Leonard Peikoff: Sceptycyzm Greckich Sofistów – Historia Filozofii Zachodniej (część 7 z 50)

Sceptycyzm Greckich Sofistów - Historia Filozofii Zachodniej

Leonard Peikoff: Wprowadzenie do Historii Filozofii Zachodniej (część 1 z 50)
Leonard Peikoff: Pluraliści, Atomiści i Narodziny Determinizmu – Historia Filozofii Zachodniej (część 6 z 50)

Dobrze, zostawmy atomistów i przejdźmy do drugiej szkoły na dzisiejszy wieczór, czyli sofistów. Sofiści, ściśle rzecz biorąc, nie stanowili szkoły, lecz raczej klasę zawodową w V wieku p.n.e.

Sofia, jak wiecie, oznacza mądrość. Zatem sofista, patrząc na etymologię, to człowiek mądry i znawca.

Jednak to, czego uczyli i co wiedzieli, można streścić tak: jak zdobyć przychylność ludzi, schlebiać tłumowi i dzięki temu zyskać władzę polityczną w swoim mieście. Kierowali swoją ofertę przede wszystkim do bezwzględnych kandydatów na urzędy i uczyli ich wszelkich sztuczek erystycznych, sofizmatów i chwytów mających wprowadzić zamieszanie, aby ambitny polityk mógł zmylić przeciwnika. Byli w zasadzie politycznymi odpowiednikami Dale’a Carnegie, tylko w wypaczonej wersji. W rezultacie zyskali złą opinię, a słowo „sofista” nabrało obecnych negatywnych znaczeń.

Powiedziałbym, że częściowo te negatywne skojarzenia są niesprawiedliwe, bo byli potępiani za to, że pobierali opłaty za nauczanie filozofii, co uznawano za naruszenie zasad moralnych. Jak widać, wiele uniwersytetów nadal tak uważa.

Najważniejsi sofiści to Protagoras. Uważany za ojca sofistyki, żył w latach 480–410 p.n.e. Gorgiasz, żyjący w latach 483–375 p.n.e. Możecie też znać innych, jak Trasymach czy Kallikles, ale najważniejsi są Protagoras i Gorgiasz. Filozoficznie, sofiści byli pierwszymi otwartymi sceptykami w historii, jeśli nie liczyć Kratylosa, który i tak nic nie mówił.

Podałem wam już definicję sceptycyzmu: nikt nie może mieć obiektywnej ani pewnej wiedzy o czymkolwiek. Nie da się czegokolwiek poznać.

No dobrze, zapytacie, skąd oni to wiedzą? Jakie przedstawiają argumenty? Swoją postawę sceptyczną opierają przede wszystkim na radykalnej krytyce zmysłów. Kiedy mówię radykalnej, mam na myśli naprawdę radykalną. Twierdzą, że potrafią dowieść, iż każde postrzeganie zmysłowe przez jakiekolwiek stworzenie jest z definicji nieważne. To znacznie bardziej radykalny argument niż ten znany jako coś z Reader’s Digest. Mam tu na myśli ten najbardziej rozpowszechniony typ. Na przykład argument z iluzji. Wkładasz kij do wody i wydaje się wygięty, choć w rzeczywistości jest prosty.

Z tego wynika pewna mentalność, przekonanie, że zmysły są niewiarygodne. Albo pojawia się argument dotyczący halucynacji. Widzisz przed sobą sztylet albo różowe szczury po alkoholu, a one tak naprawdę nie istnieją, więc wyciąga się z tego wniosek, że zmysły są niewiarygodne. To bardzo słabe argumenty. Nie przekonają nikogo poważnie nawet na pięć minut.

Sofiści korzystali z takich argumentów, ale nie były one sednem ich stanowiska. Ich poglądy opierały się na znacznie istotniejszym argumencie. Była to próba całkowitego udowodnienia, że każde postrzeganie zmysłowe jest błędne. Nie chodzi tylko o to, że czasem możemy ulec iluzji czy halucynacji, ale o to, że nigdy nie można ufać żadnemu wrażeniu zmysłowemu.

Dlaczego? Oto słynny argument. Za każdym razem, gdy coś postrzegamy, nasze postrzeganie zależy od dwóch czynników.

