Jestem miłym mężczyzną
28 listopad 2010

Być może zastanawialiście się, gdzie byłem przez ostatnie trzy miesiące i czy blog The 1585 w ogóle jeszcze istnieje. Istnieje. A jeśli chodzi o mnie, po prostu przez jakiś czas byłem wyłączony z obiegu i właśnie temu, dlaczego tak było, poświęcony jest ten esej. W każdym razie wróciłem. Mam nadzieję, że się nie martwiliście. Choć w sumie mniej więcej połowa czytających to pewnie moi znajomi z Facebooka i widziała przez ostatnie trzy miesiące moje aktualizacje o końcówce sezonu na Coney Island oraz o tym, jak zobaczyłem Courtney Love w sklepie z bielizną w SoHo, więc raczej nie było powodów do paniki. Przyznam jednak, że jakaś część mnie liczyła, iż prezydent Obama nagle przerwie konferencję prasową i wrzaśnie: „GDZIE JESTEŚ, SEXO GRAMMATICUS?” jak w Supermanie II, ale najwyraźniej ma na głowie inne sprawy, więc wracam bez fajerwerków.
Najprościej mówiąc: przez ostatnie miesiące pracowałem nad sobą. Mój ostatni poważny związek zakończył się w sierpniu, głównie z powodu mojej niepewności. (To nie jest tekst o rozstaniu i zaraz przejdziemy do czegoś naprawdę ciekawego, ale to tło jest konieczne, więc wytrzymajcie chwilę). Kiedy mówię, że to była moja niepewność, nie mam na myśli tego, że przez nią coś zrobiłem. Ona po prostu mnie zostawiła, bo jestem niepewny siebie.
Nie narzekam na to. Dla mnie to było bolesne, ale miała do tego pełne prawo i byłoby egoistycznym oczekiwać czegokolwiek innego. W końcu męska pewność siebie jest dla kobiet tym, czym kobieca atrakcyjność fizyczna dla mężczyzn, więc dla niej musiało to być jak randkowanie z grubą dziewczyną. Dla mnie to nie miało sensu, tak jak, podejrzewam, mężczyznom dbanie o wygląd kosztem charakteru nie ma sensu dla kobiet, ale takie są kobiety, a mnie do kobiet ciągnie. Doszedłem więc do wniosku, że mogę albo siedzieć i narzekać, albo się podnieść i spróbować coś zmienić. Więc spróbowałem.
To znaczy: siedziałem i narzekałem. Przez pierwsze kilka tygodni. Ale to nie pomogło, więc potem pomyślałem, że jednak spróbuję tej drugiej opcji.
Poszedłem do Barnes & Noble i przejrzałem ogromny dział poradników samopomocowych. Na początku byłem pełen nadziei, bo dział był gigantyczny, a większość książek dotyczyła budowania poczucia własnej wartości. Potem jednak zauważyłem, że jakieś 90% z nich było jaskrawo różowych i miało tytuły zapisane tak przesadną kursywą, że ledwo dało się je odczytać, co jasno wskazywało, że są adresowane wyłącznie do kobiet.
Autentyczność – Rewizja | Rian Stone
Dwie ścieżki samorozwoju: dyscyplina dla mężczyzn, afirmacja dla kobiet. Mężczyzn się formuje. Kobiety się utwierdza – Rob Henderson
Rob Henderson: Zaobserwowano, że jeśli zajrzysz do działu poradników w księgarni i porównasz książki skierowane do mężczyzn z tymi dla kobiet, przekaz jest zupełnie inny.
Wiele poradników dla mężczyzn to głównie stoickie podejście, czyli musisz nauczyć się być bardziej skoncentrowany, albo bardziej zdyscyplinowany, nie pozwalać, by świat miał na ciebie wpływ i skupić się na swoim celu. Musisz być silny i pracować nad sobą. Wiesz, nikt ci niczego nie ułatwi. To dużo treści o samodzielności i niezależności.
