Wywiad Rudy Maxa z Washington Post z Carrollem Quigley [1974] – napisy PL

 

QUIGLEY: (…) roku, czyli do końca 1944 roku, i do tego czasu byliśmy gotowi przejąć i przenieść ich i tak dalej. W tej grupie było pięćdziesięciu pięciu, którzy mieli już doktoraty. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Więc to była bardzo dobra grupa. Jedynym, z którym miałem problemy, był prokurator okręgowy w Indianie i republikański polityk.

DZIENNIKARZ: [Śmiech].

QUIGLEY: I miałem z nim problemy w pewnych sprawach. Na przykład, wojna domowa w Hiszpanii. Przedstawiłem mu prawdę o wojnie domowej w Hiszpanii. To znaczy, to nie była komunistyczna rewolta przeciwko kościołowi katolickiemu czy coś w tym stylu. I to było to, czym był ten facet. Więc, to jest treść książki „Tragedy and Hope”. Rozumie pan?

DZIENNIKARZ: Czy podczas pracy nad tym wiedział pan, że będzie to książka?

QUIGLEY: Nie, nie. Próbowałem tylko, no wie pan.

DZIENNIKARZ: Nadążyć.

QUIGLEY: Być na bieżąco.

DZIENNIKARZ: Zdał pan sobie sprawę, że pod koniec nagromadzenia, badań i […]?

QUIGLEY: Cóż, tak, wiedziałem, wiedziałem o wiele więcej o większości z tego niż większość ludzi. Następnie spędziłem 20 lat pisząc ją – od 1945 do 1965 roku. I opublikowałem ją, rozumie Pan, w 1965 roku. W międzyczasie napisałem krótszą książkę, którą odrzuciło piętnastu wydawców. I odłożyłem ją na bok. Napisałem ją po raz pierwszy w jedyne lato kiedy miałem wolne, czyli w 1942 roku. W całym tym okresie, przez 20 lat nie miałem wolnego czasu. Żadnych urlopów naukowych, niczego. Od 1942 do 1960, 1961 roku kiedy wyjechałem do Anglii i prowadziłem badania. A potem dostałem kolejny urlop naukowy w 1971 roku, kiedy ponownie pojechałem do Anglii na urlop naukowy. I ja tylko […] Zatem […] Jedyny czas na urlop naukowy.

Czy go dostanę czy nie, poprosiłem o jeden semestr urlopu naukowego zanim przejdę na emeryturę, to znaczy, zakładając, że dostanę pełne wynagrodzenie za jeden semestr, a nie połowę, czy cokolwiek to jest. Nie wiem, co to jest. I nawet nie mogę tego sprawdzić […] Nie mam czasu na to, żeby to sprawdzić. Ale w każdym razie, rozpracowałem wszystkie te rzeczy. I moja pierwsza książka została odrzucona przez piętnastu wydawców.

Napisałem ją najpierw latem 1934 roku; następnie spędziłem lato 1942 roku w Princeton, w biurze Donalda Stauffera – zmarł jako profesor literatury na Oxfordzie, po wspinaczce w Pirenejach, biegając w górę i w dół Pirenejów […] i napisałem ją ponownie w 1942 roku. Potem odłożyłem ją na bok i napisałem ją po raz trzeci – po prostu napisałem ją na kolanie – i tak powstała książka „The Evolution of Civilizations” – to tylko 279 stron, ale i tak jest to najlepsza rzecz, i jest wiele książek, które cytowały ją jako najlepsze dzieło o tym, dlaczego cywilizacje powstają i upadają, jak to się dzieje i tak dalej. Więc jest to coś ważnego.

Książka „World Since 1914″ obejmuje siedemdziesiąt lat, od 1895 do 1965 roku, ale dotyczy całego świata, więc znowu jest to coś naprawdę znaczącego, ponieważ dotyczy nauki i technologii, jak się Pan przekona, jeśli zacznie Pan czytać książkę, i dotyczy też ekonomii. Jak Pan widzi, mogę zrobić więcej z ekonomią niż ekonomiści.

DZIENNIKARZ: Jedna rzecz, która mnie intryguje, więcej na ten temat (wczoraj wieczorem moja żona i ja rozmawialiśmy o Panu), to tytuł książki: „Tragedy and Hope”.

QUIGLEY: […] and Hope”. Tak. Bo ja […]

DZIENNIKARZ: Taki duży tytuł.

QUIGLEY: Tak. Oznacza on, że uważam, że jest to absolutnie tragiczne, haniebne, i grzeszne że cywilizacja zachodnia zmierza ku upadkowi. Kiedy napisałem tę książkę, a było to niespełna dziesięć lat temu, miałem nadzieję, że uda nam się ocalić cywilizację zachodnią. Teraz jestem bardzo sceptyczny co do tego, że można ją uratować. Myślę, że jesteśmy już prawie na finiszu. I właśnie wyrzuciłem z siebie kilka rzeczy dziś rano na zajęciach. Jeśli pozwolimy na strajk węglowy i obalimy portugalski rząd – bo im wcześniej to zrobimy to te wszystkie dyktatury wojskowe nie przetrwają.

Więc pozbywamy się demokracji, bo chce być trochę liberalna, i wprowadzamy dyktaturę wojskową, która potem upada i co się dzieje? Wkraczają komuniści.

Tak właśnie stało się w Portugalii. Salazar był tam od 1927 roku. Rozumie Pan? No dobrze, teraz nagle próbują ustanowić pewnego rodzaju niewojskową dyktaturę – nie był wojskowym, był profesorem na uniwersytecie, ale był wspierany przez grupy reakcyjne.

A teraz chcą coś z tym zrobić. To samo może stać się w Grecji. Prawdopodobnie teraz będą tam sądzić tych generałów, którzy ustanowili dyktaturę wojskową, bo my ich do tego zmusiliśmy. Rozumie Pan. A to daje komunistom – i mogłoby być – właśnie to niepokoi Kissingera, myśli, że cały basen Morza Śródziemnego przejdzie w ręce komunistów. Więc pójdziemy na wojnę, żeby temu zapobiec? Mam na myśli to, że to chore.

DZIENNIKARZ: Pozwoli Pan, że wrócę do […]

QUIGLEY: Tak. Obecnie […]

DZIENNIKARZ: Kiedy znalazł Pan wydawcę dla swojej książki?

QUIGLEY: Znalazłem wydawcę natychmiast, ponieważ pierwsza książka – jestem redaktorem w Current History i pisałem dla nich wiele tekstów. (To właśnie ta osoba, która zadzwoniła do mnie w poniedziałek i chce, żebym napisał o dzisiejszej Hiszpanii. Co się stanie w Hiszpanii, a ja powiedziałem, że to zajmie zbyt dużo czasu, i nie chcę tego robić).

Więc ludzie z Current History powiedzieli mi w 1960 roku. Po prostu wspomniałem, że mam tę książkę. (Mam wiele książek, mam całą masę książek, w połowie napisanych i prawie całkowicie napisanych, rozumie Pan). I oni zapytali: „Czy kiedykolwiek prosiłeś Petera Ritnera?” A ja odpowiedziałem: „Nigdy o nim nie słyszałem. Kim on jest?”.

Oni na to: „Zadzwoń do niego, do wydawnictwa Macmillan”. Więc poszedłem prosto do telefonu – byłem na spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Historycznego w Nowym Jorku w 1960 roku – zadzwoniłem do Macmillan i poprosiłem o to żeby Peter Ritner podszedł do telefonu, zrobił to, a ja powiedziałem: „Mam książkę i mam tu kogoś, kto jest redaktorem Current History i mówi, że spodobałaby się Panu”. I tak dalej. Mówi: „Przyślij mi ją”. Tydzień później dostałem od niego list, w którym napisał: „To wspaniała książka”.

DZIENNIKARZ: Ile stron mu Pan wysłał?

QUIGLEY: Wysłałem mu całość.

DZIENNIKARZ: Czyli?

QUIGLEY: I, cóż […]

DZIENNIKARZ: Konkretnie.

QUIGLEY: Tak. Mniej więcej […]

DZIENNIKARZ: Konkretnie!

