Zakazane Mięso: ograniczanie mięsa jako narzędzie kontroli klasowej

5 kwiecień 2026

X wiek: „Mięso jest własnością króla. Kłusuj, a skończysz na szubienicy!”
XIII wiek: „Mięso wywołuje pożądanie. Pość albo płoń w piekle!”
XV wiek: „Mięso jest dla panów. Chłopom wystarczy polewka!”
XVII wiek: „Mięso jest dla dżentelmenów. Robotnicy dostają chleb!”
XVIII wiek: „Mięso wzbudza gwałtowne namiętności. Jedz płatki kukurydziane!”
XIX wiek: „Mięso jest racjonowane w czasie wojny. Jedna uncja tygodniowo, bądź wdzięczny!”
1970: „Mięso powoduje choroby serca!”
1990: „Mięso powoduje raka!”
2010: „Mięso powoduje zmiany klimatu!”
2020: „Mięso powoduje pandemie!”
2025: „Mięso powoduje oporność na antybiotyki!”
2030: „Mięso powoduje cokolwiek, czego akurat będziemy potrzebować!”

Ty: Zauważasz, że jedyną stałą przez dziewięć stuleci jest to, że ktoś u władzy chce, żebyś przestał je jeść.

Zakazane Mięso: ograniczanie mięsa jako narzędzie kontroli klasowej

Apokalipsa Omega-6 – prof. Chris Knobbe
Ten artykuł Cię wkurzy [insulina i glukagon]
Aminokwasy potrzebne do budowy mięśni – konopie, chlorella, kakao i mięso wołowe
Priorytet oksydacyjny, częstość posiłków i gospodarka energią uzyskiwaną  z pożywienia i wydatkowaną na skutek wysiłku fizycznego: następstwa dla długości życia, otyłości i chorób kardiometabolicznych

 

W co się pakujesz

Przez tysiąc lat utrzymywanie mięsa poza zasięgiem biednych wymagało siły, okaleczania i ustaw parlamentarnych. Dziś wystarczy subskrypcja Netflixa.

Anglia, rok 1085. Mężczyzna wychodzi ze swojej chaty na skraju New Forest. Sześć lat temu był to jego las. Jego ojciec polował tam na jelenie. Jego dziadek polował tam na jelenie. Jego pradziadek polował tam na jelenie w czasach, gdy polowanie na jelenie było po prostu czymś, co się robiło w lesie, który nie należał szczególnie do nikogo, bo koncepcja, że las może należeć do króla tak jak stół należy do właściciela, jeszcze nie istniała.

Potem pojawił się Wilhelm.

Teraz las należy do Korony, jelenie należą do Korony, a jeśli nasz człowiek wejdzie tam choćby z krzywym kijem i wyjdzie z kawałkiem sarniny, najlepsze, na co może liczyć, to że skończy się na obcięciu mu palców. Kara za zabicie królewskiego jelenia to oślepienie i kastracja. Tak stanowi prawo.

Wraca do środka. Je polewkę. Zastanawia się, zapewne nie po raz pierwszy, czy Normanowie naprawdę postradali zmysły, czy też jest to jakaś niezwykle wyrafinowana intryga.

W istocie jest to intryga. Po prostu nie kończy się ona na Normanach.

 

Królewskie Jelenie

 

Królewskie Jelenie

Kiedy Wilhelm I podbił Anglię w 1066 roku, przejął królestwo, w którym istniała dość funkcjonalna relacja między ludźmi a ziemią, na której żyli. W czasach anglosaskich lasy nie były prawnie wydzielane na potrzeby królewskiej rozrywki. Królowie polowali. Wszyscy polowali. Las był z pewnymi zwyczajowymi ograniczeniami, czymś zbliżonym do wspólnego zasobu.

Koncepcję wydzielania ziemi jako wyłącznego królewskiego terenu łowieckiego wprowadzili do Anglii Normanowie po 1066 roku, a w szczytowym okresie tego systemu, pod koniec XII i na początku XIII wieku, aż jedna trzecia powierzchni południowej Anglii została uznana za królewskie lasy.

Jedna trzecia południowej Anglii. Zatrzymaj się na chwilę i to sobie uświadom. Nie jedna trzecia drzew. Jedna trzecia całej ziemi, ze zwierzyną, dzikami, jeleniami, rybami. Wszystko to zostało prawnie wyłączone z dostępu dla ludzi, którzy od pokoleń na tym żyli i z tego się utrzymywali.