Natomiast poradniki dla kobiet nie mówią: ’jesteś nikim, ale jeśli się postarasz, możesz coś z sobą zrobić’. Raczej podkreślają, że już jesteś wartościowa taka, jaka jesteś, tylko za bardzo siebie krytykujesz i świat jeszcze nie zauważył, jak jesteś wyjątkowa, bo sama się powstrzymujesz mentalnie przed zaakceptowaniem swojej wartości. To nie jest przekaz typu: 'jesteś beznadziejna, ale jak się postarasz, będzie lepiej’. Tylko jesteś już wspaniała, tylko ciągle siebie krytykujesz. Kiedy zaakceptujesz siebie taką, jaka jesteś, inni też zobaczą, jaka jesteś wyjątkowa. To bardzo różne podejście.
Wydało mi się to dziwne, bo to kobiety dbają o pewność siebie, a mężczyźni nie. Z mojego punktu widzenia wszystkie książki o pewności siebie powinny być kierowane do mężczyzn, a te dla kobiet powinny nosić tytuły w stylu „Ubierz swoje wewnętrzne dziecko w podarte kabaretki” albo „Rosół z kurczaka dla powiększenia cycków”. Ale być może to jeden z wielu powodów, dla których nie jestem autorem poradników.
Przekartkowałem tę przypadkową garstkę książek o samoocenie, które nie były wyraźnie kierowane do kobiet. Zauważcie, że nie mówię „dla mężczyzn”, bo takich nie było, były tylko kobiece i „neutralne płciowo”. Szybko zrozumiałem dlaczego: książki o poczuciu własnej wartości dla mężczyzn to po prostu poradniki dotyczące podrywu. Na początku obraziła mnie sugestia, że mężczyźni chcieliby podnosić swoją samoocenę wyłącznie po to, żeby poderwać kobiety. A potem uświadomiłem sobie, że ja też nie chciałbym tego robić z żadnego innego powodu.
Tak czy inaczej, przeglądałem dalej. Wiele książek odrzuciłem, bo opierały się na jakimś centralnym pomyśle tak idiotycznym, że nie dało się przez to przebrnąć. Przykro mi, ale nawet jeśli książka zawiera kilka sensownych porad, nie potrafię potraktować poważnie takiej, która całą argumentację buduje na założeniu, że „wszechświat mnie kocha”, bo nie, nie kocha. To temat szeroki i kontrowersyjny, ale sądzę, że stoję na dość bezpiecznym gruncie teologicznym, twierdząc, że gdyby wszechświat naprawdę mnie kochał, miałbym miecz świetlny. Fioletowy.

Czy słyszałeś dobrą nowinę?
A nawet te proste poradniki o poczuciu własnej wartości, które nie były oparte na żadnych newage’owych metaforach, marnowały masę rozdziałów na „akceptację ciała”. Słuchajcie, zdaję sobie sprawę, że większość ludzi jest gruba, ale ja nie. XCIX labores habeo, sed corpus meum non est [Mam trudności (życiowe/duchowe), ale moje ciało nie jest przeszkodą/nie stanowi problemu/nie jest powodem do narzekania]. Poza tym może ludzie, którzy są grubi, powinni czytać książki o tym, jak schudnąć, zamiast książek o tym, jak się nie przejmować tym, że są grubi. A kiedy mówię „może”, to naprawdę jestem uprzejmy.
W końcu zszedłem na dół do punktu informacyjnego i zapytałem: „Czy macie jakieś książki o poczuciu własnej wartości dla ludzi, którzy mają niską samoocenę z innego powodu niż bycie grubym? Bo ja mam niską samoocenę, ale zajebiste ciało”. Po czym podniosłem koszulkę i zrobiłem mały obrót. Powiedzieli, że nie. Zapytałem więc, czy szczupli ludzie mogą dostać książki o samoocenie z jakąś zniżką dla szczupłych, skoro połowa treści i tak dotyczy grubych i my tych rozdziałów nie potrzebujemy. Znowu powiedzieli „nie”, tym razem w sposób jeszcze bardziej zdziwiony i zirytowany niż poprzednio. Więc wyszedłem. Ale nie możecie powiedzieć, że nie próbowałem się poprawić. Oba pytania były uczciwe, a to całkowicie ich wina. Nic dziwnego, że branża wydawnicza umiera.
