To, że coś widzisz, nie znaczy, że to zniknęło – Ostatni Psychiatra
16 sierpień 2012

To wpis dla psychiatrów/psychologów prowadzących długoterminową psychoterapię, resztę przepraszam. Gram pod swoją bazę. Rok wyborczy.
To jest mail, którego dostałem:
Drogi Alone [The Last Psychiatrist]:
Jakiś czas temu napisałeś:
„Nikt nigdy mnie nie pyta: ‘Myślę, że jestem narcyzem i boję się, że ranię swoją rodzinę’. Nikt nigdy nie pyta: ‘Myślę, że jestem zbyt kontrolujący, próbuję subtelnie manipulować moją dziewczyną, żeby nie zauważała zalet innych ludzi’. Nikt, przenigdy nikt nie pyta: ‘Często ogarnia mnie irracjonalna wściekłość, nie potrafię czuć winy, tylko wstyd, a gdy zostanę przyłapany, zdemaskowany, próbuję zniszczyć ludzi wokół siebie, żeby czuli się gorzej ode mnie, żeby byli zbyt nieszczęśliwi, by patrzeć na mnie z góry’.”
Gdyby ktoś o to zapytał, powiedziałbym mu, że zmiana jest w zasięgu ręki. Ale…
Być może sam zadaję sobie coś bardzo podobnego. Jeśli opowiem ci historię, powiesz mi, co o tym myślisz?
II.
Wyobraź sobie zatłoczone metro. Wsiada piękna kobieta. Zajebiście piękna, taka, która może nie mieć makijażu, nosić parkę, nauszniki i gruby szalik, a i tak będzie wyglądać jeszcze lepiej. Wstaje przystojny mężczyzna w drogim garniturze i mówi: „Proszę, niech pani usiądzie.” Kobieta uśmiecha się i szybko siada.
Co się właśnie wydarzyło? Podnieście rękę, jeśli uważacie, że to był gest motywowany seksualnie, to znaczy Christian Grey nie jest aż tak odklejony, by sądzić, że ona pójdzie z nim do łóżka, ale w stylu „raz kozie śmierć”, z małą szansą, uznał, że warto zapłacić cenę stania przez trzy przystanki.
A teraz podnieście rękę, jeśli myślicie, że on po prostu był miły, zrobiłby to dla każdej kobiety. Hm… Naprawdę? To czemu w ogóle siedział?
Ale najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego ona myśli, że dostała to miejsce? Czy myśli: „Oddał mi miejsce, bo warto było zaryzykować te trzy przystanki”? Czy raczej: „Nie no, po prostu był miły”?
Nie możemy być pewni, dlaczego pan Hugo Boss oddał miejsce. Ale jeśli kobieta wybrała odpowiedź B, wiemy o niej jedno: widzi świat jako z natury miły, jako miejsce, gdzie losowa życzliwość po prostu istnieje, więc musi wynikać z „fizyki świata”, a nie z niej samej. „Nowojorczycy są tacy mili!” — mówi. I naprawdę w to wierzy.
Innymi słowy: dobro jest w nim, nie w niej.
III.
Jedną z najbardziej frustrujących rzeczy dla terapeutów jest pacjent, który nie potrafi zobaczyć rzeczywistości. Może to facet, który każde drobne zachowanie byłej interpretuje jako znak, że ona chce wrócić. Może student, który oblewa studia, bo uważa, że ważniejsze jest „pomaganie Kasi w kryzysie”. Może kobieta, która uważa, że mężczyźni w ogóle się nią nie interesują.
W trakcie terapii mówi, że chciałaby poznać „dobrego faceta”: miłego, z dobrą pracą, kogoś takiego jak ten facet z metra. A ty siedzisz i myślisz: zaraz, przecież ona właśnie poznała faceta z metra, który był dokładnie jak facet z metra. „Och nie, on nie był mną zainteresowany, on tylko był miły.”
Nietrudno zgadnąć tło: ojciec odszedł, gdy miała 8 lat; matka całe życie powtarzała jej, że jest jednocześnie za gruba i za chuda; nadmiernie krytyczne matczyne superego, inne niż ojcowskie, bo nie krzyczy, gdy grzeszysz, tylko gdy zawodzisz. To ta matka, która oczywiście nie chce seksu przed ślubem, ale dziewczyna taka jak ty powinna umawiać się z kapitanem drużyny futbolowej.
Więc mężczyźni, którzy ją zapraszają, ci, z którymi faktycznie się spotyka, to bezczelni, wytatuowani na łydkach twardziele, którzy wyrażają swoje pożądanie wobec niej wprost, wręcz wulgarnie. Dzięki temu nie ma wątpliwości, że jej chcą i czego chcą. Tymczasem ci faceci traktują ją jak gówno. Więc żyje z myślą, że jedyni ludzie, którzy ją lubią – mężczyźni, z którymi musiała by się ustatkować – są… kiepscy, o ile nie żałośni.