Po pierwsze: zależy od obiektu, który postrzegamy. To jest oczywiste. Jeśli patrzę na człowieka, to jest jeden obiekt i moje doświadczenie będzie inne niż gdy patrzę na zdjęcie wody itd. Jeśli słucham Rachmaninowa, moje wrażenia będą inne niż przy słuchaniu Beethovena. Słyszę zupełnie inny utwór. To jest oczywiste, ale kluczowy jest drugi punkt.

Twierdzą, że to, co postrzegasz, zależy nie tylko od samego obiektu, ale także od charakteru i stanu twoich zmysłów. Istnieje tu wiele znanych przykładów. Daltonista. A osoba z prawidłowym wzrokiem patrzy na ten sam dywan: jedna mówi, że jest czerwony, druga, że szary. Patrzą na ten sam obiekt, ale ich doświadczenie zależy od rodzaju posiadanych zmysłów. Próbujesz kawałka ciasta wiśniowego i dla ciebie jest słodkie. Potem łapiesz przeziębienie albo wypalasz cztery paczki papierosów, twój język się zmienia… wtedy smakujesz i jest gorzkie. Ten sam obiekt. Patrząc na Słońce z Ziemi, wydaje się ono wielkości monety 50-centowej. Zbliżasz się do niego i wydaje się coraz większe. Odbierana wielkość zmienia się w zależności od warunków, w tym przypadku odległości twojego postrzegania. Bierzesz trzy naczynia z wodą: jedno lodowato zimne, jedno letnie i jedno wrzące. Jedna osoba zanurza rękę najpierw w lodowatej wodzie, a potem w letniej. I mówi: „Ale ciepła!”. Druga osoba wkłada rękę do wrzątku, potem do tej samej letniej wody i mówi: „Ale zimna!” Ten sam przedmiot, inne odczucie, mówią sofiści, bo zmysły są różne. Możesz to zrobić z każdym i z dowolną cechą zmysłową; na przykład delikatnie, podkreślam: delikatnie, włóż palec do oka i naciśnij, zobaczysz mnie podwójnie.

Sofiści dodają, rozwijając temat: w tej sprawie nie można kierować się głosem większości. A co, jeśli istniałaby rasa Marsjan, którym od urodzenia palce były przywiązane do oczu? Widzieliby wszystko podwójnie. Czy więc uznałbyś, że aby ustalić, czy jest jedno czy dwa, trzeba policzyć ludzi? Jeśli Marsjan byłoby więcej niż nas, byłoby dwa; jeśli nas byłoby więcej niż Marsjan, byłoby jedno, to oczywiście absurd. W epistemologii nie można kierować się zasadą większości. Jaki więc wyciągamy wniosek? Kto ma rację? Powiedzieli, że można dojść tylko do jednego sprawiedliwego wniosku. Nikt nie ma racji.

Bo nikt nie jest w stanie postrzegać rzeczywistości inaczej niż przez swój własny aparat zmysłowy. Nikt nie odbiera rzeczywistości bezpośrednio. Nie da się po prostu objąć czegoś świadomością. Impulsy muszą zostać wygenerowane i przejść przez twój indywidualny aparat zmysłowy. A to, jaki masz aparat zmysłowy, wpływa na to, czego ostatecznie doświadczasz. Dlatego jedyne, co możemy poznać, to sposób, w jaki rzeczywistość jawi się nam przez nasze zmysły. A jeśli nasze zmysły są inne, inaczej też odbieramy rzeczywistość. Dlatego nikt nie może powiedzieć, jak obiektywnie wygląda rzeczywistość.

Możesz wiedzieć tylko to, co sam dostrzegasz. A jutro twoje zmysły mogą się przecież zmienić. Innymi słowy, nigdy nie możesz powiedzieć, że coś po prostu jest. Zawsze powinieneś zaczynać zdanie od: 'wydaje mi się’, 'wygląda na to’. Nie da się poznać, jak rzeczy mają się naprawdę. Znamy tylko nasze własne, subiektywne doświadczenia. Indywidualny wpływ świata zewnętrznego na każdego z nas. A ponieważ te wpływy różnią się w zależności od osoby, gatunku i czasu. Każdy z nas żyje w swoim własnym, subiektywnym świecie. Musimy po prostu przestać mówić o rzeczywistości.