QUIGLEY: Wyszła jako książka licząca 279 stron. Zaakceptował ją w ciągu tygodnia.

DZIENNIKARZ: Która to książka?

QUIGLEY: To jest pierwsza książka.

DZIENNIKARZ: Pierwsza książka. OK.

QUIGLEY: Tak.

DZIENNIKARZ: Dobrze. To jest w 1961 roku. Znajdzie Pan to wszystko w Whoʼs Who? Rozumie Pan. Daty. Rozumie Pan.

DZIENNIKARZ: W porządku. W ten sposób wydałem swoją pierwszą książkę. Kiedy podpisałem na nią kontrakt, w 1961 roku, zmusili mnie do tego, żebym zgodził się dać im moją następną książkę.

DZIENNIKARZ: Jasne.

QUIGLEY: Rozumie Pan. Więc kilka lat później powiedziałem Peterowi Ritnerowi, że chcę, aby następną książką była „The World Since 1914,” a on powiedział: „W porządku, podpiszmy kontakt”.

DZIENNIKARZ: Czy powiedział coś w stylu: „To dość obszerny temat”?

QUIGLEY: Peter Ritner uważa, że jestem najlepszym pisarzem, jaki kiedykolwiek istniał.

DZIENNIKARZ: OK. Czy on jest redaktorem?

QUIGLEY: Jest badaczem. Tym właśnie jest. Rozumie Pan. Oto, co się wydarzyło. I nie wiem, czy chce Pan to nagrać na taśmę, czy nie. Ale ja to nagram. Niech Pan posłucha. Musi Pan być dyskretny.

DZIENNIKARZ: Jasne.

QUIGLEY: Wie Pan, że musi Pan chronić moją przyszłość.

DZIENNIKARZ: Oczywiście.

QUIGLEY: Jak i swoją własną.

DZIENNIKARZ: Jasne.

QUIGLEY: W porządku. Kiedy kontrakt na „Tragedy and Hope” został podpisany, to aż do ostatniej chwili, czyli do wiosny i lata 1966 roku, planowali wydać ją w dwóch tomach, w pudełku, w cenie 17,50 dolara.

DZIENNIKARZ: Aha. Wydawnictwo Macmillan zostało kupione od Harolda Macmillana, z Macmillan Company of England, za 5 milionów dolarów. Bo potrzebował gotówki. Latem 1966 roku, spółkę holdingową, Collier Books, która pierwotnie nosiła nazwę Morgan, i opublikowali magazyn Collier’s. Pamięta Pan Collier’s Weekly? I takie tam? No dobra. Collierʼs Books. Nie wiem, kto teraz je kontroluje. To jedna z tych spółek holdingowych.

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Weszli. Wykupili Free Press, wie Pan, w Illinois. Wykupili Brentano Book Stores. Kupili Macmillan. Weszli, spojrzeli na to, co kupili i powiedzieli: „Wydajecie ogromne sumy pieniędzy, a my ich nie zarabiamy. Musicie z tym skończyć”.

DZIENNIKARZ: Księgowi to zrobili?

QUIGLEY: Tak. Więc powiedzieli: „Żadnych reklam na książkach, które są publikowane przez następne sześć miesięcy. Wydaliście za dużo na reklamę”. A redaktorzy, jak Peter Ritner, krzyczeli i mówili: „Nie zostaniemy tu, jeśli w ten sposób będziecie załatwiać sprawy”. Więc powiedzieli: „W porządku. Jedna reklama na każdej książce.” „No dobrze, mam jedną reklamę dla 'Tragedy and hope', i była to ćwierć strony w The New York Times Book Review, jak sądzę. To wszystko.”

DZIENNIKARZ: Jak się pisze nazwisko Ritner?

QUIGLEY: R-I-T-N-E-R, Peter Ritner. On, wyobrażam sobie, że jest w Whoʼs Who. Powinien być. W każdym razie, od tamtego czasu od nich odszedł. Nie wiem co robi. Nadal mieszka w tym samym miejscu, w którym go odwiedzałem, na Riverside Drive, niedaleko mostu Waszyngtona. Ale pracuje dla jakiejś firmy o nazwie World Book. Czy czegoś takiego.

DZIENNIKARZ: Third World Publishers? Nie, czegoś innego. Nie wiem czym się zajmuje, bo nigdy się ze mną nie skontaktował, odkąd odszedł.

DZIENNIKARZ: Nie wydali też tych dwóch tomów.

QUIGLEY: Nie. A potem, gdy to zobaczyli, powiedzieli: „Och, to będzie za dużo kosztowało. Skróćcie to do jednego jednego tomu i obniżcie cenę o pięć dolców”. W ten sposób cena wyniosła 12,50 dolara. Ale nigdy nie sprzedawali jej po 12,50 dolara. Zrobili z tego 12.95 dolara. Więc tak była sprzedawana. Nakład się wyczerpał, to było w 1966 roku, wyczerpał się w 1968 roku. Ale w 1968 roku Collier Books skontaktowało się ze mną, nie wiem jak i dlaczego, i powiedzieli: „Wydamy ostatnią połowę jako ksiażkę w miękkiej okładce”, i to właśnie ją ci dałem. Ukazała się w 1968 roku.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: I chyba nadal jest w druku. Ale nie mogę uzyskać odpowiedzi. Nie mogę uzyskać od nich jednoznacznej odpowiedzi na żadne pytanie. Na przykład, nigdy mi nie powiedzieli, aż do 1974 roku, kiedy to próbowałem walczyć z plagiatorem, który przedrukował „Tragedy and Hope” […]

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: […] że jej nakład został wyczerpany. Powiedzieli mi, że została wyprzedana i że wydadzą ją ponownie, gdy zdobędą dwa tysiące [zamówień]. Ale nigdy nie udało im się zdobyć dwóch tysięcy (Mówiłem to Panu, czyż nie?) […]

DZIENNIKARZ: Tak.

QUIGLEY: […] ponieważ mówili wszystkim, którzy do nich pisali, że nakład jest wyczerpany.

DZIENNIKARZ: Teraz.

QUIGLEY: Okłamali mnie.

DZIENNIKARZ: Kiedy się pan zorientował, że istnieje wydanie pirackie? Jak się pan dowiedział?

QUIGLEY: Dowiedziałem się, bo mówili wszystkim, którzy do nich pisali, że nakład jest wyczerpany.

INTERVIEWER: Teraz.

QUIGLEY: Czemu zaprzeczyli w rozmowie ze mną.

DZIENNIKARZ: Kiedy zorientował się pan, że istnieje wydanie pirackie? Jak się pan dowiedział?

QUIGLEY: Dowiedziałem się, kiedy ktoś dostał zwykłą kopertę z kartką papieru, na której było napisane: „Ponownie dostępna, ale w niewielkiej ilości”.

DZIENNIKARZ: „Tragedy and Hope”. Cała książka?

QUIGLEY: Cała książka. I oni […]

DZIENNIKARZ: Przyszli do Pana i powiedzieli […]

QUIGLEY: Nie, zadzwonili do mnie i powiedzieli: „Wiesz, że zrobiliśmy dodruk twojej książki?”.

Zapytałem: „Której książki?” (Bo naklad obu się wyczerpał, rozumie Pan.) A oni na to: „Tragedy and Hope. Tragedy and Hope”. Powiedziałem: „Nie, nie ma jej”.

DZIENNIKARZ: Nie wie Pan, kim była ta osoba?

QUIGLEY: Nie, nie. Ponieważ jest to dokładna kopia. Dokładna. Obwoluta, wszystko, oprawa jest taka sama.

DZIENNIKARZ: Czy on czy oni ustawili na nowo czcionkę? Czy to fotoreprodukcja?

QUIGLEY: Fotoreprodukcja. Dokładnie taka sama. Od razu mogę stwierdzić, że jest inna. Ponieważ nie zauważyli, że oryginał miał żółtą górę na stronach. Tutaj […]

DZIENNIKARZ: No dobrze.

QUIGLEY: Widzi pan, oryginał. Nowy jest biały.