Genetyka zadbała o jej ciało. Wychowanie zniszczyło jej wzrok: dzieciństwo, w którym nigdy nie była wystarczająco dobra, filtruje jej obecną rzeczywistość, przesłania ją, nie dostrzega tego, co dla innych jest oczywiste, np. że jest piękna. Proces terapeutyczny polega więc na odkryciu, dlaczego jej obraz rzeczywistości jest zniekształcony i pomocy w ponownym dostrojeniu się do realności. Na użyciu wglądu do wzmocnienia uszkodzonego ego albo, jeśli wolisz wersję w dziesięciu krokach, na blokowaniu automatycznych myśli. Krótko mówiąc: pomóc jej zrozumieć, że jest dobra, że mężczyźni uważają ją za atrakcyjną, nie tylko ci nachalni, nie tylko dupki.
IV.
Jeśli postrzegasz narcyzm jako megalomanię, tracisz niuanse, np. w jej przypadku problemem jest narcyzm bez megalomanii: jest tak pochłonięta swoją tożsamością (byciem nieładną), że nie potrafi odczytywać uczuć innych ludzi, wczuwać się w nie. Nie chce próbować, ponieważ kłóci się to z jej postrzeganiem siebie. Ergo: Giorgio Armani po prostu był miły.
Rozumiem oczywiście kontr przeniesienie: czuję do niej pociąg, nie da się nie czuć. Oczywiście mam też pełną kontrolę nad sobą, nie przekraczam granic traktowania. Ale widzę też, że ona nie dostrzega, że mnie ciągnie do niej, wręcz przeciwnie, często obserwuję, jak mało uwagi poświęca moim „uczuciom”. Traktuje mnie tak, jakbym był tylko głosem. Kiedyś miałem gips na przedramieniu, a ona o tym nie wspomniała. Co to sugeruje?
Dwa lub trzy lata później nic się nie zmieniło, poza tym, że pije więcej. Huh. Nie poszło zgodnie z planem.
Co się stało? Stało się tak, ponieważ moja analiza kontr przeniesienia była celowo egoistyczna, „widzisz, jestem dobrym terapeutą w wykrywaniu tego”, co broniło mnie przed prawdą: owszem, byłem w stanie przyznać przed sobą, że mnie do niej ciągnie, ale czego nie chciałem przyznać przed sobą, coś czego nikt poza mną nie dostrzegłby od razu, to to, że część/całość mojej chęci, by jej pomóc, wynikała z jej piękna; a wiem, że sposobem na zaimponowanie pięknym kobietom jest dawanie prezentów, pomaganie – tak jak to było z moją własną matką. Nie żebym miał tak odklejone urojenia, żeby zakładać, że będzie ze mną uprawiać seks, ale w taki sposób, jakbym liczył na jakiś cud, coś na kształt nadziei…
A skoro miałem takie uczucia, a te uczucia są ZŁE, „niewłaściwe”, jak mówimy na terapii, to całkiem prawdopodobne, że zamiast nie dostrzegać rzeczywistości prawidłowo, ona ją dostrzegła i się przed nią uchroniła: decydując, że mężczyźni – ja – nie chcą z nią uprawiać seksu, po prostu są mili.
Nie wziąłem pod uwagę, że jej ślepota na pragnienia mężczyzn jest niezbędna dla jej zdrowia psychicznego, że nie chce wierzyć, że każda interakcja mężczyzny z nią ma charakter seksualny; nie chce żyć w świecie, w którym widzą ją tylko jako nagą. Chce, żeby świat był… miły. Za źródło weź cokolwiek, może przemoc, może zaczęła zauważać w wieku 15 lat, że wszyscy ojcowie z sąsiedztwa patrzyli na nią trochę inaczej niż na inne dziewczyny; zbyt wiele randek znajomych zakończyło się gwałtem, zazdrosne dziewczyny, cokolwiek chcesz.
Co oznacza, że moje próby przekonania jej do rzeczywistości interpretuje jako kolejny zalot, bo nim jest. Kiedy weszła, potrafiła zablokować możliwość, że jestem nią zainteresowany, ale dzięki starannemu testowaniu rzeczywistości zmusiłem ją do zobaczenia mojej erekcji, „Słuchaj, naprawdę chcę ci pomóc zrozumieć, co mi robisz!”.
Na szczęście dla niej ona nie istnieje, wymyśliłem tę historię, ale służy ona zilustrowaniu ważnej kwestii: zamiast zakładać, że ludzie są zbyt uszkodzeni, by interpretować rzeczywistość, domyślnym założeniem powinno być: to wszystko jest obroną przed zmianą. (1)
V.