Na terenie tych królewskich lasów zwykłym ludziom zakazano nie tylko polowania na zwierzynę, w tym królewskie jelenie, ale także grodzenia ziemi, wycinania drewna na budowę domów czy zbierania opadłego drewna na opał. Nie wolno było posiadać psa zdolnego do polowania. Mastify jako psy stróżujące były dozwolone, ale musiały mieć usunięte przednie pazury, aby uniemożliwić im polowanie.

Kary nie były łagodne. Obejmowały grzywny, ale także surowsze konsekwencje, takie jak więzienie, oślepienie, kastracja, a w niektórych okresach i przypadkach nawet śmierć. Spłoszenie jelenia mogło skutkować oślepieniem lub odcięciem ręki, a jego zabicie, nawet w celu nakarmienia głodnych dzieci, mogło prowadzić do egzekucji. Prawo leśne było tak surowe, że mówiono, iż zostało stworzone, by „nie zostawić Anglikom nic poza oczami do płakania”.

To nie była ochrona przyrody. To nie było zarządzanie zasobami. To było odbieranie ludziom dostępu do białka pod groźbą miecza wobec społeczeństwa, które wcześniej było w pełni zdolne do samodzielnego wyżywienia. Jelenie nie stały się nagle zbyt cenne, by je jeść. Stały się zbyt prestiżowe, by jedli je „niewłaściwi” ludzie.

Kluczowy szczegół, często pomijany w lekcjach historii skupionych na Magna Carta i feudalizmie jako abstrakcyjnych koncepcjach, dotyczy tego, co prawa leśne faktycznie robiły z dietą ludzi. Chłop żyjący na skraju Sherwood Forest czy New Forest nie funkcjonował w jakimś arkadyjskim raju warzywnym. Rolnictwo już wcześniej znacząco zubożyło ludzką dietę, jeszcze zanim pojawił się Wilhelm. Jednak przynajmniej żył obok ogromnego źródła białka zwierzęcego. Źródła, które zostało teraz fizycznie odgrodzone i objęte prawną groźbą okaleczenia. Jedzenie było na wyciągnięcie ręki. Po prostu nie wolno było go mieć.

 

 

Wojna Klasowa przy Stole

 

Wojna Klasowa przy Stole

Prawa leśne były najbardziej brutalnym narzędziem ograniczania dostępu do mięsa, ale nie działały w próżni. Średniowieczna Anglia opierała się na dość rozbudowanym systemie skodyfikowanego snobizmu żywieniowego, który wykraczał daleko poza kwestię tego, kto może polować na jelenie.

W późnym średniowieczu rosnące bogactwo kupców i handlarzy sprawiło, że ludzie z niższych warstw zaczęli naśladować arystokrację. Groziło to zatarciem symbolicznych granic między szlachtą a resztą społeczeństwa. Odpowiedzią była literatura ostrzegająca przed „niebezpieczeństwami” diety nieodpowiedniej dla własnej klasy oraz przepisy ograniczające wystawność uczt zwykłych ludzi. Poszczególne części zwierząt zostały wręcz przypisane do konkretnych klas społecznych.

Nie tylko to, jakie zwierzę można było jeść, ale które jego części, prawnie podzielone według rangi. Najlepsze kawałki wołowiny, wieprzowiny i jagnięciny były przeznaczone dla szlachty, podczas gdy zwykłym ludziom pozostawiano tańsze, twardsze fragmenty. Rzeźnicy, którzy sprzedawali lepsze kawałki nieuprawnionym klientom, mogli stracić licencję i ponieść poważne konsekwencje prawne.

W 1336 roku Edward III próbował ograniczyć kupców i służbę dżentelmenów do jednego mięsnego lub rybnego posiłku dziennie. W 1433 roku szkocki parlament uchwalił prawo regulujące styl życia wszystkich warstw społecznych, idąc tak daleko, że ograniczył spożycie ciast mięsnych i pieczonych potraw wyłącznie do osób o randze barona lub wyższej.

Ciasta z mięsem i pieczone mięsa. Zarezerwowane dla baronów. Wieprzowy placek, dziś dumny symbol kuchni robotniczej od Melton Mowbray po Manchester, był kiedyś przywilejem baronów.