DZIENNIKARZ: Wyobrażam sobie, że zadzwoniłby pan do Macmillan i powiedział: „Hej, musicie być zdenerwowani, że są one dodrukowywane? To byłaby logiczna reakcja […]

QUIGLEY: Nie obchodziło ich to i powiem Panu dlaczego.

DZIENNIKARZ: Czy dzwonił pan […]? Jak bardzo? Porozmawiamy o tym, kiedy skończymy z tą kwestią. I zapytam pana, jak bardzo jest Pan zadowolony, biorąc pod uwagę straty, itd. itd.

QUIGLEY: Tak. Dobrze.

DZIENNIKARZ: OK?

QUIGLEY: Nie wiem, nie wiem.

DZIENNIKARZ: Możemy o tym porozmawiać.

QUIGLEY: I nie wiem, dlaczego Macmillan tak się zachowało. Teraz, natychmiast […]

DZIENNIKARZ: Ale moją logiczną reakcją byłby telefon do wydawnictwa Macmillan i powiedziałbym: „Jejku, musicie być naprawdę zdenerwowani”.

QUIGLEY: Nie, nie zrobiłem tego. Nie od razu, nie zrobiłem tego, ponieważ okłamali mnie tak wiele razy przy tak wielu okazjach.

DZIENNIKARZ: Wiedział Pan już […]

QUIGLEY: Że jest coś zabawnego. Okłamywali, okłamywali, okłamywali i okłamywali mnie, rozumie Pan. Na temat wszystkiego. I mam listy, które to potwierdzają, bo miałem listy od Ritnera z przeprosinami za informacje, które mu wcześniej przekazano. Bo, oni go okłamali, kiedy do nich zadzwonił i zapytał […]

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: […] czy ich nakład jest wyczerpany, czy nie, rozumie Pan. A oni odpowiedzieli, że nie i tak dalej. Najważniejsze jest to. W moim kontrakcie, w obu przypadkach, było zapisane, że jeśli nakład zostanie wyczerpany, to miałem prawo do odzyskania arkuszy.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: Nigdy nie skontaktowali się ze mną, oferując arkusze. W marcu tego roku dowiedziałem się, że zniszczyli arkusze z „Tragedy and Hope”. Dowiedziałem się latem 1971 roku, moja żona się wściekła i dzwoniła do Macmillan co tydzień kiedy byłem w Anglii i w końcu dostała od nich list, w którym napisali, że arkusze zostały zniszczone. Napisali, że zostały „zniszczone przez nieuwagę”. Arkusze pierwszej książki, „Evolution of Civilizations”. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Hmm. OK. Więc znalazł Pan, więc pewien facet zadzwonił do Pana, anonimowy rozmówca […]

QUIGLEY: Tak, cóż, przedstawił mi się ale on […] Nie. I podał mi swoje nazwisko i tak dalej. I miał to, i […] Chce Pan to wyłączyć? Na chwilę?

DZIENNIKARZ: Pewnie.

QUIGLEY: I dowiedziałem się o tym w taki sposób: wysłałem zamówienie. Pozwoliłem komuś innemu wysłać zamówienie. Był to mój asystent, który wysłał czek, wysłał zamówienie. I nic nie przyszło. I wtedy odkryliśmy, że zapłacą tylko wtedy, gdy wyślesz im gotówkę przed czasem, rozumie Pan.

DZIENNIKARZ: Czek by nie wystarczył?

QUIGLEY: Cóż, chyba wysłałem czek.

DZIENNIKARZ: Ale za mało?

QUIGLEY: Nie, wysłałem czek. Całą kwotę. Ale oni, na przykład, nie wysyłają do księgarń, jeśli nie wyślesz gotówki. A oni wszyscy są podejrzliwi. Bo gdybyś zamówił dziesięć egzemplarzy, byłoby to 120 dolarów, bo on prosił o 12 dolarów. Mógł zniknąć, bo nie było sposobu, żeby się dowiedzieć kto to jest.

DZIENNIKARZ: Jasne.

QUIGLEY: Nie ma Pan nazwiska. Ma Pan numer skrzynki w Kalifornii i tak dalej. W każdym razie, nie mogłem się niczego dowiedzieć. Dostałem ją z powrotem. Byłem zszokowany, bo była identyczna, rozumie Pan, prawie identyczna. A potem dowiedziałem się, że inne firmy ją oferują.

DZIENNIKARZ: Kiedy to jest teraz?

QUIGLEY: To było w tym roku.

DZIENNIKARZ: W tym roku?

QUIGLEY: Tak, w styczniu.

DZIENNIKARZ: W styczniu tego roku?

QUIGLEY: W 1974 roku.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: W tym roku. W marcu ktoś przyszedł do mnie i miał jedną z pirackich kopii.

Zapytałem: „Skąd ją masz?” A on powiedział: „Od Sidney’a Kramera”. Zapytałem: „Ma ją,” a on odpowiedział: „Oczywiście. Ma ich tam cztery lub pięć.” Zadzwoniłem więc do Sidney’a Kramera i zapytałem, czy ją ma, a on odpowiedział: „Tak”. Poszedłem tam. I, od niego jest bardzo ciężko wyciągnąć jakiekolwiek informacje. Ale w końcu dowiedziałem się, że wysłał zamówienie, a oni, odesłali, „Wyślij mi czek, a ja ci je wyślę”. Rozumie Pan? A on je sprzedał i ciągle powtarzał zamówienie. Więc wtedy powiedziałem o tym naszej księgarni.

DZIENNIKARZ: Używając tego samego adresu, który Pan ma.

QUIGLEY: Tak, używał […]

DZIENNIKARZ: Do dziś nie wie Pan kto to jest. To znaczy, w tamtym czasie, nie wiedział pan kto to jest.

QUIGLEY: Nadal nie jestem pewien […]

DZIENNIKARZ: Naprawdę?

QUIGLEY: […] kto to jest, a teraz powiem Panu dlaczego. Jedno z miejsc, które oferowało je w sprzedaży – a było około pięciu miejsc, które oferowały ją na sprzedaż, a ja mam już kilka innych. Przychodzą do mnie od studentów lub losu. Nigdy nie przychodzą do mnie bezpośrednio – nikt nigdy się do mnie nie zwrócił. Jednym z powodów, dla których byłem podejrzliwy wobec Macmillan po pierwsze, był fakt, że skrajna prawica, John Birch Society i tak dalej, posługiwała się tą książką […]

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: […] co sięga co najmniej do 1969 roku.

DZIENNIKARZ: Chciałem Pana o to zapytać.

QUIGLEY: 1969 rok. Tak. Ukazała się książka W. Skousensa pod tytułem „The Naked Capitalist”. Około jedna piąta tej książki to bezpośrednie cytaty z mojej książki.

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: On mówi, że to z mojej książki. Jest to w cudzysłowie. Ale mimo to jest to naruszenie praw autorskich.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Skontaktowałem się z Macmillan. Nie chcieli nic zrobić. Zapytałem: „Nie będziecie bronić moich praw autorskich?” A oni opowiedzieli: „Nie. Jeśli chcesz coś zrobić, będziemy cię wspierać (i, no wiesz) i będziemy świadkami, jeśli chceszʼ,” i tak dalej. Ale ja, uh, nie miałem zamiaru pozywać tego faceta. On jest profesorem religii na Brigham Young University, byłym komendantem policji w Salt Lake City. Wie Pan o nim wszystko?

DZIENNIKARZ: O nim, tak.

QUIGLEY: W porządku.

DZIENNIKARZ: Wiem, jest bardzo wszechstronny.

QUIGLEY: Więc czy […] Był w FBI od lat.

DZIENNIKARZ: Tak.

QUIGLEY: Więc czy miałby jakieś pieniądze […]? Nie opłacałoby mi się go pozywać, rozumie Pan. Prawdopodobnie. I w innym stanie, i tak dalej. Więc zdecydowałem, że odpuszczę sobie. Ale wtedy odkryłem, że oni [Macmillan] nic nie zrobią. I wtedy kongresman Rarick, który został pokonany w prawyborach, dołączył tę książkę Skousena do […]

DZIENNIKARZ: Diariusza parlamentarnego?

QUIGLEY: Tak, do diariusza parlamentarnego. I do wielu rzeczy w tym stylu. Potem ta książka [Allena] została rozdana każdemu zarejestrowanemu wyborcy w New Hampshire.