Oto historia, której nie wymyśliłem, choć zmodyfikowałem ją, aby uprościć skomplikowaną sytuację i chronić jego anonimowość.
Joe miał dziewczynę i choć byli szczęśliwi, związek zdawał się dobiegać końca, a ona związała się z innym mężczyzną. Mimo to nie potrafiła całkowicie zapomnieć o Joe, więc nadal rozmawiali, pisali i spotykali się od czasu do czasu.
Podczas rozmów pojawiło się kilka rzeczy, zwłaszcza dotyczących Joe, a zwłaszcza jego pozornej obojętności w związku. Na przykład: „Ja też byłam zraniona” – powiedziała – „że kiedy się rozstaliśmy, to zdawało się, że ci to nie przeszkadzało”.
Joe powiedział mi, że mu to przeszkadzało, być może bardziej z perspektywy czasu (teraz, kiedy uświadomił sobie, jak bardzo ją lubił), ale zastanawiał się, czy jego brak emocji nie jest sygnałem poważniejszego problemu, braku umiejętności nawiązania kontaktu.
A więc: wiele SMS-ów, czatów i na jednym spotkaniu:
„Spotkaliśmy się i bardzo płakaliśmy, powiedziała, że jest jej smutno, że nie jesteśmy razem, ale nadal sensowne było dla niej, żeby była z tym drugim facetem. Skończyło się na tym, że całowaliśmy się i płakaliśmy jednocześnie. Potem nie widziałem jej przez jakieś dwa tygodnie. Ale rozmawialiśmy dalej, powiedziała, że za mną tęskni, a ja za nią też. Powiedziała, że płakała codziennie od ostatniego spotkania, zastanawiając się, czy…
Z tego powodu umówiłem się z nią na kolejne spotkanie, ale tym razem powiedziała, że podjęła decyzję i postanowiła być z tym facetem. Powiedziała też bardzo szybko, że fantazjuje o tym, żebyśmy kiedyś do siebie wrócili, ale nie teraz. W takich sytuacjach zawsze staram się być silny i mówić, że ta osoba nie jest za mnie odpowiedzialna, ale tym razem załamałem się i rozpłakałem. Zapytałem ją, czy nadal mnie kocha, a ona powiedziała: „Tak, ale to niemożliwe teraz”. (2)
W końcu spotkali się ponownie, a w drodze do domu… wszystko się skomplikuje. On mówi, że bardzo chciał ją pocałować, ale ona nie chciała.
„Zatrzymała mnie. Powiedziałem: ‘Dobrze, to odejdę’, ale potem poprosiła mnie, żebym został. Powiedziała, że jest rozdarta i bardzo cierpi, że myśli, że robi coś złego. Powiedziałem, że to nie jest złe, bo mnie kocha, a miłość nie może być zła (czy coś w tym stylu). Spróbowałem ją ponownie pocałować, tym razem nie stawiała oporu, ale też nie była zbyt namiętna. Zauważyłem, że jest bardzo smutna. Powiedziałem, że ją kocham. Powiedziała: ‘Przestań’ i uciekła.
Więc próbuję się zastanowić, co zrobiłem źle, i pytanie, które sobie zadaję, brzmi:
– Jak mogłem nie zwracać uwagi na jej uczucia, sprawiając, że była rozdarta i udręczona, tylko dlatego, że potrzebowałem tego pocałunku? Widzę, że byłem tamtego dnia skrajnie samolubny — ona płakała, była ambiwalentna, a ja czułem tylko jedno: podniecenie. Przez cały ten proces myślałem wyłącznie o tym, że chcę jej dla własnych potrzeb, kompletnie zapominając o tym, co ona czuła.
Mimo że zawsze pytałem ją, czy chce mnie wyrzucić ze swojego życia, a ona mówiła „nie”, to dlaczego w ogóle musiałem pytać? Dlaczego nie potrafiłem po prostu zobaczyć, że płacze i spróbować ją pocieszyć, zamiast próbować ją pocałować?”
Więc:
Jak przestać krzywdzić ludzi?
Wiem, że myślę o tym wszystkim tylko dlatego, że coś straciłem, że bardzo za nią tęsknię i że chcę być lepszym człowiekiem, żeby mieć lepsze życie, ale mimo wszystko dobrze jest stać się lepszym człowiekiem i przestać ranić innych.
Tym razem naprawdę chcę się zmienić, bo to, kim jestem teraz, nie działa.”
Napisałem mu odpowiedź dotyczącą ich relacji, podkreślając jej ambiwalencję i to, jak taka ambiwalencja u kobiet zwykle się rozwiązuje. Ale on tak naprawdę nie pytał o radę dotyczącą związku, tylko o to, jak być lepszym człowiekiem. Czy zrobił źle, naciskając na nią, kiedy była tak rozdarta? Czy zignorował jej uczucia? Jak może się zmienić?