Niektórzy posunęli się jeszcze dalej, twierdząc, że można całkiem zrezygnować z samej idei rzeczywistości. Skąd wiesz, że coś takiego w ogóle istnieje, skoro nigdy tego nie dostrzegasz? Inni nie byli aż tak radykalni i mówili: rzeczywistość istnieje, ale co z tego, skoro i tak nie da się jej poznać?

To najbardziej wpływowy argument przeciwko wiarygodności zmysłów, jaki kiedykolwiek przedstawiono. To jedyny znaczący argument przeciwko wiarygodności zmysłów, jaki kiedykolwiek wysunięto. Platon całkowicie go zaakceptował, choć Arystoteles go odrzucił. Przyjęty przez Platona, a potem przez całą epokę chrześcijańską. Przez niemal wszystkich współczesnych filozofów, bez wyjątku. W rozdmuchanej, kosmicznej, gigantycznej wersji stanowi podstawę całej filozofii Kanta.

Dlatego tak ważne jest, byście wiedzieli, co jest nie tak z tym argumentem. Proszę zauważyć, że dwie rzeczy są prawdziwe i nie podlegają dyskusji. To prawda, że nie da się postrzegać bez narządów zmysłów. Faktem jest, że rodzaj naszych narządów zmysłów w pewnym stopniu wpływa na to, jak doświadczamy świat. To się zgadza.

Na podstawie tych przesłanek Protagoras dochodzi do wniosku, że nigdy nie możemy poznać rzeczywistości. Zatem pytam: gdzie tkwi błąd w jego rozumowaniu? Zachęcam, żebyście się nad tym zastanowili. Dodajcie to do swojej listy.

No dobrze, co dalej zrobił ten nurt, skoro według nich przynajmniej zmysły zostały odrzucone? Można zapytać: a co z rozumem?

Czy rozum nie mógłby pozwolić nam poznać rzeczywistość, nawet jeśli zmysły nas zwodzą? Wcześniejsi racjonaliści właśnie tak by twierdzili. Platon później również przyjmie takie stanowisko. Ale sofiści myślą inaczej.

Twierdzą, że rozum opiera się na danych zmysłowych, co jest trafnym spostrzeżeniem. W tej kwestii mają absolutną rację. I mówią więc, że jeśli zmysły dają każdemu z nas wyłącznie jego własny, subiektywny świat, to nasze tak zwane racjonalne wnioski są prawdziwe wyłącznie dla tej osoby, tylko w jej prywatnym świecie, są prawdziwe tylko dla niej.

Charakterystyczną cechą sofisty we współczesnym świecie jest używanie słowa „dla” po słowie „prawda”.

Są dwa typy ludzi. Jedni mówią: „to jest prawda”, a inni: „to jest prawda dla mnie, dla ciebie, dla niego, dla niej, dla tego, dla nas” itd. Gdy ktoś dodaje „dla”, to od razu sygnał, że jest subiektywistą. Nie wierzy, że można wypowiadać się o rzeczywistości jako całości; każdy ma swój własny, prywatny świat i w twoim świecie może być Bóg, więc to jest prawda dla ciebie, ale w moim świecie go nie ma, więc nie jest prawdą dla mnie, i tak dalej. To właśnie odzwierciedla pogląd sofistów. Większość ludzi dziś nawet nie potrafi uzasadnić takiego stanowiska. Sofiści przynajmniej wywodzili to z ogólnej epistemologii.

To nie był jedyny zarzut wobec rozumu, chodziło też o niedostateczność jego podstawy zmysłowej. Przedstawili również argument, który można nazwać argumentem z niezgody. Argument z niezgody jest bardzo prosty. Każdy ma inne zdanie na temat tego, co jest racjonalne.

Kto właściwie może stwierdzić, co jest naprawdę prawdziwe? Tales uważa, że wszystko jest wodą. Heraklit twierdzi, że to ogień i zmiana. Parmenides mówi, że w ogóle nie ma żadnej zmiany. Pitagoras mówi: wszyscy jesteście szaleni, świat to liczby. Atomiści z kolei twierdzą, że to drobne cząstki. Sofiści w tym momencie wkraczają i mówią: nie, to nie ma sensu. Gdyby ludzie potrafili dojść do prawdy, byliby zgodni. Jeśli się nie zgadzają, to tylko pokazuje, że rozum nie jest w stanie odkryć prawdy.