DZIENNIKARZ: I nie ma żadnego sensu, nigdy nie zadzwonili do Pana i nie powiedzieli, nie mam żadnych cytatów. To znaczy…

QUIGLEY: Nie. Nikt nigdy tego nie zrobił.

DZIENNIKARZ: To jak pisanie historii bez jakiejkolwiek rozmowy z Panem.

QUIGLEY: Tak. Nikt nigdy do mnie nie napisał.

DZIENNIKARZ: Czy Pan […]?

QUIGLEY: Hmm?

DZIENNIKARZ: Czy wie Pan, skąd wzięli Pańskie zdjęcie? Z biura prasowego tutaj [na Georgetown University]?

QUIGLEY: No dobrze. Myślę. Niech zobaczę, które to zdjęcie.

DZIENNIKARZ: Jest tam z przodu.

QUIGLEY: Próbowali zdobyć zdjęcia z biura prasowego. A ja powiedziałem: „Nie dawajcie nikomu tego zdjęcia, jeśli nie chcą wam powiedzieć dlaczego go potrzebują”.

DZIENNIKARZ: Hmm.

QUIGLEY: Dostali je z biura prasowego. Skousens nie mógł zrobić mi zdjęcia.

DZIENNIKARZ: Hmm.

QUIGLEY: Widzi Pan, mogli zdobyć zdjęcie z, na odwrocie obwoluty pierwszej książki jest pełne zdjęcie. Od Bachracha, z tego miasta. Ale wie Pan, to jest to, które mają teraz w biurze prasowym. To jedyny egzemplarz, jaki tam jest. I to właśnie stamtąd je wzięli.

DZIENNIKARZ: To dobre zdjęcie.

QUIGLEY: No dobrze. Ale potem umieścili je na tej samej stronie, co zdjęcie J.P. Morgana. Dla mnie to nonsens.

DZIENNIKARZ: [Śmiech]

QUIGLEY: Śmieje się Pan, ma Pan prawo się śmiać. To jest żart. Ale to wszystko jest takie głupie, łączenie mnie z Morganem, albo z którymkolwiek z tych ludzi. Ale potem wydali pełne oświadczenie. Tak czy inaczej, Rarick i inni ludzie, wypełnili tym diariusz parlamentarny. Potem John Birch Society zaczęło o tym mówić w różnych swoich publikacjach – a potem, oczywiście, ten facet [Allen] staje się pracownikiem Johna Bircha.

DZIENNIKARZ: Jasne. Tak.

QUIGLEY: I opublikował, jeszcze przed tym, czyżby, książkę, pt. „Nixon: The Man Behind The Mask”. Tak, ma to miejsce w 1969 roku. I nic o tym nie wiedziałem, aż do dwóch tygodni temu.

DZIENNIKARZ: Naprawdę?

QUIGLEY: „Nixon: The Man Behind The Mask”. Tak, wtedy jeden z księży stąd spotkał się ze mną i powiedział: „Szukałem cię”. Powiedziałem: „No, patrz. Wolne. Idź w prawo [przed siebie] i oglądaj ile chcesz”. A on odpowiedział: „Nie, chcę cię zapytać o tego Gary’ego Allena, który napisał książkę o Nixonie”. „Cóż, znam Gary’ego Allena, ale nie wiedziałem, że napisał książkę o Nixonie.” (Ponieważ nie jestem na bieżąco z tymi sprawami). A on na to: „Cóż, mam ją i cały trzeci rozdział jest o tobie i twojej książce 'Tragedy and Hope' „. Powiedziałam: „Naprawdę?”. Więc, dał mi ją. Przeczytałem ją i tak było. A teraz są jeszcze inne.

DZIENNIKARZ: Nie zna Pan osobiście Gary’ego Allena? Naprawdę?

QUIGLEY: Nie. Oto co się wydarzyło. W Brigham Young doszło do kryzysu. Nie powinienem się w to zagłębiać, ponieważ nie wiem niczego na pewno.

DZIENNIKARZ: Tak, wiem coś o tym.

QUIGLEY: W porządku. Mnóstwo […] Kampus został rozsadzony przez walkę między wydziałem nauk politycznych a Skousensem, w której oświadczyli, że jest on niegodny bycia profesorem Mormonów. I powinien zostać zwolniony.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: I bronił się. Nie wiem co się wydarzyło. Wiem tylko tyle.

DZIENNIKARZ: Stracił ją.

QUIGLEY: Kto?

DZIENNIKARZ: Stracił ją.

QUIGLEY: Och, naprawdę?

DZIENNIKARZ: I został zmuszony do dymisji.

QUIGLEY: Och, nie wiedziałem o tym. Widzi Pan, nigdy nie jestem informowany o takich rzeczach. Nikt nigdy nie mówi mi takich rzeczy.

DZIENNIKARZ: Sprawdzę. Czytałem […]

QUIGLEY: Więc się go pozbyli, co?

DZIENNIKARZ: Podał się do dymisji. Myślę, że przegrał tę walkę na uniwersytecie. Sprawdzę, wiem więcej […]

QUIGLEY: Cóż, powód […] Wiem o tym tylko tyle. Wygłosiłem trzy referaty w Amerykańskim Stowarzyszeniu Postępu Naukowego. I dam panu jeden z nich.

DZIENNIKARZ: Dobrze.

QUIGLEY: A ponieważ tak im się spodobały, wydrukowali ich tysiące. Albo, wie Pan, przerobili tysiące z nich i rozprowadzili je za pośrednictwem całej prasy, w pokoju prasowym.

DZIENNIKARZ: Tak.

QUIGLEY: Ten im się spodobał. Więc to nie był najlepszy z nich: „General Crises in Civilization”. Wie Pan, to jest atrakcyjny tytuł. Ktoś do mnie zadzwonił i chciał ze mną porozmawiać na ten temat. To nie był najlepszy z nich: „General Crises in Civilization”. Wie Pan, to jest atrakcyjny tytuł. Ktoś do mnie zadzwonił i chciał ze mną porozmawiać na ten temat. Myślę, że to było tutaj.

Powiedział, że nazywa się Larson i jest naukowcem z Brigham Young i chciał się ze mną spotkać i porozmawiać o tym, co dzieje się tam na górze. Zapytałem: „Co się tam dzieje?” Powiedział: „Odbywają się tam masowe spotkania w tej sprawie,” i mówi: „Po prostu jest wrzawa przez cały czas”. Nie wiedziałem o tym. Zrobił ze mną wywiad i chciał go puścić w kampusowym radiu lub lokalnej stacji radiowej, a ja się na to zgodziłem.

DZIENNIKARZ: O czym był ten wywiad?

QUIGLEY: O niej, o niej.

DZIENNIKARZ: Tej książce?

QUIGLEY: Tak. Nie o kontrowersjach wokół Skousensa. I powiedziałem: „No dobrze. Daj mi znać co się dzieje.” Ale nigdy do mnie nie napisał. Nigdy się nie dowiedziałem. Nigdy nie podjąłem starań. Więc nie wiem, czy to było kiedykolwiek nadawane, czy nie.

DZIENNIKARZ: Hmm. Jaki był Pański wkład w tę sytuację? Co miał pan do powiedzenia na temat kontrowersji ze Skousensem?

QUIGLEY: Cóż, po prostu powiedziałem mu, że Skousens napisał tę książkę. Nigdy, nie rozmawiał ze mną na ten temat.

DZIENNIKARZ: Nigdy z panem nie rozmawiał.