Odpisał ponownie (fragmenty):
„1. Widzę jej ambiwalencję i jej konflikt. Może byłoby mi łatwiej, gdybym po prostu powiedział: „chcę cię, rzuć tego faceta”…
2. Teraz czuję zazdrość, odkąd zaakceptowała zasadę „koniec wiadomości, randek, czegokolwiek”. Bo na początku fakt, że zakochała się w kimś innym, nie powstrzymywał jej przed okazywaniem mi miłości. Teraz już tak. Teraz jestem zazdrosny…
3. Tak, czuję się winny z powodu tamtego dnia, kiedy ona płakała, a ja potrafiłem myśleć tylko o tym, żeby ją pocałować. Nie użyłem siły, nie trzymałem jej, nic takiego, przyjęła pocałunek, ale bardzo smutno. Czasem o tym myślę i czuję się niemal tak, jakbym ją zgwałcił. To właśnie ten fakt sprawił, że do ciebie napisałem: nie podzieliłbym się tą myślą z nikim bliskim. Czy to jest wstyd czy poczucie winy? A może jedno i drugie? Wiem, że ona nie widziała tego w ten sposób, bo później tego samego dnia rozmawialiśmy i powiedziała mi, że nie chce, żebym zniknął z jej życia i że nie potrafi mnie zapomnieć. Co jest spójne z twoją interpretacją.
4.a. Zauważałem u siebie zachowania narcystyczne już wcześniej i próbowałem je zmieniać. Na przykład: w jakiś sposób wydawało mi się, że wyglądałbym śmiesznie, dając komuś prezent, więc zwykle tego nie robiłem, bez względu na okoliczności. Początkowo myślałem, że dawanie prezentu dotyczy mnie, że jest odbiciem mnie, a nie osoby, która go otrzymuje. Kiedy wróciłem z Denver, przywiozłem mojemu młodszemu bratu koszulkę Broncosów, ale martwiłem się, co ojciec o mnie pomyśli, co pomyśli o wyborze prezentu i tak dalej. Tym razem jednak skupiłem się na tym, jak mój brat poczuje się, dostając prezent. Może to brzmieć głupio, ale dla mnie to była wielka sprawa. Wkurza mnie, że w tej sytuacji nie zwróciłem uwagi na jej uczucia.”
Moja odpowiedź:
„Teraz rozumiem, że to właśnie ten pocałunek był impulsem do napisania tego maila — ten konkretny incydent. Widzę, że czujesz się winny, bo naciskałeś na pocałunek, a ona płakała, co jak sądzisz powinno cię powstrzymać, ale tego nie zrobiło. Gdybyś był ślepy na jej uczucia, mógłbyś dziś powiedzieć: „byłem samolubnym człowiekiem bez empatii, który nie zauważa uczuć innych i robi tylko to, co sam chce”. Ale to nie była ślepota (tak mi mówisz). Ty doskonale wiedziałeś, że ona nie chce tego pocałunku i mimo to poszedłeś dalej. To czyni cię jeszcze większym narcystycznym potworem. Czy to jest poprawne odczytanie twojej historii takiej, jaką chciałeś mi ją opowiedzieć?
Problem polega na tym, że opowiadasz mi dwie różne historie.
Z jednej strony mówisz o swoim „poczuciu winy” z powodu wykorzystania jej wrażliwości i pocałowania jej, gdy tego nie chciała. Co jest dziwne, bo — jak się okazuje — ten pocałunek wcale nie był dla niej wykorzystaniem, prawda? Sama ci później powiedziała, że tak tego nie widziała. Więc wygląda to raczej na pewien dialog: jej ambiwalencja potrzebowała stanowczej odpowiedzi, a ty (wbrew swojej zwykłej naturze) ku własnemu zaskoczeniu poczułeś się zmuszony, by jej ją dać.
Pocałowałeś ją; mówisz — twoimi słowami — że ona nie uznała tego za żaden „gwałt”. Ale czy ona czuła jakiekolwiek poczucie winy, że cię pocałowała? Że zdradziła swojego chłopaka? Nie mówię, że powinna lub nie powinna, tylko że można by się spodziewać, iż ona również zmagałaby się z poczuciem winy. Tymczasem w późniejszej rozmowie telefonicznej omawia twoje poczucie winy i sprawia, że czujesz się tak, jakbyś nie zrobił nic złego. Jeśli nadążasz za tym rozumowaniem, to jej rozmowa z tobą i łagodzenie twojego poczucia winy nie wynika przede wszystkim z troski o twoje cierpienie, lecz z tego, że pozwala jej to nie patrzeć na własne. Jeśli to ty „wymusiłeś” pocałunek, a mówiąc, że go nie wymusiłeś, ona jednocześnie mówi, że to było w porządku, to wybaczając ci, życzliwie sugeruje, że wina była po twojej stronie, a ona sama jest bez winy. To nie jest złośliwe ani intencjonalne. To wszystko dzieje się nieświadomie; to jest przedstawienie: czy mogę oszukać własne superego? Skoro płakałam, to jak bardzo mogłam tego chcieć?
