millenialsów, których życie zostało zrujnowane przez socjalistycznych profesorów i uczelnie, którym wciąż pozostają ideologicznie wierni.
Odpychających fizycznie sojaków zamkniętych w piwnicach, masturbujących się do pornografii i wierzących, że bycie miłym i głosowanie na Hillary miało im zapewnić seks. Wytatuowane, „grube jest piękne”, równie odpychające otyłe kobiety, które codziennie okłamują same siebie, krzycząc „NIE POTRZEBUJEMY MĘŻCZYZN”, choć właśnie tego najbardziej pragną nocą. Larrych Gossettów tego świata, których całe życie zdominowane jest przez rasę, bo tylko to potrafią dostrzec.
Ludzi, którzy wcześniej byli psychicznie zdrowi, ale przestali tacy być, ponieważ wmówiono im nieistniejące zaburzenia lękowe czy autyzm. Osoby heteroseksualne, które twierdzą, że są jakąś „ferrooksydoseksualnością”, bo daje im to uwagę, zupełnie ignorując, co to zrobi z ich życiem miłosnym, seksualnym i przyszłością. I nie zapominajmy o tych, którzy uważają, że piosenka „Baby It’s Cold Outside” to gwałt.
Tak, ci ludzie mogą dostawać 50% twoich pieniędzy, ale żyją w udręczonej, nieszczęśliwej egzystencji. I to dlatego, że są szaleni.
Z drugiej strony są ludzie, którzy po prostu nie są lewicowcami. Są gotowi włożyć pracę w zdobycie dobrego wykształcenia, a tym samym dobrej kariery. Są gotowi podjąć wysiłek, żeby przejść na dietę i chodzić na siłownię, dzięki czemu mają atrakcyjnego męża albo atrakcyjną żonę. Nie szukają wartości w polityce, rasie czy płci, lecz rozwijają umiejętności, zawód albo pasję, aby osiągnąć doskonałość w jakiejś dziedzinie.
Jeśli życie ich przygniata albo spotyka ich prawdziwa tragedia, nie uciekają od razu w diagnozę zaburzeń psychicznych i nie pogrążają się w użalaniu nad sobą. Idą na siłownię, zaczynają biegać, zmieniają dietę, rozmawiają z przyjaciółmi i wracają silniejsi niż wcześniej. A jeśli mają dzieci, to w stabilnej rodzinie, dzięki czemu wychowują stabilne dzieci, które nie mieszkają z rodzicami w wieku 32 lat, lecz stają się samodzielnymi dorosłymi z własnym życiem i osiągnięciami.
Tak, to wszystko wymaga pracy, wysiłku, dyscypliny, wyrzeczeń i zaangażowania. Ale efektem jest znacznie lepsze życie, szczęśliwsze życie, a mówiąc zupełnie szczerze, możemy też uprawiać seks z dużo atrakcyjniejszymi ludźmi.
To życie, którego lewicowcy rzadko, jeśli w ogóle, doświadczą. I tylko z jednego powodu: bo jesteśmy rozsądni.
Nie lekceważ wartości rozsądku, ani dziś, ani w przyszłości. Dwieście lat temu taka dyskusja byłaby bez sensu, ponieważ technologia i produkcja gospodarcza nie były jeszcze w stanie zaspokoić wszystkich naszych podstawowych potrzeb i pragnień. Surowość życia wymuszała rozsądek, ponieważ brak rozsądku oznaczał śmierć. Nie mieliśmy czasu zastanawiać się nad rozsądkiem jako rzadkim czy luksusowym dobrem, bo nie był rzadki, był po prostu zdrowym rozsądkiem.
Ale dziś, gdy rozwój gospodarczy pozwala coraz większej części społeczeństwa żyć w urojeniu, oderwanym od rzeczywistości, rozsądek staje się nie tylko coraz rzadszy, ale jest jedyną rzeczą, która zakotwicza cię w tym, co w życiu najważniejsze, w innych wartościowych ludziach. A jeśli dziś masz rozsądek, jesteś naprawdę bardzo bogatym człowiekiem. Radziłbym docenić to nowo odkryte bogactwo i nauczyć się cieszyć z upadku otaczającego nas świata.
Jeśli uznałeś ten tekst za interesujący, poleć „Sanity is the Future of Wealth” swoim znajomym i bliskim. Sprawdź też inne prace Aarona oraz jego strony poniżej.
Zobacz na: Postmodernizm jako Pasożytnicza Idea – prof. Gad Saad
Homeostaza Wiktymologii – Gad Saad
Bojownicy o Sprawiedliwość Społeczną jako Podstępne Jebaki – Gad Saad
Seks, aplikacje randkowe i luksusowe przekonania – Rob Henderson i Jordan Peterson
Kopie świata, który już nie istnieje – Chase Hughes
Leonard Peikoff: Wprowadzenie do Historii Filozofii Zachodniej (część 1 z 50)
Między poświęceniem a sabotażem: ewolucyjna logika zachowań społecznych [Altruizm i złośliwość] | Silva Verborum
PKB i szybkość obiegu pieniądza – Józef Kossecki

Najnowsze komentarze