QUIGLEY: Naruszył moje prawa autorskie. Jest pełna kłamstw. Są tam rzeczy, które są nieprawdziwe. Wyrywa rzeczy z kontekstu i niewłaściwie je interpretuje. I podałem mu konkretne rzeczy, z którymi się nie zgadzałem. Grupa, o której piszę, była pierwotnie, w moim mniemaniu grupą założoną potajemnie przez Lorda Milnera w 1908, 1909 roku, zwana The Round Table Group. The Round Table Group, która nadal wydaje kwartalnik o nazwie The Round Table w Londynie, który jest jednym z najlepszych na świecie źródeł informacji o stosunkach międzynarodowych od 1910 roku. Pierwszym jego redaktorem był lord Lothian, wówczas Philip Kerr. K-E-R-R. Nikt o tym nie wiedział przez lata. Dowiedziałem się pewnych rzeczy. I prześwietliłem tę grupę. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: To w jaki sposób się tego dowiedziałem jest bardzo interesujące. Zauważyłem, że wybitni ludzie w angielskim życiu posiadali stypendium All Souls College. Lord Halifax, który był Sekretarzem Stanu ds. Spraw Zagranicznych, a potem zrobili go ambasadorem w Ameryce. Kiedy biorą Sekretarza Stanu do Spraw Zagranicznych i robią go ambasadorem w Waszyngtonie, co większość ludzi uznałaby za krok w dół, to pokazuje jak ważne według nich było wsparcie Waszyngtonu w II Wojnie Światowej. Rozumie Pan? No dobrze. On jest stypendystą All Souls.

Facet, który wezwał Neville’a Chamberlaina 10 maja 1940 roku i powiedział: „Na litość boską, idź”. To był Leo Amery. No dobrze. Był pomagierem, głównym porucznikiem, politycznym porucznikiem lorda Milnera. Rozumie Pan? I był stypendystą All Souls. Postanowiłem więc, że będę badał All Souls jako przedsięwzięcie czysto historyczne.

I zebrałem nazwiska wszystkich ludzi, którzy byli stypendystami All Souls od 1899 roku do roku kiedy się tym zajmowałem, czyli około 1947 roku. I było ich sto czterdziestu dziewięciu. Odkryłem, że większość z nich była stypendystami tylko przez siedem lat, co było zwykłą nominacją na siedem lat. Ale niektórzy z nich byli stypendystami All Souls przez pięćdziesiąt pięć lat.

Człowiek o nazwisku Dougal Malcolm, który był szefem British South Africa Company, która znajduje się w Rodezji. Rozumie Pan. A on był przez pięćdziesiąt pięć lat. Odkryłem, że lord Brand, który był z Milnerem w Południowej Afryce, był nim od lat. A on był szefem bankierów Lazar Brothers w Londynie. Odkryłem też, że Leo Amery też był przez lata. I tak dalej. A przede wszystkim, dowiedziałem się o człowieku o nazwisku Lionel Curtis, który nie miał prawa być stypendystą All Souls.

Możesz być stypendystą albo dlatego, że jesteś bardzo wybitną osobą albo zostaniesz honorowym stypendystą na siedem lat. Albo dlatego, że byłeś wybitnym uczonym i dostajesz je za pośrednictwem egzaminu konkursowego, kiedy kończysz studia. W ten sposób otrzymał go lord Halifax. Nazywał się, Charles [właściwie, Edward] Wood.

W 1903 roku, kiedy ukończył Oxford, przystąpił do egzaminu konkursowego i dostał je. Ale zatrzymuje je. Odkryłem, że je zachował, ponieważ pojechał natychmiast do Południowej Afryki i spotkał się z Kindergarten, która była grupą ludzi, którzy zarządzali Południową Afryką dla lorda Milnera. Nazywali się Kindergarten, ponieważ wszyscy z nich byli małymi dziećmi.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Rozumie Pan. Teraz to są ci, którzy pozostali na zawsze stypendystami All Souls. Albo jak w przypadku Lionala Curtisa. To właśnie on powiedział: „Musimy zmienić nazwę z „Imperium Brytyjskie” na „Wspólnota Narodów”. A powodem tego jest to, że byli studentami Alfreda Zimmerna, który w 1909 roku napisał książkę pt. „Greek Commonwealth” opisującą starożytną Grecję. Rozumie Pan? I kto był tym człowiekiem, który uczynił Arnolda Toynbee wielkim klasycznym uczonym, rozumie Pan? I wprowadził go w sprawy międzynarodowe. Nic o tym nie wiedziałem.

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Wiedziałem tylko, że stypendystą tu był Lionel Curtis, który był tak kiepskim studentem, że uzyskanie stopnia naukowego zajęło mu 15 lat. A potem dostał je z najgorszym dyplomem z oceną dostateczną, jaki kiedykolwiek można było uzyskać.

DZIENNIKARZ: Aha. Był tutaj.

QUIGLEY: I nikt o tym nie wiedział, nikt o nim nie słyszał.

DZIENNIKARZ: Racja. Ale on był […]

QUIGLEY: W dodatku […]

DZIENNIKARZ: […] w bardzo dobrym towarzystwie.

QUIGLEY: W dodatku przez lata był współlokatorem lorda Halifaxa w All Souls. I wtedy odkryłem, że ten człowiek stoi za wszystkim, co się dzieje.

Lionel Curtis, rozumie Pan? Myślę, że nie powinniśmy o tym zbyt dużo mówić.

DZIENNIKARZ: Cóż, nie, ja, widzi Pan […]

QUIGLEY: W porządku. No dobrze. Ale po odkryciu tego, poznałem Alfreda Zimmerna, kiedy przyszedł tu wygłosić mowę. I powiedziałem: „Czy to nie zabawne, że All Souls […] Powiedział: „The Round Table Group”. Nigdy o nich nie słyszałem. To pokazuje jak mało wiedziałem. A oni istnieją od 1909 roku i wydają ten magazyn od 1910 roku. A to był rok 1947. I zapytałem: „Co to jest The Round Table Group?”. Wymienił ich, powiedział kim byli. I powiedział: „Byłem ich członkiem przez dziesięć lat. Od 1913 roku. I dodali, wprowadzili mnie, zaprosili mnie, ponieważ byłem w ich Workers Educational Alliance”. To są programy rozszerzające. Kursy wieczorowe, letnie kursy dla robotników. Workers' Educational Alliance.

I on powiedział: „Dlatego mnie do niej wciągnęli. Byłem w niej przez dziesięć lat„. Dodał: „Zrezygnowałem w 1923 roku, ponieważ byli zdecydowani nastawiać [zbudować] Niemcy przeciwko Francji”.

Powiedział: „Nie poparłbym tego. Zatem zrezygnowałem”. Kiedy później spotkałem lorda Branda i zapytałem go o to, powiedział, że nigdy nie widział listu rezygnacyjnego. Więc lepiej zacznę mówić, bo widzi Pan, to wiąże się z różnymi rzeczami.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: To jest. Wiedziałem, że The Round Table Group była bardzo wpływowa. Wiedziałem, że to oni byli prawdziwymi założycielami Royal Institutes of International Affairs. I wiedziałem, że wszystkie rzeczy, które są w druku, że to oni byli prawdziwymi założycielami Institutes of Pacific Relations. Wiedziałem, że byli ojcami chrzestnymi Rady Stosunków Zagranicznych [The Council on Foreign Relations – CFR].

DZIENNIKARZ: Hmm.

QUIGLEY: Wiedziałem, że, na przykład znacząca pozycja „Study of History”, wiele z jej tomów, Arnolda Toynbee?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: No dobrze. Wiedziałem, że manuskrypty tego dzieła były przechowywane w Radzie Stosunków Zagranicznych w czasie wojny żeby nie zostały zniszczone przez niemieckie bombardowania, rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: I tak dalej, i tak dalej. Więc zacząłem łączyć te rzeczy i odkryłem, że ta grupa pracowała w ramach następujących rzeczy. Była to tajna grupa. Działali by zjednoczyć świat anglojęzyczny. Byli oni ściśle powiązani z międzynarodowymi bankierami.

Pracowali nad stworzeniem świata, który ja nazywam światem trzech potęg. I tym światem trzech potęg był: Blok Atlantycki (Anglia, Wspólnota Narodów i Stany Zjednoczone), Niemcy (Niemcy Hitlera) i Rosja Sowiecka.

Świat trzech potęg. Powiedzieli, że mogą kontrolować Niemcy, ponieważ [są] zablokowane (i to wszystko jest w mojej książce), są zablokowane między Blokiem Atlantyckim a Rosjanami. Rosjanie będą się zachowywać, bo są zablokowani pomiędzy Blokiem Atlantyckim (amerykańską marynarką wojenną i Singapurem, i tak dalej) i Niemcami. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Tak.