W 1517 roku parlament uchwalił serię przepisów mających ograniczyć „nadmierne uczty” szlachty. Określały one, jakie rodzaje mięsa i ile dań może podawać każda klasa społeczna. Kardynałowie mogli serwować dziewięć dań. Książęta, hrabiowie i biskupi siedem. Niżsi lordowie sześć, a drobna szlachta trzy. Robotnik oczywiście nie znalazł się na tej liście. Nie dlatego, że nie miał ograniczeń, lecz dlatego, że jego ograniczeniem było w praktyce wszystko poza resztkami.

Najbardziej wymowny jest nie sam fakt istnienia tych praw, lecz powód ich wprowadzenia. Nikt nie ustanawia przepisów ograniczających spożycie mięsa, jeśli mięso nie jest rzeczywiście pożądane, jeśli nie daje statusu, siły i witalności tym, którzy je jedzą. Dna moczanowa [podagra] była w średniowiecznej Europie nazywana chorobą królów, ponieważ tylko bogaci mogli sobie pozwolić na produkty uznawane za jej przyczynę: mięso, owoce morza i alkohol. Samo mięso postrzegano jako pokarm luksusowy, czyli coś, co „rozgrzewa krew” i wyostrza charakter. Arystokracja nie ograniczała dostępu do wołowiny dlatego, że była ona szkodliwa dla chłopów. Ograniczała ją, ponieważ była dobra dla wszystkich, a to czyniło ją symbolicznie niebezpieczną. Nie można dopuścić, by zwykły człowiek wyglądał równie dobrze odżywiony i silny jak pan na włościach. To podważałoby całą strukturę feudalnego porządku.

Niższe warstwy nie były kierowane ku diecie roślinnej dla własnego dobra. Były odciągane od białka [pełnego pakietu aminokwasów] zwierzęcego, ponieważ białko zwierzęce oznaczało siłę, a siła nie była dla nich.

 

Powolna Kradzież Dóbr Wspólnych

 

Prawa leśne były natychmiastową konfiskatą. Grodzenia były czymś bardziej podstępnym: kradzieżą przeprowadzaną powoli, przez stulecia, za pomocą ustaw parlamentarnych, podczas gdy okradanych zapewniano, że to postęp.

Przed grodzeniami angielski chłop miał dostęp do ziem wspólnych. Nie jako jałmużnę ani przywilej od wyższych stanów, lecz jako dawne prawo zwyczajowe, starsze niż podbój normański i w dużej mierze niekwestionowane we wczesnym średniowieczu. Na tej ziemi mógł wypasać zwierzęta: krowę, świnię, gęsi. To nie były luksusy. To było jego źródło białka, tłuszczu, zabezpieczenie na wypadek złych zbiorów, a w przypadku świni zapasy na całą zimę.

Przez stulecia angielskie rolnictwo opierało się na ziemiach wspólnych, prywatnych gruntach, do których inni mieli prawnie zagwarantowany dostęp. Powszechnie rozumiano, że wspólne i nieużytki służą do uprawy, wypasu, zbierania resztek plonów, zbieractwa, a czasem także polowań i połowów.

Potem przyszły grodzenia. Zaczęły się nieformalnie w czasach Tudorów, a od XVII wieku przyspieszyły dzięki ustawom parlamentu. Mechanizm był prosty: ziemia wspólna była grodzona, przekazywana prywatnym właścicielom, a dawne prawa zwyczajowe po prostu przestawały istnieć. Między 1604 a 1914 rokiem uchwalono ponad 5200 aktów grodzeń, obejmujących 28.000 km². W 1786 roku w Anglii było jeszcze 250.000 niezależnych właścicieli ziemskich. W ciągu trzydziestu lat ich liczba spadła do 32 000.

Wraz z ziemią wspólną zniknęły zwierzęta. Świnia w przydomowym ogrodzie potrzebowała miejsca do żerowania. Krowa potrzebowała pastwiska. Usunięcie ziem wspólnych nie oznaczało tylko odebrania abstrakcyjnego prawa rolniczego, oznaczało zniszczenie realnej podstawy, na której zwykli ludzie hodowali zwierzęta i zdobywali białko zwierzęce. Historycy podsumowali to tak: „przed grodzeniami chłop był robotnikiem mającym ziemię; po grodzeniach stał się robotnikiem bez ziemi.” A bez ziemi nie ma zwierząt. A bez zwierząt – mięsa.