Ale nic z tego nie jest naprawdę ważne, bo istnieje druga historia.
Twój następny akapit opisuje narcyzm — moją „specjalność” — oraz twoje martwienie się tym, jak prezent zostanie odebrany przez ojca i (ostatecznie) zrobienie „właściwej rzeczy”, czyli skupienie się nie na własnych uczuciach, lecz na uczuciach brata. Ale jak mam nie czytać tego akapitu i nie pomyśleć:
Ojciec = Ostatni Psychiatra
Brat = Twoja była
Prezent = pocałunekoraz:
„Myślałem, że dawanie prezentu dotyczy mnie, a nie osoby, która go otrzymuje”, co w tłumaczeniu brzmi: „Co ty, Ostatni Psychiatro, pomyślisz o mnie teraz, gdy deklaruję, że myślę o uczuciach innych? Będziesz krytyczny jak mój ojciec, czy dostanę twoją aprobatę?”
Wiem, że odpowiesz: „ale przecież naprawdę dałem prezent mojemu bratu”. Tyle że zestawienie przykładu, który wybrałeś, z dziesięciu milionów możliwych, nie może być przypadkowe. Dlatego tak ważne jest skupienie się na słowach.
Jaka więc jest właściwa interpretacja akapitu 4a? Dlaczego tak logicznie wynika on z punktu 4? Dlaczego mi go opowiadasz? Jak zwykle w takich przypadkach, to obrona przed zmianą: „widzisz? potrafię myśleć o uczuciach innych”. Ale to właśnie jest narcyzm. Narcyzmem nie jest wymuszenie pocałunku. Narcyzmem jest myślenie, że wszystkie te wydarzenia z byłą są wyłącznie twoje, do rozstrzygnięcia, do wzięcia na siebie, do poniesienia odpowiedzialności. Ona jest jedynie członkiem obsady drugoplanowej, znacznie mniej wyrafinowanym, przenikliwym i intuicyjnym niż ty. Chcesz wziąć na siebie winę, bo to pokazuje tobie i mnie, że jesteś „lepszym człowiekiem”.
Proszę zrozum: to nie jest osąd ciebie. To (w mojej opinii) opis tego, jak ty widzisz samego siebie.
Twoja pierwsza historia to odwieczna opowieść o nierozwiązanych uczuciach, które sączą się spomiędzy zaciśniętych palców pięści, coraz mocniej zaciskanej w przekonaniu, że emocje da się zmusić do posłuszeństwa. Ale kluczowy wgląd dla ciebie jest taki: twoim „narcyzmem” nie jest brak empatii, lecz jej nadmiar w złym kierunku, inni ludzie to mali bracia, byłe dziewczyny, statyści, osoby mniej zdolne do podejmowania dobrych decyzji, więc świat potrzebuje ciebie, żeby robić to za nich.
Powiedziałbym, że etycznie nadal powinieneś działać tak, jakbyś miał jednostronną odpowiedzialność; ale jednocześnie musisz umieć zobaczyć drugą osobę jako w pełni autonomiczną, wolną i świadomą.
Podsumowując: możesz czuć (odrobinę) winy za pocałunek, skoro wiedziałeś, że był niewłaściwy; ale prawdziwym problemem jest to, że naturalnie zredukowałeś ją do osoby o mniejszej sprawczości niż ty sam.”
VI.
Problemem terapii – wliczając w to samopomoc i hakowanie umyśle — jest jej zdumiewająco wysoki wskaźnik niepowodzeń. Ludzie chodzą na nią latami, wychodzą z poczuciem, że lepiej siebie rozumieją, ale nie zmieniają się wcale. Gdyby terapia nie dawała ani wglądu, ani zmiany to miałoby to sens. Ale niemal zawsze dostajemy jedno bez drugiego.
W przypadku Joego niezwykle kuszące, zarówno dla pacjenta, jak i terapeuty, jest skupienie się na problemie, który on sam opisuje: „Czuję winę, że naciskałem na dziewczynę, czy to czyni mnie narcyzem?” Terapeuta może wtedy wygenerować całą serię trafnych wglądów, które pacjent przyjmie, ale które donikąd nie prowadzą.
