Ramy Kształtowania Wielkich Amerykanów [Polaków]

Wielkie państwo potrzebuje wielkich kobiet i mężczyzn. Wielkość wymaga, abyśmy wychowywali nasze dzieci tak, by kochały to, co dobre.

W ciągu ostatnich 40 lat osoby kierujące amerykańskimi szkołami publicznymi zapomniały o telos [cel/zamiar], czyli o ostatecznej misji edukacji publicznej. Stopniowo, poprzez tysiące dobrze intencjonowanych zmian w polityce edukacyjnej, szkoły utraciły swój główny cel. Miały one kształcić dobrych obywateli. Dziś są w połowie niedziałającą pseudo-terapeutyczną instytucją, której pracownicy mają raczej „opiekować się” uczniami jak matki, zamiast ich uczyć.

Elity zarządzające edukacją na szczeblu podstawowym i średnim [K-12] uznały, że bezpośrednie nauczanie jest czymś złym. Sama wiedza rzekomo nie zaspokajała emocjonalnych potrzeb dzieci, a jeśli ich potrzeby emocjonalne nie były zaspokojone, to i tak nie mogły przyswajać wiedzy. Ta sprzeczna z faktami idea sprawiła, że nauczanie zeszło na dalszy plan wobec „budowania relacji”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Nauczycielom nakazywano, aby zamiast wpajać dyscyplinę niezbędną do przyswajania i rozwijania wiedzy, skupiali się przez 180 dni roku szkolnego głównie na ograniczonym w czasie „budowaniu relacji”.

Wszyscy mieli czuć się dobrze przez cały czas. Uczniowie, którzy niewiele się nauczyli, byli promowani do kolejnych klas, gdzie pozbawieni możliwości nauki na wyższym poziomie z powodu słabych umiejętności czytania i matematyki, albo po cichu coraz bardziej zostawali w tyle, albo zaczynali przeszkadzać, zakłócając naukę innych. Dorośli odpowiedzialni za szkoły widząc kolejną „niezaspokojoną potrzebę” ulegali najgorszemu zachowaniu, poświęcając całe szkoły uczniów tym, których określano jako „straumatyzowanych” i zatrudniając kolejnych zewnętrznych specjalistów, by rozwiązać problem stworzony przez błędną politykę stawiającą emocje ponad nauczanie.

Oceny zawyżano, aby chronić ego uczniów, ograniczyć czas poświęcany na naukę poza szkołą i uniknąć konfliktów z rodzicami zadającymi niewygodne pytania, takie jak: Dlaczego moje dziewięcioletnie dziecko wciąż nie czyta?” „Dlaczego moja córka w siódmej klasie nadal liczy na palcach?” Wskaźniki ukończenia szkoły średniej zbliżyły się do statystycznej doskonałości. Istniała jednak tylko jedna droga po ukończeniu szkoły i prowadziła ona do sześciocyfrowego zadłużenia z tytułu kredytów studenckich.

Właściwa relacja między uczniem a nauczycielem całkowicie się rozpadła. Uczniowie nie są już naprawdę związani z nauczycielami. Jakakolwiek bardziej osobista relacja, którą nauczyciel zdoła zbudować, jest z natury ograniczona w czasie. Z tego powodu żadna ze stron nie ma motywacji, by wkładać wysiłek emocjonalny w budowanie relacji na tyle znaczącej, aby pobudzała do ciężkiej pracy nad nauką. Dodatkowo administratorzy szkół niemal w ogóle nie wspierają dyscypliny, ponieważ są motywowani do minimalizowania wszelkich danych sugerujących, że szkoła jest czymś innym niż spokojnym, harmonijnym środowiskiem nauki. Nie istnieją skuteczne konsekwencje wobec ucznia, który odmawia właściwego zachowania — nie mówiąc już o pracy nad nauką — skoro wszyscy i tak są promowani niezależnie od faktycznie posiadanej wiedzy i umiejętności.

Wszystko to jest skutkiem oderwania amerykańskiej edukacji od jej telos, czyli od jej ostatecznej misji.