QUIGLEY: I dlatego […] To wszystko jest opisane w mojej książce i to był ich pomysł. Proszę zauważyć, że jest to system równowagi sił.

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: To jest w gruncie rzeczy to, co Kissinger, ale on nie wie, co robi. Partaczy wszystko.

DZIENNIKARZ: Hmm. Bo jest po prostu primadonną, wie Pan, niezrównoważoną emocjonalnie osobą. Nie wie, co do cholery robi. Ale to był dobry pomysł. I co powinien był zrobić, jest opisane przeze mnie, i naprawdę powinien to Pan przeczytać w Current History z października 1968 roku. Gdybym miał kopię, dałbym ją Panu. Ale nie mam jej. Chodzi o to jak zbudować świat wieloblokowy, w którym Stany Zjednoczone byłyby bezpieczne, tak jak inne kandydatury, i byłyby niezależne i miałyby swobodę działania. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Hmm.

QUIGLEY: Ale on to psuje. W ten czy inny sposób. I obawiam się, że cała ta sprawa wybuchnie mu w twarz. I mam nadzieję, na Boga, że tak się nie stanie. Bo nie możemy pozwolić sobie na kolejny tego typu bałagan. Ci niekompetentni ludzie. Chodzi mi o to, że ci ludzie są za dominacją nad światem.

DZIENNIKARZ: I że Pan […]

QUIGLEY: A grupa, o której mówię, nie była.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Były one w dużej mierze, częściowo finansowane, na przykład, przez The Rhodes Trust, a Milner się w to wplątał dlatego, że był głównym powiernikiem Rhodesa.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Od 1905 roku, kiedy wrócił z Afryki, aż do jego śmierci w 1925 roku.

DZIENNIKARZ: No dobrze.

QUIGLEY: Więc to jest Blok Atlantycki. Ten, wie Pan, Streit, Clarence Streit- S-T-R-E-I- T – „Union Now”. Unia teraz z Wielką Brytanią. W porządku. On reprezentuje to, czego chciała ta grupa. Clarence S-T-R-E-I- T. Jeśli wciąż żyje, to pewnie mieszka w Waszyngtonie.

Miałem jego córkę w swojej klasie. Jako słuchacza, a nie jako moją studentkę. Został przedstawiony przez tych ludzi jako jedyne rozwiązanie. To było w mojej książce: jego nazwisko i kiedy to się wydarzyło, i […]

DZIENNIKARZ: Przez ludzi z The Round Table?

QUIGLEY: Przez ludzi z The Round Table. I przez jego książkę „Union Now,” która ukazała się w 1938 roku, została została nazwana, anonimowo, w magazynie The Round Table „The Only Way[Jedyna Droga]” przez Lionela Curtisa. To był nagłówek. Następnie została zrecenzowana anonimowo w The Christian Science Monitor przez lorda Lothiana jako „rozwiązanie naszych problemów”. A w gruncie rzeczy jest to zjednoczenie Boku Atlantyckiego. Wydrukowane strony.

DZIENNIKARZ: Nie chodzi o dominację nad światem.

QUIGLEY: Nie o dominację nad światem. Oczywiście, to był pomysł Rhodesa.

DZIENNIKARZ: Jasne. Chciał Stanów Zjednoczonych w Brytyjskiej Wspólnocie Narodów. No dobrze. Po drugie, ci ludzie nie są prokomunistyczni, z tego co wiem, i z pewnością The Round Table Group i Milner Group oraz ludzie, o których piszę, i zauważam, że śledzę ich tylko do 1940 roku, czyli do końca istnienia banku Morgana, kiedy to musieli tworzyć spółkę z powodu podatku spadkowego i tak dalej. Musieli założyć spółkę. Wcześniej byli spółką osobową.

DZIENNIKARZ: Kiedy powstała Rada Stosunków Zagranicznych?

QUIGLEY: Pierwotnie została założona przez grupę stąd, około 1919 roku. Ale oni mieli, w grupie, do której poszliśmy to The Inquiry. The Inquiry była powojenną grupą planistyczną powołaną przez Morgana w 1917 roku w Stanach Zjednoczonych, której szefem technicznym był szef Amerykańskiego Towarzystwa Geograficznego. Wszystko to […]

DZIENNIKARZ: Grovernor?

QUIGLEY: […] jest w mojej książce. Nie, nie.

DZIENNIKARZ: O, tak.

QUIGLEY: National Geographic.

DZIENNIKARZ: Ma to na końcu języka.

QUIGLEY: Hmm. To był Delahue, tak? Nie.

DZIENNIKARZ: Kieruje.

QUIGLEY: Cóż, to nie […] To jest w mojej książce. Widzi Pan, nazwiska mi się wymykają. W każdym razie, nazywa się „The Inquiry”. Jest o tym cała książka. I nazywa się „The Inquiry”. Więc może ją Pan znaleźć szukając tego tytułu. Ale można ją również znaleźć, jeśli zajrzy Pan do mojej książki. Niefortunne jest to, że nie ma jej w wydaniu papierowym. Ponieważ, naturalnie, informacja na temat tego, kiedy zostali uformowani znajduje się w pierwszej części. Rozumie Pan?

Która jest w jej obszernej wersji. Członkowie „The Inquiry” zebrali się w Paryżu i zgodzili się na utworzenie organizacji, z której powstał Royal Institute of International Affairs i ten Royal Institute of International Affairs miał oddziały we wszystkich krajach Wspólnoty Narodów: Australii, Nowej Zelandii, Południowej Afryce, Kanadzie, w końcu w Indiach, a nawet, myślę, że mieli jeden gdzieś tam w Pakistanie, kiedy się podzielił, utworzyli jeden.

Ale w Stanach Zjednoczonych, oczywiście, nie musieli tego robić, ponieważ mieli Radę Stosunków Zagranicznych. Jednak kiedy przyjechali tutaj, po powrocie z Paryża, odkryli, że rozpoczął się tu już ruch na rzecz utworzenia Rady Stosunków Zagranicznych, więc wkroczyli i przejęli go. A mogli to zrobić, ponieważ reprezentowali Morgana.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: I w tym tłumie był Willard Straight, który był partnerem Morgana. I zmarł na konferencji pokojowej na grypę. Oczywiście, człowiek, który miał być aktywny, Lamont, Tom Lamont. Pierwotnie, czasopismo Johna Bircha uważało mnie za wspaniałego faceta za ujawnienie tego. Ale potem stali się absolutnie wrogo nastawieni do mnie i teraz mnie potępiają. Że jestem członkiem establishmentu, i […]

DZIENNIKARZ: Bo Pan się tego wypiera?

QUIGLEY: Nie wiem.

DZIENNIKARZ: Nie wie pan dlaczego.

QUIGLEY: Nie wiem. Naprawdę. Jestem zdumiony. Jestem zaskoczony całą tą sprawą. Nie wiem dlaczego Macmillan postąpiło tak, jak postąpiło. Nie wiem, dlaczego […] Mogę myśleć, że ci ludzie po prostu próbują zarobić na życie. Myślę, że napisaliby wszystko, za co dostaliby pieniądze. Takie jest moje odczucie na ten temat. Więc teraz byłem zły z tego powodu. Wtedy ktoś zadzwonił, napisał do mnie z University of Nevada, chyba w Reno. Tak mi się wydaje. I był bardzo zły z powodu tego, co się tam działo.

DZIENNIKARZ: To było w 1971 roku?

QUIGLEY: Nie, to będzie w 1973 roku.

DZIENNIKARZ: 1973 rok. Wtedy zwrócił pan na to uwagę.

QUIGLEY: Och, chwileczkę. Nie, to było w czasie wyborów w 1972 roku.

DZIENNIKARZ: 1972 rok.

Wiosną 1972 roku.

DZIENNIKARZ: OK. Dobrze. Więc zaraz po tym jak się ukazała.

QUIGLEY: Tak mi się wydaje.

DZIENNIKARZ: OK. Potem w 1973 roku ktoś do Pana zadzwonił?