Swoją drogą, ten argument jest bardzo rozpowszechniony. Jest niemal tak powszechny, jak błędny. Jeśli macie jakieś pytania, z przyjemnością odpowiem na nie podczas sesji pytań i odpowiedzi. Zakładam jednak tę oczywistą błędność rozumowania.

Do tego mieli jeszcze trzeci zarzut wobec rozumu. Mianowicie byli zwolennikami Heraklita. Czyli wszystko nieustannie się zmienia. Nic zatem nie jest absolutne.

Więc nawet jeśli jakimś cudem trafisz na prawdę i tak nie pozostanie ona prawdą nawet przez dwie sekundy. Widzicie, nic nie jest prawdziwe przez dwa kolejne momenty. Nie możesz więc nawet po prostu powiedzieć: „wydaje się”. Musisz powiedzieć: „wydaje mi się w tej chwili”.

Teraz dwa słynne stwierdzenia, które wyrażają ten pogląd. Jednym z nich jest słynne stwierdzenie Protagorasa, manifest subiektywizmu.

„Człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, rzeczy, które są, takimi jakie są oraz rzeczy, które nie są, takimi jakie nie są. Mówiąc „człowiek”, ma na myśli każdego człowieka, patrząc na to subiektywnie. Innymi słowy: jeśli wierzysz lub czujesz, że coś jest prawdą, to dla ciebie faktycznie tak jest. Dla ciebie, w tej chwili. A jeśli nie wierzysz, to dla ciebie tak nie jest. Dla ciebie, w tej chwili. I tak dalej. To właśnie słynne stwierdzenie: „człowiek jest miarą wszystkich rzeczy”.

Dlatego jest to całkowity subiektywizm i relatywizm. Nie istnieją żadne absoluty. Nie ma obiektywnej prawdy.

Jeszcze bardziej zwięzłą wersję przedstawił Gorgias, który był idealnym przykładem sceptyka z XX wieku przeniesionego do starożytnej Grecji. Napisał książkę. Wszyscy pisali książki o przyrodzie, rzeczywistości, o tym czym jest rzeczywistość. Jego książka, zgodnie z tradycją sofistów, nosiła tytuł

„O naturze”, z podtytułem: „albo o nieistniejącym”.

Przyjmował trzy podstawowe założenia.

Po pierwsze: nic nie istnieje.
Po drugie: nawet jeśli coś istnieje, nie da się tego poznać.
Po trzecie: nawet gdyby można było to poznać, nie da się tego przekazać innym.

To właśnie nazywamy sceptycyzmem. Nie ma sensu pytać go, czy on istnieje. Czy wie to, o czym mówi? Czy przekazał tę wiedzę innym? Nie warto go o to pytać, bo i tak odpowie „nie”.

Stwierdzi, że jest bardzo prawdopodobne, iż nic nie istnieje. A jeśli zapytasz: czy jesteś tego pewien? Odpowie, że jest bardzo prawdopodobne, że jest bardzo prawdopodobne, iż nic nie istnieje i tak bez końca. W starożytności nazywano to sprowadzeniem do bełkotu.

Sceptyk w końcu stałby w kącie i powtarzał w kółko: „jest bardzo prawdopodobne, jest bardzo prawdopodobne…” i tak dalej.

Jak wszyscy sceptycy, sofiści szczycili się swoim oświeceniem, bo uważali, że uwolnili się od przesądów i dogmatów przeszłości. Mówili: z dumą przyznajemy, że niczego nie możesz się dowiedzieć i nie udajemy, że posiadamy jakąkolwiek wiedzę.

To jest cykl dziejowy. Zobaczycie, dlatego jesteśmy u kresu pewnej epoki; zobaczycie, że cała historia filozofii przebiega właśnie w takich cyklach.