Dobra wiadomość? Rodzic może to naprawić, a praca, jakiej to wymaga, jest jedną z najbardziej radosnych form miłości, jakie można okazać swojemu dziecku.

 

Problem

 

Przez ostatnie dwa pokolenia nauczycieli szkół publicznych uczono wierzyć, że próba wychowania dziecka na dobrego człowieka jest sama w sobie moralnie niewłaściwa. Co więcej, uczenie dziecka, że istnieje obiektywne Dobro — a zatem także obiektywne Zło — bywa uznawane za przejaw uprzedzeń. Niedawno skrytykowano mnie na platformie X za stwierdzenie czegoś zupełnie oczywistego, że Zabić drozda [To Kill a Mockingbird] pokazuje, iż nawet najgorszy człowiek może dążyć do moralnej dobroci. Powiedziano mi, że nauczyciel w szkole publicznej nie powinien mówić o cnocie, lecz powinien koncentrować się wyłącznie na fabule, środkach literackich, stylu i słownictwie.

Tymczasem Arystoteles, prawdopodobnie największy nauczyciel w historii ludzkości, słusznie uznałby współczesną amerykańską edukację za porażkę, ponieważ udaje ona, że może dać człowiekowi solidne podstawy do życia poprzez samo przekazywanie wiedzy (zakładając, że szkoły w ogóle to robią, a często nie robią), jednocześnie zaprzeczając temu, że młodych ludzi „należy wychowywać tak, aby odczuwali przyjemność, sympatię, wstręt i nienawiść wobec tych rzeczy, które naprawdę są przyjemne, godne sympatii, odrażające i godne nienawiści.”

Arystoteles nie używa tam słowa „naprawdę” dla podkreślenia. Ma na myśli, że aby dziecko mogło rozkwitać (czyli być szczęśliwe i odnosić sukcesy), musi potrafić odróżniać rzeczy obiektywnie dobre i godne sympatii (bo prowadzą człowieka do rozwoju i szczęścia) od rzeczy odrażających i godnych nienawiści (bo są obiektywnie złe i niszczą jego rozwój oraz długofalowe szczęście).

Arystoteles rozumiał, że jeśli dziecko nie zostanie nauczone rozpoznawać tego, co obiektywnie dobre, nie będzie później w stanie rozumnie ocenić, co daje największą szansę na dobre i szczęśliwe życie dla niego samego i jego rodziny.

Zdolność jednostki do odróżniania obiektywnego Dobra od Zła ma oczywiste konsekwencje dla jej rodziny, społeczności i całego narodu.

 

Rozwiązanie

 

Uczeń, twoje dziecko, musi być prowadzony jak łucznik, który uczy się celować w to, co Dobre. Trafienie w cel samo w sobie daje satysfakcję, ale najpierw trzeba nauczyć się wyraźnie go dostrzegać. Dopiero wtedy można ćwiczyć strzał tak, aby coraz bardziej zbliżać się do samego środka tarczy — Najwyższego Dobra.

Arystoteles mówi:

Każda sztuka i każde dociekanie, a także każde działanie i dążenie, zdają się zmierzać ku jakiemuś dobru; dlatego słusznie uznano, że dobro jest tym, do czego wszystko zmierza.

Szkoły stawiają dziś na pierwszym miejscu subiektywne i niedojrzałe pragnienie uczniów, by czuć się komfortowo, zamiast na naukę. Tymczasem, jak większość z was dobrze wie, rozwój jest niewygodny, a czasem nawet bolesny. Jeśli dziecko nie zostanie wychowane tak, aby pragnęło Dobra w dzieciństwie i w okresie dojrzewania, później będzie musiało znacznie ciężej pracować, aby przezwyciężyć nawyk unikania dyskomfortu (czyli pracy) i stać się naprawdę dobrym człowiekiem.

Na przykład możesz karmić swoje dziecko niekończącą się dietą złożoną z żelków. Będzie mu to sprawiało przyjemność. Nie będziesz musiał z nim walczyć przy kolacji ani słuchać narzekania, że nie lubi swojego obiadu. Niestety będziesz musiał mierzyć się z nagłymi spadkami energii spowodowanymi cukrem, brakiem koncentracji i chorobami pogłębianymi przez tak złą dietę.