QUIGLEY: Potem w 1973 roku ktoś do mnie zadzwonił […] Mogę podać Panu dokładne daty, jeśli uda mi się dotrzeć do dokumentów. Ale nie mam ich. W każdym razie, chciał, żebym zrobił coś, by powstrzymać wpływ, jaki ta książka [„None Dare Call It Conspiracy„] miała w Nevadzie, szczególnie jako promocja antysemityzmu.

DZIENNIKARZ: W zasadzie, profesor Quigley mówi o książce „None Dare Call It Conspiracy,” napisanej przez Gary’ego Allena i Larry’ego Abrahama. Ta książka nie promuje antysemityzmu, ale mówi o pewnych żydowskich bankierach. Ale pojawiają się w niej żydowscy bankierzy razem z nie-żydowskimi bankierami. To nie ma nic wspólnego z Żydami. Mówi o ludziach, którzy pragną stworzyć system świata. Jak Carroll Quigley wskazuje, większość z tych bankierów wcale nie jest Żydami.

W rzeczywistości, wiele razy nazwiska żydowskie są użyte, w mojej opinii, jako środek do tego, by odciągnąć naszą uwagę z dala od prawdziwych sił działających za kulisami. Zatem, przejdźmy dalej i kontynuujmy wywiad z profesorem Quigley’em.

QUIGLEY: Ponieważ była tam grupa ludzi, którzy używali tej książki – a oni są kompletnymi wariatami. Cały czas dostaję od nich listy. Mogę Panu pokazać kilka z nich, jeśli Pan chce – totalni wariaci, którzy twierdzą, że jest to żydowski spisek, który jest częścią tego samego, co „Protokoły mędrców Syjonu,” która, jak teraz wiemy, była falsyfikatem carskiej rosyjskiej policji z 1905 roku.

DZIENNIKARZ: Nie. Została napisana przez […]

QUIGLEY: Ale jest to ta sama rzecz co Iluminaci.

DZIENNIKARZ: Nie jest zatytułowana „Iluminaci”.

QUIGLEY: A zakon Iluminatów został założony w 1776 roku przez Bawarczyka o nazwisku, jak sądzę, Weishaupt.

DZIENNIKARZ: Weishaupt. I Iluminaci są gałęzią Masonów i że przejęli Masonów, rozumie Pan. I cała ta sprawa jest koszmarem.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: Że wszystkie tajne stowarzyszenia są tym samym tajnym stowarzyszeniem. Teraz, to zostało ustanowione przez świrów. Przez setki lat, byli ludzie, którzy mówili, że Towarzystwo Cyncynatów, w czasie rewolucji amerykańskiej, której jednym z jaśniejących świateł był George Washington, że był gałęzią Iluminatów. I było tajnym stowarzyszeniem. I dlatego Masoni zbudowali pomnik Waszyngtona w Aleksandrii. Nie dlatego, że był on pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale dlatego, że był masonem i szefem Iluminatów w tym kraju i dlatego był jednym z założycieli Towarzystwa Cyncynatów. Czy rozumie Pan, co mam na myśli?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: I to staje się […] Trudno w to uwierzyć. Ci sami spiskowcy to Jakobini, którzy wywołali Rewolucję Francuską. Kobieta o nazwisku Nesta – N-E-S-T-A – Webster napisała tę książkę. Aby ją obalić, mój nauczyciel, który jest stypendystą Rhodesa, Crane Brinton – B-R-I-N-T-O-N, napisał swoją pracę doktorską zatytułowaną „Jakobini”, w której ją obalił. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Tak.

QUIGLEY: Myślę, że pod koniec życia Brinton prawdopodobnie poczuł, że się mylił. Że w Jakobinów zamieszane było jakieś tajne stowarzyszenie. I pewna jego studentka, Elizabeth Eisenstein, która jest wspaniałym badaczem (jest teraz profesorem na American University) pod kierunkiem Brintona napisała pracę doktorską o założycielu spisku Babeufa (Sprzysiężenia Równych).

Spisek Babeufa był spiskiem skrajnej lewicy, który wybuchł złością we Francji w 1894 roku lub coś koło tego, był kierowany przez człowieka nazwiskiem Gracchus Babeuf, który został za to stracony. Ale człowiek, który za tym stał, był potomkiem Michała Anioła, nazwiskiem Buonarrati. Bo Buonarrati, nazwisko rodowe Michała Anioła brzmiało Buonarrati. Niech Pan zerknie, jeśli Pan może, na książkę Eisensteina, która została opublikowana przez Harvard, jej pracę doktorską, z której wynika, że Buonarrati założył wiele tajnych stowarzyszeń, rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Jednym z nich byli ludzie Babeufa, którzy są teraz wychwalani pod niebiosa przez wszystkich neomarksistów, jak Herbert Marcuse i inni, jako wielcy bohaterowie ponieważ próbowali zmienić Rewolucję Francuską ze złożonej z klasy średniej, burżuazyjnej, kapitalistycznej rewolucji – rewolucji konstytucyjnej – w komunistyczną rewolucję.

Buonarroti jest również założycielem Karbonariuszy, którego szefem w latach 40-tych XIX wieku był Mazzini, który zjednoczył Włochy w latach 60-tych XIX wieku. Rozumie Pan? Więc jeśli zacznie Pan od Buonarrotiego, który z tego co widzę jest z 1893 i 189-, eh, 1793, 1794 roku, to myślę, że może Pan prześledzić związek za pośrednictwem tych różnych tajnych stowarzyszeń, którego kulminacją jest stowarzyszenie Karbonariuszy Mazziniego. Na przykład. Powiem panu jedno.

DZIENNIKARZ: OK.

QUIGLEY: Włochy były w stanie uwolnić się od Austrii, tylko dlatego, że Francja pokonała Austrię. Dlaczego Francja to zrobiła? Nikt nie może zrozumieć dlaczego. To nie było w interesie Francji. A jednak Francja wypowiedziała Austrii wojnę w 1859 roku i Austria została pokonana w bitwach pod Magentą i Solferino i nagle Francja zawarła traktat pokojowy z [Austrią], bez uwolnienia całych Włoch.

A powodem tego, jak nam powiedziano, że nagle zawarli traktat pokojowy bez, jest to, że król, cesarz, to jest Napoleon III, bardzo się rozchorował na widok krwi. Rozumie Pan? Dlaczego to zrobił? Zrobił to, ponieważ w 1868 roku [właściwie w 1858] Karbonariusz rzucił w niego bombą.

Ten Karbonariusz został aresztowany i stracony. Ale zanim został stracony, cesarz poszedł do jego celi, jak rozumiem, a Karbonariusz dał mu sekretny znak towarzysza Karbonariusza, ponieważ cesarz Francji, który został wybrany na prezydenta Francji w 1848 roku, objął tron w 1851 roku [właściwie, przejął władzę w 1851 roku, tron w 1852 roku] i proklamował nowe Imperium Napoleońskie, które zostało obalone przez Niemców w 1871 roku, więc był cesarzem przez – w rzeczywistości w 1870 roku –przez dwadzieścia lat. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Ale był uchodźcą z Francji, ponieważ próbował wywołać bunt we Francji, myślę, że to było w 1829 roku [właściwie 1836 roku].

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: I jako uchodźca, dołączył do tajnego stowarzyszenia Karbonariuszy [właściwie, to dołączył do niego wiele lat wcześniej].

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Ponadto, był, był szeregowym policjantem w marszu Chartrist na Parlament w Londynie w 1848 roku, w którym został wybrany na prezydenta Francji. To tajemnicza postać. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Podsumowując, powiem tak: myślę, że prawdopodobnie istniała ciągła sekwencja tajnych stowarzyszeń od Buonarrotiego – „spisek Babeuf (Sprzysiężenie Równych), czyli rok 1894 lub 1895 [właściwie rok 1794, lub 1795] – poprzez zjednoczenie Włoch przez Karbonariuszy, co byłoby w 1861 roku. Nie widzę nic od tego czasu. Może istnieć. Nie badałem tego tematu.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Ale nie widzę żadnego związku między Masonami a Iluminatami.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Założone w Bawarii w 1776 roku i nie widzę żadnego związku między nimi a Buonarroti.

DZIENNIKARZ: Cóż, teraz.