Jasne było, że książki mi nie pomogą. W sumie to nawet pasuje, bo książki w pewnym sensie wpakowały mnie w ten problem. Gdybym nie poświęcił ostatniej połowy życia na stanie się wrażliwym typem pisarza, może w ogóle nie byłbym niepewny siebie. Dziewczyna, która mnie zostawiła, wprost wspomniała fakt, że jestem pisarzem, jako część problemu. „Bycie pisarzem” nie było głównym zarzutem, ale zostało przedstawione jako obciążający dowód, jak krótkie włosy Joanny d’Arc.
Poza książkami nie wiedziałem jednak, dokąd się zwrócić. A musiałem się gdzieś zwrócić. Czułem, że albo przestanę być niepewny siebie, albo położę się i umrę. I wtedy mnie olśniło. Eleganckie równanie, zbyt proste i zbyt piękne, by ktoś wcześniej je odkrył, a tym wyraźniej prawdziwe, że pojawiło się na końcu wyczerpującej epickiej wyprawy, która zajęła prawie całą godzinę.
Pięć najpiękniejszych słów w języku: Pierdolę to, po prostu będę kłamał.
W końcu, niezależnie od tego, co mówi Oprah, kobiety wcale nie są jasnowidzami. Jedyny sposób, w jaki dowiedzą się, że jestem niepewny siebie, to jeśli im to powiem. W związku, który skończył się trzy miesiące temu, popełniłem błąd, traktując kobiety dosłownie, gdy mówią, że chcą, żebyś był szczery w kwestii swoich uczuć. Cóż, kobiety tak naprawdę nie kłamią, mówiąc to, one po prostu nie mają na myśli tego, co ty zakładasz. Kobiety faktycznie chcą, żebyś był szczery co do swoich uczuć, ale nie po to, żeby mogły cię bardziej kochać, tylko po to, żeby wiedziały, czy mają wyjebać twoją żałosną dupę. Kobiety chcą, żebyś był szczery w kwestii uczuć tak samo, jak urząd skarbowy chce, żebyś był szczery w kwestii finansów. Zrozumiałem zbyt późno, że całkowicie leżało w mojej mocy podtrzymanie tamtego związku. Wystarczyłoby, żebym kłamał na temat tego, jak naprawdę się czuję, co naprawdę myślę i czego faktycznie chcę, w każdej chwili, do końca życia.
Prawdziwy powód, dla którego twój mąż nie chce się przed tobą otworzyć
Bronić, Wyjaśniać, Usprawiedliwiać, Racjonalizować. Kiepskie narzędzia dla ciot
Wiem, że to może brzmieć płytko, defetystycznie, dziecinnie i skrajnie niesprawiedliwie wobec całego poczucia, jakie powinienem mieć o sobie jako w pełni ukształtowany dorosły człowiek z prawami, potrzebami i pełnym zakresem normalnych ludzkich emocji. Ale powinieneś zobaczyć tę dziewczynę.

Jedyną różnicą między nią a tym rysunkiem jest to, że nie nosiła okularów.
Tak więc oto projekt, który stanął przede mną: nigdy nie mówić nic niepewnego. Nigdy. Przynajmniej nie przy dziewczynach, choć uznałem, że dla wprawy warto też nie mówić takich rzeczy przy facetach. Nie wydawało się to szczególnie trudne. W końcu nie mówimy tu o czymś subiektywnym, jak komedia, gdzie to, co jednego bawi, drugiego odrzuca. Różnicę między niepewnością a jej brakiem zasadniczo wszyscy znają. Nawet ja.
Przy takim wstępie pewnie spodziewasz się eseju o tym, że okazało się to trudniejsze, niż wyglądało. Ale nie było. Okazało się dokładnie tak łatwe, jak myślałem. Serio: wystarczyło nie mówić niepewnych rzeczy. No baa. To, czy było to łatwe czy trudne, w ogóle nie jest problemem.