Tym, czego brakuje, jest analiza przeniesienia. Joe dodał cały akapit 4a, który był — nadmiarowy? Służył wyłącznie połaskotaniu mojego ego, tzn. „pomogłeś mi, oto przykład, gdzie zastosowałem twoje lekcje”. Właśnie ten akapit, w swojej pozornej zbędności, ujawnia jego prawdziwą motywację pisania do mnie, a tym samym jego rzeczywisty problem. Joe oferuje MI historię o tym, jak narzucił się dziewczynie i jak autentycznie źle się z tym poczuł, ale opowiadając ją mnie, mówi w istocie to samo co w 4a: „oto przykład, gdzie zrobiłem coś złego, ale czuję winę, skoro czuję winę, to znaczy, że się zmieniam, widzisz, nauczyłem się!”. Celowo odnosi się do różnicy między winą a wstydem, bo wie, że ja wiem, iż narcyzi nie czują winy, tylko wstyd. Zatem ta wina nie jest dowodem samoświadomości, jest sztuczką na zdobycie mojej aprobaty. Brzmi tak, jakby pytał o radę: „jak mogę się zmienić?”, ale to, czego naprawdę chce, ujawnia się w przeniesieniu: „Tato, dobrze zrobiłem?” To właśnie to poszukiwanie aprobaty jest sednem jego problemu, nie relacje z kobietami i nie jego „narcyzm” polegający na pocałowaniu jej wbrew jej woli.
Naprawdę dobry terapeuta potrafi dotrzeć do takiej głębi: nie bierze głównej skargi dosłownie, tylko skupia się nad tym co kryje się za słowami.
A jednak: nawet to nie doprowadzi do realnej zmiany. Wglądów będzie mnóstwo, ale zmiany żadnej. Czy dlatego, że się mylę? Nie. Dlatego, że nie jestem Sam.
VII.
W psychiatrii to banał: „analizuj przeniesienie”. Tyle że pomijając fakt, że dziś prawie nikt już tego nie robi, jest to całkowicie niemożliwe.
Mogłem być bardzo sprytny, mówiąc mu o interpretacji przeniesienia w 4a, ale problem polega na tym, że gdy powiedziałem mu: „postrzegasz mnie jako ojca”, to powiedziałem to JAKO jego ojciec. Nie w sensie: przestałem być sobą i stałem się jego ojcem. Ale od chwili, gdy mu odpowiedziałem, każde moje słowo pochodziło z pozycji ojca. Nie da się wyjść poza przeniesienie, nie istnieje obiektywne miejsce, z którego mógłbym przekazać mu swoje myśli, ani bezpieczny dystans, z którego on mógłby je usłyszeć. Jeśli więc mówię, że moim zdaniem dobrze albo źle poradził sobie z byłą, to mówię to jako jego ojciec, krytyczny, oceniający, wyrozumiały, pobłażliwy… cokolwiek.
Jeśli sądzę, że wyjaśnienie przeniesienia Joe’owi je rozproszy, jakby było iluzją, która po zdemaskowaniu przestaje działać, to nie rozumiem jednego: gdy tylko mówię dalej, gdy tylko ruszają mi usta, wszystko, co on słyszy, to: „jest na mnie zły”; „jego miłość jest tania, więc bezwartościowa”; „uważa mnie za głupca”; „uważa mnie za geniusza”.
I właśnie dlatego sama świadomość nigdy nie wystarcza. A więc to, co Joe zrobi wobec mnie, swojego terapeuty, jest dokładnie tym samym, co robi wobec własnego ojca: spróbuje mnie oszukać, żebym dał mu swoją aprobatę. A jeśli nie dostanie jej jednym sposobem, spróbuje innym. Jego mail można rozumieć właśnie jako taki trik; skupienie się na poczuciu winy po pocałunku to sposób powiedzenia: „złapałem się, widzisz? Zmieniam się! Daj mi aprobatę!”
Jest tu jeszcze inne zagrożenie: jeśli ja (Ostatni Psychiatra) uznam, że kiedy mu to wszystko tłumaczę, to on i ja wychodzimy poza przeniesienie i rozmawiamy obiektywnie, jakbyśmy rozmawiali o Joe, podczas gdy on siedzi w innym pokoju, jeśli uznam, że taka obiektywna pozycja jest nie tylko możliwa, ale i pożądana, to w rzeczywistości uczę go samoobserwacji. Trenuję go w badaniu własnych myśli i zachowań tak, jakby był neutralną osobą we własnym umyśle. Tyle że tą „inną osobą” byłbym… ja. Dajmy mi 50% czasu, wtedy jestem świetny. A co z resztą? Czy ta osoba pomogłaby pięknej kobiecie w metrze, czy doprowadziła ją do alkoholizmu?
Skoro problemem jest tu pewien rodzaj narcyzmu (opis, nie osąd), to wzmacniając samoobserwację, faktycznie pogłębiam jego narcyzm. I nieuchronnie usłyszę: „Znam siebie lepiej, ale nadal robię dokładnie to samo”.