Lekarze radzą rodzicom, aby świadomie uczyli dzieci jedzenia zdrowych produktów. Przyjmuje się, że dziecko może potrzebować nawet trzydziestu kontaktów z danym wartościowym pokarmem, zanim nauczy się go lubić. Innymi słowy, dobre wychowanie wymaga, aby rodzice uczyli dzieci kochać to, co dobre. Taka nauka wymaga konsekwentnego wysiłku w czasie.

I tu wracamy do problemu współczesnych szkół: osoby nimi zarządzające — z wielu powodów — uznały, że wychowywanie dzieci tak, aby „odczuwały przyjemność, sympatię, wstręt i nienawiść wobec rzeczy, które naprawdę są przyjemne, godne sympatii, odrażające i godne nienawiści”, nie należy już do misji szkoły.

Nie zdają sobie sprawy, że oddzielenie tego, co prawdziwe, od tego, co dobre, działa głęboko demotywująco. Zamienia każdy przedmiot w przypadkowy zbiór faktów, które wydają się nie mieć znaczenia.

Kolonializm i neokolonializm – doc. Józef Kossecki

Jeśli nauczyciel nie potrafi wskazać telos czytania Odysei, telos zrozumienia, w jaki sposób ludzkie słabości doprowadziły do masowej śmierci w czasie I wojny światowej, czy telos dostrzeżenia niezwykłej koncentracji i poświęcenia, które Maria Skłodowska-Curie włożyła w uczynienie świata lepszym dla całej ludzkości — to po co w ogóle się tego uczyć?

Dla oceny? Oceny, którą można uratować w ostatniej chwili przy minimalnym wysiłku dzięki „sprawiedliwym” systemom oceniania?

Utrata telos w szkołach publicznych sprawia, że całe przedsięwzięcie edukacyjne staje się znacznie trudniejsze. Zamiast wykorzystywać podstawowy ludzki interes własny, bo kto nie chce dobrze żyć i się rozwijać? To nauczyciele muszą zmuszać uczniów do nauki rozproszonych faktów za pomocą wadliwego systemu ocen.

Nauczyciele przedstawiają wiedzę jako „konieczną”, nie wyjaśniając, dlaczego jest ważna, co w rezultacie podważa ich autorytet.

Co więc ma zrobić matka, gdy szkoła jej dziecka wybiera program i metody nauczania, które podważają jej wysiłki w domu, by nauczyć dziecko odróżniania dobra od zła?

Co może zrobić ojciec, gdy polityka „sprawiedliwego oceniania” niweczy jego wysiłki, by wychować syna na człowieka sumiennego i zdyscyplinowanego?

Co jeśli szkoła sama uczy uczniów — w praktyce, jeśli nie wprost — że kłamanie na temat ocen i zachowania uczniów, by uniknąć konfliktu, jest ważniejsze niż pokorne przyjęcie krytycznej informacji zwrotnej prowadzącej do prawdziwej nauki?

Co jeśli szkoła uczy twoje dziecko, że nie istnieje coś takiego jak obiektywna prawda, że dobro jest subiektywne, a nazywanie czegoś złym jest — paradoksalnie — niemoralne?

Takie sytuacje są aż nazbyt widoczne w szkołach w całym kraju. Właściwe pytanie brzmi: „Co teraz?” Otóż, rodzice — podnosicie piłkę, którą szkoły upuściły i biegniecie dalej z nią sami.

Jak? Dostarczając telos. Najlepszym narzędziem, jakie mamy, są opowieści. Ty i twoje dziecko możecie czytać wielką literaturę jako przewodnik po doskonaleniu ludzkiego charakteru.