Pewnie teraz myślisz, że to nie zadziałało. Że powiem, iż powstrzymywałem się od mówienia niepewnych rzeczy, a dziewczyny i tak nie lubiły mnie bardziej, albo dlatego, że magicznie i tak wyczuwały moją niepewność, albo dlatego, że jednak patrzą głębiej i nie są tak płytkie, jak je przedstawiałem. Ale nie. Dziewczyny i uczciwie mówiąc, ludzie w ogóle, naprawdę są tak płytcy, jak ich opisywałem, a prosta praktyka niemówienia niepewnych rzeczy działała zadziwiająco dobrze. Mówiąc wprost: we wrześniu i październiku przespałem się z większą liczbą kobiet niż w jakimkolwiek wcześniejszym rocznym okresie mojego życia, albo przez całe cztery lata studiów. I nawet nie wychodziłem specjalnie często. Więc, nie wdając się w bucostwo: niemówienie niepewnych rzeczy naprawdę działa i jest banalnie łatwe. To nie tu leży problem.
Kompetencja vs. Pewność Siebie
Prawdziwy Wyznawca — streszczenie (i cytaty) książki Erica Hoffera The True Believer
Problem polega na tym, że z tego co widzę, nie mam już osobowości.
Zanim rozpocząłem ten projekt, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo moje poczucie siebie i moja rola w każdej sytuacji społecznej opierały się na mówieniu niepewnych rzeczy. Najwyraźniej niemal w całości, poza częścią poświęconą ciekawostkom o pop-muzyce (co samo w sobie pewnie też jest formą niepewności). Moja pierwsza, instynktowna reakcja na niemal wszystko, co ktoś mówi, polega na zdradzeniu niepewności na jakimś poziomie.
To nie jest nie do przeskoczenia, jeśli tylko zagaduję jakąś dziewczynę w barze. Mogę tłumić swoje instynktowne reakcje przez parę godzin, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi seks. To po prostu kolejna wersja mnie, tak jak wtedy, gdy powstrzymujesz się od przeklinania albo gadania o dragach podczas rodzinnej kolacji w Święto Dziękczynienia.
Tyle że z rodziną zawsze znajdziesz inne tematy niż dragi. Problem z wycięciem niepewności z diety rozmów polega na tym, że to, czym ją zastępujesz, jest kompletnie bez smaku. Mówiąc wprost: niepewne rzeczy są ciekawsze niż pewne siebie.
Kilka tygodni temu byłem na imprezie i ktoś zapytał mnie, czy bycie nauczycielem jest stresujące. To, co chciałem powiedzieć, co natychmiast przyszło mi do głowy, było takie:
„Kurwa, to jest najgorsze gówno na świecie. Nie ma innej pracy, która zmuszałaby cię do bycia tak kompletnie bezbronnym wobec takiej ilości braku szacunku. Jasne, gliniarze też są obrażani, ale glina może ci oddać, jeśli go obrażasz. Jako nauczyciel musisz to po prostu łyknąć. Dzieciak może zacząć jechać po tobie w środku lekcji, a ty nie możesz mu powiedzieć, że jest gruby, brzydki albo że jest małym debilem. Musisz go grzecznie poprosić, żeby przestał. A to są tylko te dzieci, które słyszysz. W każdej chwili w jakimś kącie sali jest dwóch małych skurwieli, którzy szepczą i się śmieją i ty doskonale wiesz, że chodzi o ciebie, ale nie możesz nic zrobić. Dzień w dzień masz do czynienia z pełnymi salami ludzi, którzy otwarcie uważają cię za największego przegrywa, jakiego spotkali i chcą, żebyś zdechł. I to jest cała ta pierdolona robota. Uczę od dziesięciu lat i każdego dnia nadal mam ochotę rzygać tuż przed wejściem do klasy, a potem płakać, kiedy wracam do domu.”
Musisz przyznać, to zajebiście interesująca odpowiedź. Ale tego nie powiedziałem. Zamiast tego powiedziałem: „Nie, spoko”, po czym odchyliłem się na krześle z lekkim uśmieszkiem, pilnując, żeby nie spuścić wzroku ani nie odwrócić głowy i żeby zajmować ciałem jak najwięcej przestrzeni. Nie kłamałem. Po prostu odmówiłem podania informacji, które wcześniej bym podał.