Proces ten nie był bezkrwawy. Odebranie prawa do wypasu i grodzenie ziem wspólnych często prowadziło do tzw. „zamieszek grodzeniowych”. Niekiedy przeradzały się one w szerokie bunty, jak powstanie Ketta w 1549 roku, które zakończyło się zajęciem Norwich. Podobnie rewolta Midlands z 1607 roku rozpoczęła się od masowych protestów przeciw grodzeniom. Motywacją było symboliczne przywrócenie dawnych praw wiejskich, które właściciele ziemscy „wywrócili do góry nogami”.

To nie były zamieszki dotyczące abstrakcyjnych zasad użytkowania ziemi. To byli ludzie walczący o możliwość hodowania świni. Wypasania krowy. Jedzenia mięsa. Opór był instynktowny, bo deprywacja była instynktowna.

W XIX wieku proces był zakończony. Angielska klasa robotnicza, która niegdyś wypasała zwierzęta na ziemiach wspólnych i polowała w lasach, które nie miały jeszcze właściciela, została stłoczona w miastach przemysłowych, żyjąc na chlebie, ziemniakach i odpadkach, których rzeźnik nie mógł sprzedać tym, których było stać na lepsze kawałki. Białko, które żywiło ich przodków, zostało systematycznie im odebrane, najpierw dekretem normańskim, potem ustawami parlamentu. Na każdym etapie podtrzymywano fikcję prawną, że tak po prostu działa świat, że tak było zawsze i że tak być powinno.

Tak nie było zawsze. To zostało tak ukształtowane.

 

Co faktycznie sugerują badania

 

Istnieje argument, przedstawiany z dużą pewnością przez osoby lubiące „uporządkowaną” historię, że angielski chłop i tak nie jadł wiele mięsa, więc niewiele stracił, gdy odebrano mu do niego dostęp. Mówiąc możliwie łagodnie, ten argument opiera się na bardzo ograniczonym materiale.

Dane archeologiczne są rzeczywiście złożone. Duże badanie bioarcheologiczne, analizujące chemię kości ponad 2000 osób pochowanych w Anglii między V a XI wiekiem, wykazało, że regularne spożycie mięsa było niższe, niż sugerowały źródła pisane, a różnice diet między grupami społecznymi były mniejsze, niż wcześniej sądzono. Wiele wskazuje na to, że ludzie urozmaicali chleb niewielkimi ilościami mięsa i sera albo jedli polewki z porów i pełnych ziaren z dodatkiem odrobiny mięsa.

Jednak badanie to obejmuje okres przednormański i wczesnonormański, kiedy konfiskata lasów była jeszcze świeża i dotyczy codziennego, regularnego spożycia, a nie okazjonalnych uczt opisywanych w anglosaskich źródłach. A te listy są niezwykłe. Spis potraw z czasów panowania króla Ine z Wessexu odpowiada około 1,24 miliona kalorii, z czego ponad połowa pochodziła z białka zwierzęcego. Na jednego uczestnika przypadało 4140 kalorii, w tym 712 gramów mięsa, 300 gramów ryb, a także ser, miód i piwo.

Innymi słowy, uczta to było mięso. Świętowanie to było mięso. Aspiracja to było mięso. Kiedy ludzie spotykali się, by uczcić coś ważnego, jedli zwierzęta. Nie dlatego, że były akurat dostępne, ale dlatego, że mięso było tym, jak wyglądał „porządny posiłek”, jak wyglądał dobrobyt i jak wyglądało dobrze odżywione ciało. Nikt nie buduje aspiracyjnej uczty wokół polewki.

Pytanie o to, co zwykli ludzie jedli na co dzień, jest czymś innym niż pytanie o to, czego pragnęli, co cenili i czego im odmawiano. Ustawy leśne nie zostały uchwalone po to, by ograniczyć coś, czego ludzie nie chcieli jeść. Ustawy o zbiorach nie zostały uchwalone po to, by uniemożliwić wspólnotom konsumpcję czegoś, czego nie chcieli. Zamieszki przeciw grodzeniom nie dotyczyły wyłącznie abstrakcyjnych praw do ziemi.

Ograniczenia miały znaczenie, ponieważ to, co było ograniczane, miało znaczenie.

 

 

XX wiek: Inny Rodzaj Prawa

 

Piramida żywieniowa

Ustawy leśne zostały uchylone. Ogrodzenia to już starożytna historia. Ustawy o zbytkach nie istniały w księgach ustaw od czasów Tudorów. I tak, w połowie XX wieku, angielska klasa robotnicza w końcu, wreszcie  znalazła się w sytuacji, w której mogła jeść tyle wołowiny, na ile było ją stać.

