Natychmiastowa gratyfikacja – Whisper
4 wrzesień 2018
Jem burgera, kiedy to piszę.
Całkiem dobry burger… 50/50 wołowina i łoś, dodatek z kaczki, mozzarella, jakiś pikantny sos BBQ, ale nie ten ohydnie słodki w stylu południowym, tylko bardziej południowo-zachodni. Bułka? Kompletne rozczarowanie, bezglutenowe „pieczywo”, czyli gąbka udająca chleb. Ale to już wina mojego żołądka, nie kucharza.
Najlepsze w tym burgerze jest to, że ktoś mi go przyniósł pod drzwi. Kliknąłem parę razy w internecie i voilà, jedzenie mam w ręku, a ja mogę pisać dla was, porąbane małpiszony, zamiast tłuc się do centrum czy gadać przez telefon z jakimś najniżej opłacanym kretynem, który nawet nie mówi po amerykańsku.
Więc czemu, do cholery, piszę artykuł o moim jedzeniu? Czy już całkiem mi odwaliło? Zacznę teraz robić selfie w knajpach i wrzucać na instabooka czy fejsgrama?
No nie.
Piszę o jedzeniu (a dokładniej o dostawie jedzenia), bo ostatnio, kiedy gadałem z wami o czymś bardziej fundamentalnym, spora grupa ludzi „zgodziła się” ze mną, powtarzając Yorkshiremen Sketch w takim stylu:
„Problemem dzisiejszego społeczeństwa jest to, że wszyscy tylko chcą, chcą, chcą. Wszystko jest natychmiastowe… wiadomości, jedzenie, zakupy online.”
…
„Natychmiastowa gratyfikacja to śmierć charakteru i szacunku do siebie.”
…
„Racja. Człowiek uzależnia się od gratyfikacji.”
Ten bełkot jest wieczny. Za każdym razem, gdy społeczeństwo zaczyna normalnie działać (albo po prostu jeszcze się nie rozsypało), technologia idzie do przodu. A za każdym razem, gdy technologia idzie do przodu, stare pierniki stwierdzają, że młodzi mają „za łatwo” i że to ich albo zepsuje, albo już zepsuło. Jestem pewien, że gdzieś w prehistorii jakiś Kazek jęczał, że Wiesiek psuje sobie charakter, polując na tury tymi nowymi wypasionymi kamiennymi grotami.
Więc siedzę tutaj, wciągnąwszy właśnie burgera z natychmiastową gratyfikacją i dodatkiem z kaczki, żeby wam wyjaśnić, że tak, coś jest faktycznie nie tak z młodymi kolesiami (bo przecież inaczej nie byłoby nas tutaj), ale nie, doktorze Van Winkle, wasza diagnoza jest do dupy.
Przeciętny nieśmiały, przybity milenials, który wpada na forum Czerwonej Pigułki, żeby naprawić swoje życie, nie został złamany przez obecność natychmiastowej gratyfikacji, tylko przez brak gratyfikacji nie-natychmiastowej.
Żeeeeeeeee cooooo? Whisper, właśnie powiedziałeś to samo dwa razy!
Nie, nie powiedziałem.
Nie ma znaczenia, że mogę sprawić, by ktoś przywlókł mi jedzenie od razu, żebym mógł pisać. Ważne jest to, że mam rzeczy, nad którymi muszę pracować, takie które nie są ani tak łatwe, że mogę je ogarnąć od ręki, ani tak trudne, że nigdy ich nie pokonam. Prawdziwe cele, które wymagają długoterminowej pracy, dają życiu to, co większość ludzi nazywa „sensem”. Choć lepiej nazwać to poczuciem osiągnięcia.
Nie ma znaczenia, że przeciętny milenials może ogarnąć sobie jedzenie kilkoma kliknięciami, a nagie nimfy kolejnymi kliknięciami. On nie jest przybity, bezradny i beznadziejny dlatego, że wszystko jest zbyt łatwe. Gdyby wszystko było zbyt łatwe, to zdobywałby dużo więcej rzeczy… łatwo.
Najważniejsza rzecz [Błahe, Wykonalne, Niewykonalne]
Nie. Jego problem polega na tym, że nie wierzy w swoją zdolność do osiągnięcia sukcesu w trudnych zadaniach – w końcu. Jeśli jego pierwszy wysiłek nie przyniesie sukcesu, to on nie rezygnuje po to, by uniknąć ciężkiej pracy… on rezygnuje, bo wierzy, że ciężka praca i tak nic mu nie da. On nie jest kuszony obrazkami nagich lachociągów zamiast prawdziwych dziewczyn… on używa tych obrazków jak środka znieczulającego, żeby odciąć się od poczucia beznadziei, że kiedykolwiek uda mu się z prawdziwymi dziewczynami.
Jak do tego doszliśmy?
Cóż, jeśli to maksymalnie uprościć, to mniej więcej w połowie lat 70. jakaś banda wrednych harpii w średnim wieku z doktoratami z pedagogiki (z francuskiego: Edu – czyli „trochę jak psychologia”, i cation – „ale z jeszcze większym gównem”) stwierdziła, że istnieje coś takiego jak „poczucie własnej wartości”. Że „poczucie własnej wartości” jest bardzo ważne dla dzieci. Że ciągłe chwalenie i świętowanie absolutnie wszystkiego, co zrobią, podbuduje to ich „poczucie własnej wartości”. A porażka – że niby zniszczy je na zawsze. Więc dostosowano do tego praktyki szkolne i „eksperckie” rady dla młodych rodziców.
Tyle że okazało się, że naukizm [scjentyzm] nie tylko jest głupi… on jest wręcz niebezpieczny. Spójrzcie chociażby na dzieła tego nieuważnego masowego mordercy [Ancel Keys].
Apokalipsa Omega-6 – prof. Chris Knobbe
I tak, jak w przypadku większości projektów naukowców-świętoszków i akademickich pajaców z wieży z kości słoniowej, to, co zrobili, osiągnęło efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego. Każde kolejne pokolenie dzieci, które były nieustannie chwalone i chronione przed jakimkolwiek trudnym zadaniem, które mogłoby skończyć się porażką, nie rozwinęło wcale wysokiego poczucia własnej wartości. One nienawidziły swoich „pucharów za uczestnictwo”, wiedziały, że ich osiągnięcia są gówno warte, a mimo to były przerażone spróbowaniem czegoś trudnego, bo przez całe ich dzieciństwo uczono je, że najważniejsze to unikać porażki.
Samodzielność (coś zupełnie innego niż „poczucie własnej wartości”) w dorosłości wyrasta z powtarzalnego doświadczenia z dzieciństwa: podejmujesz się czegoś trudnego i osiągasz sukces dzięki długotrwałemu wysiłkowi. Bez takiego doświadczenia od małego, dorosły człowiek później panicznie boi się próbować nowych rzeczy, bo wierzy, że porażka jest nie tylko nieunikniona, ale i ostateczna. To podtrzymuje wzorzec unikania wyzwań i braku samodzielności.
Tak więc problem, który widzimy, nie polega na ogólnym nadmiarze i obfitości, ale na specyficznym niedoborze i głodówce, w samym środku owego nadmiaru.
Źródło: Instant Gratification
Zobacz na: Korzystanie z samodzielności w walce z depresją – Aaron Clarey
14 zasad w prywatnych elitarnych szkołach – John Taylor Gatto
Najnowsze komentarze