QUIGLEY: Cóż, ci ludzie mówią ciągle to samo.

DZIENNIKARZ: W porządku.

QUIGLEY: A niektórzy z nich mówią, że to sięga czasów Noego budującego arkę.

DZIENNIKARZ: Cóż, jedna rzecz, która wydaje mi się być spiskową teorią dziejów jest atrakcyjna, ponieważ jest naprawdę prosta.

QUIGLEY: To bardzo proste.

DZIENNIKARZ: Wyjaśnia wszystko, co jest niewytłumaczalne. I […]

QUIGLEY: To przebiega nieprawidłowo.

DZIENNIKARZ: Jeśli porusza Pan jeden argument, który nie pasuje, mówią: „Zobacz, jaki sprytny jest ten spisek”.

QUIGLEY: Tak. Teraz.

DZIENNIKARZ: Oni, oni.

QUIGLEY: Tak. Chcę panu coś pokazać. Od tego zaczynają. Zaczynają od pokazania banknotu jednodolarowego.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: I pytają: „Dlaczego tam jest trójkąt, piramida, z okiem nad nią?”. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: To jest symbol tajnego stowarzyszenia. Jeśli zapyta Pan ludzi […]

DZIENNIKARZ: Którego tajnego stowarzyszenia? Jakiegokolwiek tajnego stowarzyszenia?

QUIGLEY: Tajnego stowarzyszenie, bo według nich jest tylko jedno. Rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Tajnego stowarzyszenia, które przeszło przez pokolenia. Przez […]

QUIGLEY: Tak, tak. Jeśli zapyta Pan rząd Stanów Zjednoczonych, dlaczego tam jest to mają wielkie trudności z wyjaśnieniem tej kwestii. I najczęściej wymyślają „To Masoni, symbol masoński.” Ale kiedy zapyta Pan: „Dlaczego symbol masoński powinien znajdować się na amerykańskim banknocie dolarowym?” Nie mają żadnego wyjaśnienia. Więc coś w tym jest. Jeśli spojrzy Pan na ten pomnik Waszyngtona w Aleksandrii. To jest piramida.

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Widzi Pan, wie Pan. Teraz to oko nad nim jest światłem. Rozumie Pan. Więc, mógłbym się w to zagłębić, ale nie będę musiał, bo ten symbol ma co najmniej sześć tysięcy lat. I mogę Panu opowiedzieć jego historię od cztery tysięcy lat p.n.e. I nie ma to nic wspólnego z Masonami.

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: Może Masoni go zaadoptowali, rozumie Pan. Ale to nie ma nic […] Ale nie będę się w to zagłębiał. To zupełnie inna historia.

DZIENNIKARZ: OK. Więc ten człowiek z Nevady, ta osoba z Nevady zadzwoniła.

QUIGLEY: Zadzwonił do mnie. I powiedział, że mają problem z antysemitami używającymi tej książki [„None Dare Call It Conspiracy”] jako argumentu przeciwko Wall Street, przeciwko bankierom, przeciwko Żydom, przeciwko komunistom i wszystkim innym. I chcieli, żebym dyskutował z tym facetem, który się ze mną skontaktował, który był profesorem na uniwersytecie.

DZIENNIKARZ: Który w to wierzy?

QUIGLEY: Och, nie, on w to nie wierzy. Próbował się pozbyć tego poglądu. Tak samo ten, który zadzwonił do mnie z Brigham Young, próbował powstrzymać tę histerię, która najwyraźniej ogarnęła ten górski obszar.

DZIENNIKARZ: Dobrze.

QUIGLEY: I zapytali: „Mógłby Pan wystąpić w debacie z Garym Allenem i Larrym Abrahamem?” Odpowiedziałem: „Szczerze mówiąc, raczej nie”. „Ale potrzebujemy Pańskiej pomocy.” Zapytałem: „Obaj będą ze mną debatować?” Odpowiedzieli: „Nie, jest tu doktor „taki i taki,” który będzie z Panem dyskutował”. I on jest, jak sądzę, lekarzem medycyny. Nie jestem tego pewien. Ale był Żydem. W tym wszystkim interesował go antysemityzm.

DZIENNIKARZ: Miał debatować w pańskiej drużynie, po pańskiej stronie?

QUIGLEY: Po mojej stronie. I powiedzieli: „Będzie to absolutnie najbardziej rygorystyczna dyskusja. Będziemy na antenie przez godzinę. Będziemy połączeni ze sobą za pośrednictwem telefonu. „Ja będę koordynatorem” – powiedział ten człowiek. „Będzie to rygorystyczna debata. Będzie musiał Pan trzymać się tematu albo Panu przerwę. Nie może być żadnych ataków personalnych, albo wam przerwę. Każdy z was może mówić przez dziesięć minut [myślę, że tak jest, albo mogło to być pięć minut]”. I „wtedy, kiedy każdy z czwórki będzie mówił (myślę, że to trwało dziesięć minut), wtedy każdy będzie miał prawo do pięciominutowego odparcia argumentu,” czy coś w tym stylu, rozumie Pan?

DZIENNIKARZ: Aha.

QUIGLEY: W trakcie, szybko odkryłem, że Gary Allen nie odróżniał góry od dołu. Ale Larry A […]

DZIENNIKARZ: Który […]

QUIGLEY: Nie. Ale Larry Abraham był bardzo dobrze poinformowany. Wiedział wszystko o korporacjach, finansach i bankierach, i kim byli ich partnerzy. Wiedział. Jest niesamowity. I […]

DZIENNIKARZ: Jak Pan się dowiedział? Z rozmów z ludźmi?

QUIGLEY: Dowiedziałem się z debaty.

DZIENNIKARZ: OK. Dobrze. O to właśnie chciałem zapytać. Był Pan na debacie?

QUIGLEY: Tak. Gary Allen po prostu powtórzył wszystko, co jest tutaj [w książce „Tragedy and Hope”].

DZIENNIKARZ: Jasne.

QUGLEY: Kiedy przedstawiłem mój obalający argument i powiedziałem te różne rzeczy, on [Abram] zaczął przytaczać te informacje, to znaczy o niektórych z nich nigdy nie słyszałem. Nie wiem wszystkiego. A nowa książka, która się teraz ukazała, wydana przez Buckley’a, chyba Billa Buckley’a, prasę, Arlington House (przypuszczam, że chodzi o Billa Buckley’a, ale nie jestem tego pewien) zatytułowana „The Bolsheviks and Wall Street„. Och, musimy iść na lunch. „The Bolsheviks and Wall Street” zawiera wiele rzeczy, o których nie wiedziałem.

DZIENNIKARZ: Yhy.

QUIGLEY: Proszę przestać. Powiedziałem to Panu. Chce Pan to tam zapisać?

DZIENNIKARZ: Tak.

QUIGLEY: W porządku. Generalnie uważam, że każda spiskowa teoria dziejów jest nonsensem. Z tego prostego powodu, że większość spisków, o których wiemy, wydaje mi się być spiskami przegranych. Ludzi, którzy zostali pokonani na scenie, powiedzmy, historycznej scenie publicznych wydarzeń. Ku Klux Klan był […] Ich argumenty i ich punkt widzenia zostały zniszczone i pokonane podczas wojny secesyjnej. Cóż, ponieważ nie są gotowi tego zaakceptować, zawiązują spisek, by walczyć z tym w podziemiu. A ci ludzie, którzy mogliby walczyć, na otwartej przestrzeni, robią to. Ci, którzy nie mogą, schodzą do podziemia. Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy, właśnie to jest spisek.

The Palestinian Liberation Army to podobna rzecz, rozumie Pan. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc, są oni całkiem niezłą grupą, która nie uzyskała zbyt wiele. Tak więc, muszą być terrorystami. I […]

DZIENNIKARZ: Gdybym mógł pobawić się w adwokata diabła, myślę, że Pan, który mówi o międzynarodowym spisku bankowym, nie stracili swojej szansy, oni po prostu nie chcą żadnej uwagi. Nie chcą […]

QUIGLEY: Och, to jest […]

Wywiad Rudy Maxa z Washington Post z Carrollem Quigley [1974] – napisy PL