Z niemal perfekcyjnym wyczuciem czasu zbiegło się to z pojawieniem się instytucjonalnych zaleceń dietetycznych, które mówiły jej, żeby tego nie robiła.

Historia tego, jak tłuszcze nasycone stały się wrogiem publicznym numer jeden, została już opisana gdzie indziej i nie stawia instytucji w dobrym świetle. Tu istotna jest obserwacja strukturalna: wytyczne żywieniowe, które pojawiły się od lat 50. XX wieku, oparte w dużej mierze na wadliwej epidemiologii Ancela Keysa i wzmocnione lobbingiem przemysłu spożywczego, sprowadzały się do prostego przekazu: jedz mniej mięsa, jedz mniej tłuszczu, jedz więcej zbóż, jedz więcej warzyw.

Ten przekaz szczególnie silnie trafił do ludzi o najniższych dochodach. Wołowina jest droga. Udka z kurczaka i mięso mielone są tańsze. Chleb, makaron, ryż i oleje roślinne są jeszcze tańsze. Przejście od diety opartej na produktach zwierzęcych do diety opartej na węglowodanach zostało sprzedane jako zalecenie zdrowotne, ale idealnie pokrywało się z tym, na co stać było biednych i co przemysł spożywczy mógł produkować masowo i z zyskiem.

Nikt nie siedział w pokoju i tego nie planował. Taki rezultat nie wymaga teorii spiskowej. Wystarczy zauważyć, że interesy finansowe przemysłu spożywczego, ideologiczne założenia środowisk zdrowia publicznego i ekonomiczna rzeczywistość gospodarstw o niskich dochodach zbiegły się, dając ten sam efekt, który wcześniej osiągano poprzez prawa leśne, przepisy o zbytkach i grodzenia, choć innymi środkami.

Klasa robotnicza jadła mniej mięsa. Jadła więcej węglowodanów. Tyła. Chorowała. Metaboliczne konsekwencje tej zmiany trwają do dziś. A ludziom mówiono z pełnym autorytetem, że właśnie tak wygląda zdrowie.

 

Dobrowolne poddanie się

 

Dobrowolne poddanie się

Docieramy wreszcie do czasów współczesnych. A współczesność zawiera osobliwość, która wprawiłaby w osłupienie naszego człowieka z 1085 roku stojącego na skraju New Forest, zdumiała uczestników buntu Ketta i byłaby całkowicie niezrozumiała dla każdego robotnika rolnego, który patrzył, jak jego ziemia wspólna znika za parlamentarnym ogrodzeniem.

Współczesność to miliony ludzi, którzy mogliby jeść mięso, ale postanowili tego nie robić.

Nie dlatego, że normański król groził im obcięciem palców. Nie dlatego, że ustawa o grodzeniach odebrała im ziemię. Nie dlatego, że ich na to nie stać. Dlatego, że obejrzeli dokument. Bo ich ulubiony influencer powiedział im, że to niszczy planetę. Bo dietetyk z książką do sprzedania wyjaśnił, że czerwone mięso powoduje raka, że tłuszcze nasycone zatykają tętnice, że populacje przedstawiane jako wzór długowieczności opartej na roślinach w rzeczywistości od zawsze jadły wieprzowinę i smalec oraz że tradycyjna dieta każdej rolniczej społeczności w całej historii Wielkiej Brytanii jest w istocie szkodliwa.

Mechanizm zmienił się całkowicie. Rezultat jest identyczny.

Przez tysiąc lat utrzymywanie białka zwierzęcego z dala od ludzi, którzy najbardziej mogliby z niego skorzystać, wymagało prawa, groźby okaleczenia, fizycznej konfiskaty ziemi i od czasu do czasu militarnego tłumienia buntów. W XXI wieku ten sam efekt osiąga się poprzez finansowanie odpowiednich badań, kontrolowanie instytucjonalnych ram i wywieranie właściwej presji emocjonalnej: poczucia winy wobec środowiska, troski o dobrostan zwierząt, lęku o zdrowie publiczne, aż znacząca część społeczeństwa dobrowolnie rezygnuje z najbardziej odżywczego pokarmu w historii człowieka, z czystym sumieniem i mglistym poczuciem moralnej wyższości.

Z czysto technicznego punktu widzenia jest to imponujące osiągnięcie.