VIII.
Dlatego kluczowe jest, by nie wpaść w tę pułapkę, by wspierać zmianę, a nie tylko wgląd. Gdybym był faktycznie jego terapeutą, właściwym ruchem byłoby nie mówić mu tego wszystkiego, tylko zanotować to sobie jako informację: „taka jest natura przeniesienia”. W mailu może to mieć jakiś sens, bo nie mamy relacji, bo raczej nigdy się nie spotkamy, więc lepiej, żeby to zrozumiał. Ale w terapii nie ma to żadnej wartości dla pacjenta.
Co więcej: jako jego terapeuta, moja chęć wyjaśniania mu tego byłaby moim własnym, niekantowskim narcyzmem, używaniem go jako środka do popisu. Mówienie mu o moich genialnych wglądach jest tym samym co moja chęć „pomagania” pięknej pacjentce: to jest dla mnie, nie dla nich. W terapii widzimy odwrócenie mojej często powtarzanej maksymy: jeśli to mówisz, to robisz to dla siebie.
No dobrze, ale co złego jest w dawaniu rad? Otóż to: (w jego przypadku) on nie chce rady, on chce aprobaty [walidacji]. A jeśli nie dostanie jej ode mnie, zrobi dokładnie to, co sam opisał: „…martwiłem się, co pomyśli o mnie ojciec… ale skupiłem się na tym, jak mój brat poczuje się z prezentem”. Innymi słowy: znajdzie kogoś, kto mu ją da. To jest jego prawdziwy problem: nieustanne poszukiwanie aprobaty u ojca, u kobiet, gdziekolwiek. I oczywiście nigdy to nie wystarczy, bo taka jest natura tej patologii: jeśli dostanie potwierdzenie, uspokoi się na chwilę, po czym je zdewaluuje, skoro było dla niego dostępne, musi być bezwartościowe.
Z tego mogę wnioskować, że postrzega ojca jako zasadniczo mającego rację, ale nadmiernie krytycznego. Joe mówi sobie: „Jestem dobrym człowiekiem, wszyscy inni uważają, że jestem dobry, ale cokolwiek zrobię, nie potrafię przekonać ojca.” To jest zwątpienie w siebie, które szybko przechodzi w: „Oszukałem wszystkich, ale moje zwykłe sztuczki nie działają na ojca”.
Joe tkwi więc między nienawiścią do ojca za jego surowość a jednoczesnym (a więc właśnie dlatego) przekonaniem, że ojciec jest najlepszym sędzią charakteru. To oznacza, że Joe nie cierpi na wysoką samoocenę, tylko na niską samoocenę. Dlatego moja aprobata (gdybym był jego terapeutą) jest dla niego jednocześnie tak ważna i tak destrukcyjna: „Ostatni Psychiatra = mój ojciec. Może nie potrafię zdobyć aprobaty ojca, ale jeśli zdobędę aprobatę Ostatniego Psychiatry, to znaczy, że jestem dobry.” A wtedy zmiana staje się zbędna. Sedno jest takie: on nie chce się zmienić. On chce powodu, żeby się nie zmieniać. Chce być uznany za „dobrego” bez konieczności zasłużenia na (cokolwiek uważa za niezbędne do zdobycia) aprobatę ojca.
IX.
Terapeuci powinni rozumieć wyobrażone przeniesienie, ale nie wchodzić w nie, zamiast tego pozostać na zewnątrz: jako abstrakcja, nieprzenikniony umysł, który jakby zna wszystkie odpowiedzi, ale ich nie zdradza (bo zdradzanie ich oznacza wejście w przeniesienie). Jego milczenie pacjent interpretuje na swój sposób i odpowiedź na problem pacjenta tkwi właśnie w tym, jak to milczenie zostało zinterpretowane.
Dlatego wiem, że choć Joe bardzo „polubi” mojego maila do niego i uzna go za pomocny, to ten tekst, którego nie polubi, pomoże mu znacznie bardziej. Tutaj nie może mi odpowiedzieć, nie ma dialogu, tekst po prostu jest. Zostaje mu tylko to, co tu napisałem, oraz jego reakcje na to. I to te reakcje, a nie mój tekst, zawierają dla niego odpowiedź.
W chwili, gdy terapeuta zaczyna mówić, przestaje być symbolem wiedzy, a staje się osobą, którą można oszukać (albo pokochać, zdeprecjonować, ukarać w zależności od rodzaju przeniesienia). Tekst, opowieść i (w większości) milczący terapeuta są przeciwieństwem tego: ekranem projekcyjnym, na którym pacjent lub czytelnik może zapytać: dlaczego to sprawia, że tak się czuję? (albo precyzyjniej: czego ty ode mnie chcesz?)