Konstruktywna epoka przechodzi w całkowity sceptycyzm, a potem zaczyna się nowa, prowadząca do jeszcze głębszego sceptycyzmu, przy którym nawet Gorgiasz wydaje się ekspertem od poznania. I tak dalej, i tak dalej. To powtarzało się raz za razem.

Można tu dostrzec ciekawą analogię do historii niektórych państw z gospodarką mieszaną. Najpierw następuje okres rozwoju, boom, a potem załamanie i recesja. Następnie pojawia się kolejny okres rozwoju, często z nadmierną spekulacją, po którym przychodzi jeszcze głębsza recesja.

Tak właśnie wyglądał cały przebieg historii filozofii. Za każdym razem, gdy dochodzi się do całkowitego sceptycyzmu, kończy się pierwszy cykl. A ponieważ ludzie nie są w stanie tak funkcjonować, właśnie wtedy pojawia się nowy, wybitny filozof, który wskazuje ludzkości, co robić dalej. Powiem tylko, że w XX wieku sceptycyzm osiągnął i nadal osiąga najwyższy poziom w historii, co dobrze wróży przyszłości nowego, konstruktywnego okresu.

Na zakończenie przyjrzyjmy się etyce, albo moralności sofistów, bo mieli w tej sprawie bardzo konkretne poglądy.

Czy etyka może wynikać z rozumu? Zdecydowanie nie. Rozum jest niewystarczający. Czy może pochodzić od Boga? Zdecydowanie nie. Pamiętajmy, że sofiści jako prawdziwi sceptycy nie są ateistami. Ateiści twierdzą, że mają pewność, że Boga nie ma. Sceptycy są agnostykami. Sofiści są agnostykami. Nie wiedzą, czy Bóg istnieje, czy nie.

W każdym razie nie mają pewności, że Bóg istnieje, więc nie może być podstawą etyki. Pojawia się więc pytanie: skąd bierze się etyka? Nie może ani od Boga ani z rzeczywistości. Odpowiedź jest prosta, nie bierze się. Nie bierze się znikąd. Nie istnieje obiektywna etyka. Nie ma ku temu żadnych podstaw ani źródeł, a człowiek nie posiada zdolności poznawczych, by to pojąć. Dlatego, jak można się spodziewać, są całkowitymi subiektywistami i relatywistami w kwestiach etycznych.

Człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, także tego, co uznaje za dobre. Pytasz ich: czy nie uznajecie pewnych cnót, których człowiek powinien się trzymać? Odpowiadają: cnota to dowolna umowa społeczna. Według nich, jeśli uważasz coś za dobre, niezależnie czy chodzi o zjedzenie lodów, czy o masakrę kontynentu, jeśli czujesz, że to jest dobre lub słuszne, to jest dobre dla ciebie. Wszystkie pragnienia są równe pod względem etycznym, bo nie ma żadnej innej miary poza dowolnymi pragnieniami i namiętnościami.

Gdyby zaczynali budować etykę od podstaw, ich pierwsza zasada brzmiałaby: chcę tego, czymkolwiek by to nie było.

A jeśli zapytasz: a co z faktami albo rzeczywistością? Odpowiedzą oczywiście: kto w ogóle wie cokolwiek o faktach czy rzeczywistości?

Jeśli zapytasz: czy twoje pragnienia nie powinny być racjonalne?

Odpowiedź będzie taka: to, co dla ciebie jest racjonalne, dla mnie już nie musi być. Człowiek jest miarą. Tak więc mamy etykę, mówiąc językiem obiektywizmu, otwartego hołdowania kaprysom. Według najnowszych teorii, im silniejsze masz kaprysy i arbitralne zachcianki, tym lepiej.

Twierdzą, że idealne życie polega na tym, by najpierw rozpalić w sobie dowolne, namiętne pragnienie, a potem zaspokoić je w dowolny sposób. Wszystkie pragnienia i sposoby ich realizacji są równie uzasadnione. Kieruj się swoimi pragnieniami.

Twierdzą, że to właśnie jest w tobie naturalne. To, co masz od natury, od rzeczywistości, rozumiesz? Całe gadanie, argumentacja, rozumowanie i filozofia są według nich sztuczne. To tylko kwestia konwencji. To po prostu arbitralne nakazy społeczeństwa. Dlatego są zdecydowanie antyintelektualni, bo uznają intelekt za całkowicie bezsilny. Uważają, że moralność, w ich rozumieniu, polega po prostu na wyrażaniu swoich namiętności. To pogląd, który został w całości przejęty przez wiele nurtów współczesnej psychoterapii.