Wołowina nadal istnieje. Ziemia nadal ją produkuje. Sklep mięsny nadal jest otwarty. Żaden strażnik lasu nie oślepi cię za kupienie antrykotu. A jednak antrykot pozostaje niezjedzony, ponieważ człowiek, który mógłby go zjeść, został przekonany, że czyniąc to, staje się złym człowiekiem.

Wilhelm Zdobywca nie miał dostępu do Netflixa. Musiał posługiwać się groźbą kastracji. Każdy działa narzędziami, jakie ma do dyspozycji.

 

To, co było od zawsze

 

Argument za mięsem jako preferowanym pokarmem człowieka nie wymaga ideologii. Jest zapisany w danych archeologicznych, w dowodach szkieletowych populacji sprzed i po utracie dostępu do białka zwierzęcego, w uporczywym fakcie, że każda populacja na ziemi, mając wybór, historycznie sięgała najpierw po pokarmy zwierzęce i wokół nich budowała kulturę ucztowania.

Jest zapisany także w historii oporu. Ludzie nie buntują się o abstrakcyjne prawa rolne. Buntują się wtedy, gdy odbiera im się coś, czego potrzebują, co cenią i co na głębokim, cielesnym poziomie rozumieją jako swoje. Stałym motywem protestów przeciw prawom leśnym, buntów przeciw grodzeniom i kultur kłusowniczych, które przez stulecia utrzymywały się w każdej społeczności sąsiadującej z królewskim lasem, nie była filozofia polityczna. Był nim głód. Ludzkie rozpoznanie, że odebrano coś koniecznego.

Jest to również zapisane, dość niewygodnie dla obecnego konsensusu w fizjologii. Składniki odżywcze skoncentrowane w pokarmach zwierzęcych: pełnowartościowe aminokwasy, żelazo hemowe, rozpuszczalne w tłuszczach witaminy A, D, K2, kreatyna, karnityna, długołańcuchowe kwasy tłuszczowe budujące i podtrzymujące tkankę mózgową, są albo nieobecne w roślinach, albo radykalnie mniej biodostępne. To nie jest pogląd z marginesu. To biochemia. A rośliny ze swojej strony nie są biernym darem odżywczym, za jaki się je sprzedaje. Społeczności robotnicze, które przez stulecia grodzeń i ograniczeń traciły dostęp do białka zwierzęcego, nie rozkwitały dzięki temu. Kurczyły się.

Nie chodzi o to, że warzywa nie mają żadnej wartości albo że każde zalecenie żywieniowe wydane po 1960 roku było skoordynowanym spiskiem mającym utrzymać klasę robotniczą w niedożywieniu. Historia ograniczania mięsa nie wymaga złej woli jako wyjaśnienia. Wystarczy konsekwentna obserwacja: ograniczanie dostępu do białka zwierzęcego zawsze służyło interesom tych, którzy to ograniczenie narzucali, czy przybierało formę królewskiego dekretu, ustawy parlamentu, czy dobrze finansowanej kampanii zdrowia publicznego.

Miła lokalna dietetyczka, która radzi ci ograniczyć czerwone mięso do 70 gramów dziennie, nie jest Wilhelmem Rufusem. Niemal na pewno wierzy, że działa w twoim najlepszym interesie. Pytanie brzmi, czy system pojęć, w którym została wyszkolona, jest poprawny oddając zgodność obrazu rzeczywistości z rzeczywistością, czy może jest tylko najnowszą odsłoną bardzo starej historii o tym, kto ma prawo jeść najlepsze rzeczy.

Prawa leśne trwały 600 lat. Karta Lasu formalnie pozostawała w prawie aż do 1971 roku. Zalecenia dietetyczne, które mówiły ci, że tłuszcze nasycone cię zabiją, są dziś po cichu rewidowane, bo dowody nie chciały współpracować.

Historia jako dyscyplina dość jasno pokazuje, kto miał rację w sprawie New Forest.

Nie spiesz się z zaleceniami dietetycznymi. W końcu też do tego dojdą.

Źródło: Forbidden Flesh: Meat Restriction as a Tool of Class Control

 

Zobacz na:Wojna Informacyjna – Rafał Brzeski
Architektura Wpływu: jak rozpoznawać narastającą presję
Organizowanie Chaosu – Edward Bernays (Propaganda, 1928)
Jak Tłumić Prawdę: 25 Zasad Dezinformacji i 8 Cech Dezinformatora – Michael Sweeney