W książce „The Closing of the American Mind” Allan Bloom opowiada historię o swoich studentach z Uniwersytetu Chicagowskiego. W pewnym momencie kursu pytał ich, kto jest ich bohaterem. Ku swojemu rozczarowaniu odkrył, że nie mają żadnych. Co więcej, Bloom dostrzegł szczególne niebezpieczeństwo, jakie brak ideału cnoty stanowi dla Republiki Amerykańskiej. Wyjaśniał:

„U nas pogarda dla bohaterstwa jest jedynie rozszerzeniem wypaczenia zasady demokratycznej, która zaprzecza wielkości i chce, aby każdy czuł się dobrze sam ze sobą, bez konieczności znoszenia nieprzyjemnych porównań […] Uwolnienie od ideału bohaterstwa oznacza tylko tyle, że nie mają oni żadnego punktu oparcia wobec konformizmu wobec aktualnych „wzorców”. [Studenci] nieustannie myślą o sobie według ustalonych standardów, których sami nie stworzyli. Zamiast być poruszonymi przykładem Cyrusa, Tezeusza, Mojżesza czy Romulusa, nieświadomie odgrywają role lekarzy, prawników, biznesmenów lub telewizyjnych osobowości, które widzą wokół siebie.”

Dziś jednak, tam gdzie profesor wspomina o osobowościach telewizyjnych, należałoby wziąć pod uwagę wpływ internetowych influencerów, którzy rzadko dają przykład przyzwoitości, samodyscypliny czy mądrości. Allan Bloom pisze dalej:

„W obecnej sytuacji studenci mają bardzo wyraźne wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać doskonałe ciało i nieustannie do tego dążą. Jednak pozbawieni literackiego przewodnictwa nie mają już żadnego obrazu doskonałej duszy i dlatego nie pragną jej posiadać. Nie potrafią nawet wyobrazić sobie, że coś takiego istnieje.

Dorastałem w kościele, który wielu uważa za skrajny, ale dzięki temu, że od wczesnego dzieciństwa uczono mnie wielokrotnie czytać Biblię, zbudowałem kompas moralny, który później dobrze współgrał z tym, co czytałem w kanonie literatury zachodniej.

Autorzy, których czytałem tacy jak Steinbeck, Faulkner, Orwell, Shakespeare czy Ellison, przekazywali prawdę i moralne dobro jasno i bez zastrzeżeń. Miałem okazję uczyć niektórych z ich dzieł w mojej klasie języka angielskiego, ale wiedziałem, że czegoś brakuje. Owszem, mogłem mówić o symbolach, aluzjach, metaforach czy stylu narracji, lecz głębokie lekcje o naturze ludzkiej często ginęły w mgle literaturoznawczego żargonu.

Moi uczniowie rzadko wykazywali zrozumienie ludzkich lekcji zawartych w wielkich opowieściach.

Kiedy zacząłem uczyć historii Stanów Zjednoczonych, również trudno było mi przekazać, jak wyjątkowe były dokonania Ojców Założycieli, bez tego samego moralnego fundamentu. Wahałem się używać biblijnej moralności jako ramy interpretacyjnej do nauczania literatury lub historii, ponieważ robienie tego na zajęciach obowiązkowych do ukończenia szkoły mogłoby zostać uznane za formę przymusu.

Przynajmniej jednak dostrzegałem brak. Rozumiałem, że czegoś zasadniczego brakuje.

Bez telos, bez jasnej i centralnej misji, wszystko, co robi szkoła, staje się przypadkowe i chaotyczne. W rzeczywistości upadek misji widać choćby w tym, że wskaźniki ukończenia szkoły są sztucznie podnoszone niemal do 100% w każdym okręgu szkolnym. Ktoś uznał, że skoro jedyną mierzalną misją szkoły jest wydanie dyplomu, to po co trudzić się rzeczywistym nauczaniem? Po co zmuszać uczniów do wysiłku potrzebnego do prawdziwej edukacji i uczenia się? Wystarczy przepychać ich do kolejnej klasy, aż w końcu opuszczą szkołę.

Ale misją rodzica nie jest dyplom — to tylko zadanie poboczne. Misją matki jest pomóc dziecku rozkwitać. Ojciec pragnie, aby jego dziecko stało się dobrym człowiekiem. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa edukacja.

Jako nauczyciel miałem trudność z odpowiedzią na pytanie: „Dlaczego właśnie ta książka?”. Odpowiedź jest, była i zawsze powinna być taka sama: literatura systematycznie pokazuje dzieciom, jak wygląda dobro, poprzez postacie, które są wyraźnie niedoskonałe, ale zmagają się, by stać się lepszymi.