I mimo wszystko mi się to nie podobało. Jestem pisarzem. Lubię używać słów. Lubię mówić ciekawe rzeczy i mówić je w ciekawy sposób. Odpowiedź, którą chciałem dać, dokładnie to robiła. Odpowiedź, którą faktycznie dałem, była ledwo werbalna. Przekazywała praktycznie nic. Ale sposób, w jaki ją podałem, był sugestią pewności siebie, podczas gdy to, co chciałem powiedzieć, kipiało paranoją, nienawiścią do siebie i głębokim poczuciem niższości wobec ledwo piśmiennych dzieci. Odpowiedź, której udzieliłem i która, po raz kolejny, ledwo składała się ze słów, oczywiście sprawi, że kobiety będą chciały się ze mną ruchać bardziej niż ta, którą chciałem dać. Musiałem wybrać między byciem seksualnie atrakcyjnym a interesującym. I jak mówiłem, jeśli chodzi tylko o to, jak zachowywać się przez parę godzin na jakiejś imprezie, to jeszcze nie jest wielki problem.
Ale przez ostatnie trzy tygodnie regularnie spotykam się z dziewczyną, którą naprawdę lubię. I po raz pierwszy w jakimkolwiek związku, od samego początku unikałem mówienia przy niej czegokolwiek, co zdradzałoby niepewność, łącznie z tym, że nigdy nie zapytałem jej o radę, co powinienem założyć albo jaką fryzurę zrobić. A chcę ją o to wszystko pytać. Do diabła, chciałbym co pięć minut pytać, czy naprawdę mnie lubi, a potem i tak jej nie wierzyć, kiedy mówi, że tak. Po prostu tego nie robię. Zamiast tego klepię ją w tyłek i opieram się o coś z nonszalancją.
Większość zabawnych historii z mojego codziennego życia też wylądowała w koszu. Na przykład parę tygodni temu, kiedy przeprowadzałem rozmowy z potencjalnymi nowymi współlokatorami. Jednym z pierwszych był facet, który wydawał się totalnie miły i wyluzowany, ale był jeden problem: był absurdalnie, przerażająco przystojny. To znaczy, ja też jestem przystojny, ale ten koleś miał jakieś 190 cm wzrostu, był o pięć lat młodszy ode mnie, był pieprzonym tancerzem baletowym, czyli w lepszej formie niż zawodowi sportowcy i wyglądał jak skrzyżowanie Matthew McConaugheya z Christianem Bale’em.
I wiem, co myślisz, ale jakimś cudem był hetero. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to: „Jezu Chryste, jeśli będę w promieniu dziesięciu kilometrów od tego gościa, już nigdy się nie zarucham”. Więc skreśliłem go z listy. To klasyczna zabawna historia. Może nie wybitnie śmieszna, ale lekka i zapadająca w pamięć. Dokładnie taka, jaką opowiada się partnerce na koniec dnia. Czy opowiedziałem ją dziewczynie, z którą się spotykam? Jasne, że nie, bo wiąże się z moją niepewnością. Owszem, chodzi o niepewność wobec faceta, przy którym każdy rozsądny człowiek czułby się niepewnie, ale jednak. Moja nowa zasada brzmi: muszę wyglądać tak, jakbym uważał się za największego kozaka we wszechświecie przez 24 godziny na dobę, więc historia wyleciała. (Kobiety, nie piszcie do mnie maili po numer do tego gościa; wyrzuciłem go, a potem podpaliłem śmietnik).
Dziś rano oglądałem z moją nową dziewczyną telewizję i w programie padła wzmianka o San Francisco. Rzuciłem mimochodem, że uwielbiam to miasto i że gdybym miał mieszkać gdzieś poza Nowym Jorkiem, wybrałbym właśnie San Francisco. Zapytała dlaczego i zamarłem. Prawdziwy powód jest taki, że San Francisco to jedyne inne miasto, w którym nie boję się non stop, że ludzie będą się ze mnie śmiać na ulicy. Oczywiście nie mogłem tego powiedzieć, więc wymamrotałem coś o tym, że jest tam ładnie. Musiałem podtrzymać passę niemówienia niepewnych rzeczy. Z dnia na dzień coraz bardziej brnę jednak w związek z kimś, kto nie ma podstawowych informacji o tym, jaki naprawdę jestem.