Dlatego czytelnicy prawdopodobnie uważają moje teksty o problemach innych czytelników za tak silne. Czytając historię mojej interakcji z kimś innym, automatycznie przyjmujesz rolę zewnętrznego, neutralnego obserwatora, co jest niemożliwe wewnątrz dialogu. Oczywiście nie całkowicie, zawsze pojawia się jakaś fantazja o tym, kim ja jestem, kim jest Joe, jacy jesteśmy, ale i tak jesteś znacznie bardziej poza sytuacją przeniesieniową niż my.
Z tych powodów coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że jedyną realną drogą do „rozwoju osobistego” poza bezpośrednim działaniem jest uważne czytanie fikcji literackiej. Owszem, historie mogą mieć zamierzony sens, ale dobrze napisana opowieść pozwala zadać nie tylko pytanie: „co ta historia znaczy?”, lecz także: „dlaczego uważam, że właśnie to znaczy?” Jak w Drugiej historii o Echo i Narcyzie: „Historia jest jak tafla wody… co w niej widzisz? To jednocześnie odbicie i projekcja…” (3)
—-
1. Jeśli chcesz sprawdzić, jak bardzo nie kontrolujesz własnych uczuć przeciw przeniesieniowych (wliczając kobiety), weź jako pacjentkę modelkę w stroju kąpielowym i pozwól komuś innemu obserwować terapię. Odważysz się? Miałem kiedyś magiczną okazję obserwować rezydenta, któremu na obchodzie powiedziano, że pacjentka przekazywana mu przez kończącego dyżur rezydenta to „przepiękna, modelka”. Jakby ktoś przełączył przełącznik: natychmiast stał się bardziej profesjonalny, łagodniejszy, mówił precyzyjniej, dojrzalej, wszystko zanim ją w ogóle zobaczył. Jakby jakaś jego część powiedziała: „tak, to ma sens, że to ja zostałem wybrany”.
Jeszcze ciekawsze było to, jak przez resztę roku traktowali go inni rezydenci. Była zazdrość, ale pacjentka podniosła jego status w ich oczach, jakby był lepszym człowiekiem i lepszym terapeutą. (Podobnie: każdy psychiatra dyżurny zna to sekretne uczucie, że „trudny pacjent” lekarza jest odbiciem samego lekarza). Pytali go o zdanie nawet wtedy, gdy nie było to potrzebne ani… dobrym pomysłem. Sama bliskość pięknej kobiety, która do niego przychodziła, czyniła go „bardziej mężczyzną” i oczywiście nie spotykał się z nią, to był przypadek, ale dawało mu to zasługę, jakby miał z tym cokolwiek wspólnego. Po cichu usprawiedliwianą: „musi być dobry, skoro z nim została”.
Dotyczyło to także rezydentek i co najważniejsze lekarzy prowadzących. (Ciekawe, jak by to zinterpretowali, gdyby przestała przychodzić). Sam fakt, że zachowywał się „właściwie” na sesjach, uznano za dowód jego talentu. Nic dziwnego, że przy takiej ilości nieprzepracowanego przeciw przeniesienia (u niego i wszystkich wokół) w jej terapii nie zaszła żadna zmiana.
2. Choć ten tekst nie jest o tej kobiecie, warto zauważyć, że ona również prowadzi pewną narrację, której motywem jest: „pragnę uczucia bycia pożądaną”. Ona lubi energię emocjonalną. Zrywa, żeby pojawił się głęboki smutek (Akt III), potem wahadło waha się tam i z powrotem, aż do kulminacji pojednania: „jesteśmy zakochani!” Co ważne, żeby dostać to, czego potrzebuje z tej opowieści, nie muszą się naprawdę zejść w Akcie IV. Wystarczy, że widzi swoje życie jako historię w czterech aktach, dlatego zerwanie jest możliwe (albo łatwe) tylko dlatego, że zakłada istnienie przyszłego Aktu IV. Uwaga: brak Aktu V. Ona nie wie, że taki istnieje i to jest jej życiowy problem. Dlatego ta historia będzie się powtarzać w kolejnych relacjach, także w tej, w której teraz zdradza.
3. Ciekawym eksperymentem byłoby przeczytać opowiadanie, zapisać swoje emocje i interpretacje, a potem wrócić do tej samej historii za dziesięć lat.
Źródło: Just Because You See It, Doesn’t Mean It’s Gone
Zobacz na: Narcyzm i Psychopatologia – Ostatni Psychiatra
Zachowania wynikające z potrzeby aprobaty [walidacji, akceptacji]
Potrzeby walidacji, które mogą zatruwać życie seksualne
Lęk przed porzuceniem – Dziecko w Tobie wciąż czeka
Najnowsze komentarze