Problem polegał na tym, że we współczesnej edukacji podtekst większości szkoleń zawodowych jest taki, iż uczenie moralnego dobra stanowi naruszenie etyki zawodowej. Nawet gdyby nauczyciel chciał spróbować obejść ten problem, wrażliwy dorosły dostrzegłby, że takie podejście mogłoby zrazić nastolatków, którzy często mają niewielkie lub żadne wychowanie moralne.

Gdybym tylko był wtedy wystarczająco mądry i odważny, by zrozumieć, że uczenie ich kochania Dobra poprzez literaturę dałoby uczniom ogromną przewagę. Taka edukacja nie wymaga religijnej indoktrynacji, wymaga jedynie uważnego czytania wielkich książek.

Na szczęście dla moich uczniów nauczanie ekonomii pomogło mi spojrzeć na sprawę inaczej. Spontaniczny porządek, mutualizm i gry o sumie dodatniej sprawiły, że nauczanie moralnych cnót — takich jak samodyscyplina, pokora czy sprawiedliwość — oraz cnót intelektualnych, takich jak wiedza, roztropność i intuicja, stało się oczywiście konieczne.

Pełny obraz zobaczyłem dopiero w lokalnej klasycznej szkole czarterowej. Początkowo traktowałem ją jedynie jako sposób na znalezienie lepszej edukacji dla własnych dzieci, lecz kiedy zacząłem tam uczyć, zobaczyłem, jak można naprawić najpoważniejszy brak współczesnej edukacji publicznej.

Szkoła ta uczyniła obiektywną cnotę centralnym elementem swojej misji i nauczała jej w ramach świeckich standardów edukacyjnych stanu Kalifornia. Moje wysokie wymagania wobec uczniów oznaczały, że rozwijali oni te cnoty równolegle z edukacją, a moje lekcje wskazywały na cnotę (lub jej brak) widoczną w wielkich dziełach i wielkich ideach cywilizacji zachodniej. (I tak, wciąż realizowałem wszystkie standardy programowe wymagane przez państwo.)

Słynę z tego, że wiele rzeczy dociera do mnie dość powoli, więc wielu z was zapewne już rozumie, że cnota nie musi być powiązana z nauczaniem religijnym. Żadna religia nie ma monopolu na cnotę, ponieważ wszyscy ludzie są z natury niedoskonali, zarówno wierzący, jak i niewierzący. Nawet osoby, które aktywnie odrzucają religię, uważają cnoty za pożądane u przyjaciół, partnerów, współpracowników i w szerszym społeczeństwie.

Trudność w realiach współczesnej szkoły publicznej polega na niepopularnym — przynajmniej wśród wykształconych specjalistów — twierdzeniu, że cnota jest obiektywnie dobra i powinna być nauczana (na co zwracał uwagę C.S. Lewis w książce The Abolition of Man).

Ojcowie Założyciele rozumieli konieczność cnoty. James Madison pisał, że nasza Konstytucja wymaga „wystarczającej cnoty wśród ludzi, aby mogli się sami rządzić”; w przeciwnym razie „nic poza łańcuchami despotyzmu nie powstrzyma ich przed wzajemnym niszczeniem i pożeraniem się”.

Największym problemem edukacji nie jest to, że dzieci nie potrafią czytać ani liczyć. Największym problemem amerykańskiej edukacji jest utrata właściwego celu przez szkoły publiczne finansowane z podatków. A tą misją jest: kształcenie obywateli Stanów Zjednoczonych tak, aby potrafili kontrolować władzę państwową zgodnie z Konstytucją USA i w ten sposób zachować amerykańską wolność dla przyszłych pokoleń.

 

Działanie

 

Poniżej zobaczycie wznoszącą się drabinę cnót, w dużej mierze opartą na Etyce nikomachejskiej Arystotelesa. W kolejnych tekstach wyjaśnię, jak wykorzystuję te ramy, aby wspierać i motywować każdego ucznia — od dzieci w programach edukacji specjalnej (SpEd), które wierzą, że „nie są dobre w szkole”, po uczniów z programów dla szczególnie uzdolnionych (GATE), którzy muszą zrozumieć, że inteligencja nie jest cnotą — cnotą jest wielkoduszność.