Oczywiście ona czyta tę stronę, więc w gruncie rzeczy mówię jej to wszystko teraz. Czy fakt, że niepewność jest przekazywana tekstowo, coś zmienia? Nie widzi mnie na żywo, jak mówię lub robię coś niepewnego. Czy to sprawi, że ta niepewność zadziała inaczej, bo ujawnia się poprzez twórczość artystyczną, a nie codzienne życie? W końcu kobiety lubią artystów, a niewiele jest wielkiej sztuki, która całkowicie odmawia komunikowania wrażliwości (pomijając twórczość Leni Riefenstahl). Sens pewności siebie polega na tym, że jak powiedzieliby eksperci od uwodzenia, przełącza ona „przełącznik przywódcy”. A artyści też są przywódcami, tylko prowadzimy ludzi gdzie indziej niż na pole bitwy.
Faktem jest, że przez trzy miesiące nic nie pisałem, bo nie potrafiłem wymyślić niczego, co nie byłoby w jakimś sensie niepewne. Miałem pomysły, ale wszystkie wiązały się z przyznaniem, że nie jestem najbardziej macho facetem na świecie, więc nie byłem w stanie ich napisać. Nawet eseje, które nie zawierają nic osobistego i są tylko tyradami na temat głupich ludzi, odpadały, bo kobiety postrzegają grillowanie jako formę niepewności (bo pokazuje, że coś cię rusza).
Jasne, fajni faceci, których kobiety lubią w filmach i serialach, okazują wrażliwość, ale trzeba zobaczyć, na jakim poziomie ta wrażliwość się pojawia. To nie jest poziom codzienny. Zwykły facet nigdy nie znajdzie się w sytuacji, w której zaraz zostanie zamrożony w karbonicie, albo musi wyskoczyć z helikoptera, żeby uratować ukochaną, albo budzi się w szpitalu we Włoszech po tym, jak członkowie międzynarodowej organizacji przestępczej przywiązali go do krzesła i obili mu jaja. Jeśli okazujesz wrażliwość w prawdziwym życiu, to z dużym prawdopodobieństwem chodzi o jakieś głupoty.
Ale musiałem dokonać wyboru. Myślałem, że w końcu wpadnę na pomysł eseju, który będzie zabawny, błyskotliwy i jednocześnie sprawi, że będę wyglądał na absolutnie pewnego siebie we wszystkim. Ale nigdy na taki nie wpadłem. I stało się jasne, że nigdy nie wpadnę. Musiałem przestać udawać pewność siebie, przynajmniej na tyle, żeby znów stać się pisarzem. Musiałem pozwolić sobie uwierzyć, że sztuka nie zalicza się do „głupich spraw”.
Więc oto nowy esej. Może nie jest pewny siebie, ale jest odważny.
Źródło: I’m Nice Men
Zobacz na: Narcyzm i Psychopatologia – Ostatni Psychiatra
Narcystyczne i Echoiczne fantazje, paliwo, zranienie i wściekłość
Mężczyzna jest swoim własnym sędzią
Kiedy mówię „nie”, czuję się winny – dr Manuel J. Smith
Koniec bycia Miłym Gościem! – dr Robert Glover | Sprawdzony plan na zdobycie tego, czego chcesz w miłości, seksie i życiu
Prawo 30: Spraw, by Twoje osiągnięcia wydawały się bez wysiłkowe – Robert Greene
Bronić, Wyjaśniać, Usprawiedliwiać, Racjonalizować. Kiepskie narzędzia dla ciot
Czterej Jeźdźcy (Rozwodowej) Apokalipsy według Tradycyjnego Doradztwa Małżeńskiego
Organizowanie Chaosu – Edward Bernays (Propaganda, 1928)
Najnowsze komentarze