Na razie poświęćcie chwilę na zapoznanie się z poniższym schematem. Pomyślcie o nim jak o prawdziwym programie nauczania dla klas szkół podstawowych i średnich [K-12], ponieważ szczerze mówiąc to właśnie są rzeczy, które rodzic powinien chcieć, aby jego dziecko opanowało.

Skupienie się na tym schemacie zapewni również punkt odniesienia, który pomoże uczniowi zrozumieć, dlaczego przedmioty, których się uczy, są potrzebne dla jego własnego rozwoju i pomyślności, a tym samym dostarczy wewnętrznej motywacji, aby wytrwać wtedy, gdy uczenie się staje się trudne.

Każda książka, którą czytamy z dziećmi, każda dziedzina wiedzy, do której zachęcamy je, aby ją studiowały, powinna być zakotwiczona w cnocie. Twierdziłbym wręcz, że każdy przedmiot w istocie jest w ten sposób zakorzeniony, tyle że nie w naszych szkołach publicznych.

A jeśli pamiętamy, że 180-dniowy rok szkolny jest zarówno arbitralny, jak i ograniczający, to tak naprawdę wystarczy tylko jedno, mamo i tato: czytajcie z dziećmi książki, które przetrwały próbę czasu.

Dlatego właśnie opublikowałem tę listę:

A Library to Build Great Americans, Ages 3-99+

Poniższy schemat przedstawia plan główny edukacji twojego dziecka, który daje tobie — rodzicowi — ogromną swobodę w wyborze programu nauczania zgodnego z wartościami twojej rodziny oraz pozwala wykorzystać własne, ciężko zdobyte doświadczenie życiowe w wychowaniu i kształceniu twoich dzieci.

Gdy raz otworzysz te drzwi, kierowanie edukacją swoich dzieci stanie się łatwiejsze i co równie ważne, znacznie bardziej radosne.

Ramy kształtowania wielkich Polaków

Przyjrzyj się temu, zaczynając od dołu i przesuwając się ku górze. Zastanów się, jak łatwo i przyjemnie takie opowieści jak „Nowe szaty cesarza”, „Kopciuszek” czy „Mała lokomotywa, która mogła” przekazują te lekcje.

Następnie dostrzeż, jakiego głębszego znaczenia nabierają powieści takie jak „451° Fahrenheita”, „Szkarłatna litera” czy „Przygody Hucka Finna”, gdy twoje dziecko dorasta i rozwija się ku wielkoduszności.

A potem wyobraź sobie, czym będą dla twojego starszego nastolatka — lub dla ciebie samego, gdy będziesz dążył ku mądrości — lektury Arystotelesa, Adama Smitha, Davida Hume’a czy Alexisa de Tocqueville’a, gdy będziesz mógł wznieść się wyżej, stojąc na barkach gigantów cywilizacji Zachodu.

W kolejnych tekstach omówię to bardziej szczegółowo, ale niezależnie od tego, jak bardzo uważasz, że potrzebujesz pomocy, mam nadzieję, że ten schemat pomoże ci wychować twoje dziecko na dorosłego Amerykanina, który szuka tego, co prawdziwe, czyni to, co dobre i kocha to, co piękne.

Nasza Republika tego wymaga.

Źródło: A Framework to Build Great Americans

 

Zobacz na: 14 zasad w prywatnych elitarnych szkołach – John Taylor Gatto
Dlaczego szkoły nie edukują – John Taylor Gatto, 1990
Ogłupianie świata szkolnictwem – John Taylor Gatto
Nauczyciel Sześciu Lekcji – John Taylor Gatto

Leonard Peikoff: Wprowadzenie do Historii Filozofii Zachodniej (część 1 z 50)
Leonard Peikoff: Sceptycyzm Greckich Sofistów – Historia Filozofii Zachodniej (część 7 z 50)
Jak francuscy „intelektualiści” zrujnowali Zachód: postmodernizm i jego wpływ – Helen Pluckrose