Dokładnie to samo spojrzenie, tylko zamiast mówić, że to droga do moralności, twierdzą, że to sposób na swobodę i zdrowie. Ostatni nurt dodał do tego jeszcze jeden punkt.

Pojawiło się pytanie: co jeśli twoje pragnienia będą sprzeczne z pragnieniami innych i musisz współżyć z innymi ludźmi? Co wtedy należy zrobić? Odpowiedź była taka: uderz go maczugą, zanim on uderzy ciebie.

Innymi słowy, istnieje tylko jeden sposób radzenia sobie z innymi ludźmi, brutalna siła fizyczna. Nie ma sensu próbować dyskutować z ludźmi czy przekonywać ich argumentami. Z oczywistych względów. Rozum jest bezradny. Jedynym argumentem jest maczuga.

Jest szczególnie… Trasymachus jest szczególnie znany z takiego poglądu. To pierwszy raz w filozofii, gdy pojawiło się przekonanie, że siła daje prawo. Twierdzili też, że z tym, co ludzie nazywają niemoralnością, jest tylko jeden problem, czyli z kłamstwem, oszustwem, rabunkiem, gwałtem, morderstwem itd. Jedyny problem polega na tym, że możesz zostać złapany.

Ale załóżmy, że powiedzieliby: to tylko fasada cnoty. Możesz zapisać się do różnych organizacji charytatywnych i klubów, żeby sprawiać wrażenie porządnego, przestrzegającego prawa obywatela. Możesz też składać odpowiednie ofiary w świątyniach, czyli przekupywać bogów. Załóżmy, że możesz przywdziać zewnętrzną maskę cnoty, a jednocześnie prowadzić ukryte życie pełne występków. Wtedy korzystasz z obu światów jednocześnie. Czerpiesz korzyści z cnoty, uznanie społeczne i przyjemności płynące z występku.

A jeśli to się nie uda, mówili, może spróbuj zostać dyktatorem? Zgromadź wokół siebie policję i wojsko, wtedy nie musisz się obawiać zemsty. I dodawali, że to nie jest tylko ich teoria. Wszyscy ludzie tacy są. Taka jest ludzka natura.

Dlaczego więc większość ludzi twierdzi, że nie powinno się tak żyć? Dlaczego społeczeństwo mówi, że nie wolno oszukiwać, rabować, zabijać ani gwałcić? Odpowiedzieli, że społeczeństwo jest pełne hipokryzji. Społeczeństwo to tchórze. Ludzie w społeczeństwie w głębi duszy marzą o takim życiu, ale się boją. Uważają, że jeśli zaczną rządzić według tych zasad, będą zabijać innych, by osiągnąć swoje cele, to ktoś zrobi to samo im i ich uprzedzi. Dlatego dogadują się i mówią: zawrzyjmy kompromis. Zrezygnuję z wymarzonego życia polegającego na zabijaniu ciebie, jeśli ty zrezygnujesz z wymarzonego życia polegającego na zabijaniu mnie i będziemy przestrzegać tych zasad.

Ale według nich społeczeństwo działa tak wyłącznie ze strachu, tchórzostwa i hipokryzji, a nie z przekonania. Każdy człowiek zachowywałby się jak kapryśny sofista, tak to przedstawia Platon, który oczywiście stanowczo sprzeciwia się sofistom. To opowieść o pierścieniu Gygesa, postaci mitycznej, która służy jako przypowieść ilustrująca pewną ideę.

Gyges był pasterzem, który znalazł pierścień o magicznej mocy: gdy obrócił kamień w dół, stawał się niewidzialny, czyli coś jak zapowiedź „Niewidzialnego człowieka” H.G. Wellsa. Gdybyś posiadał magiczny pierścień Gygesa, życie byłoby cudowne. Mógłbyś robić, co ci się podoba. Mógłbyś spełniać wszystkie swoje zachcianki, robić wszystko, na co masz ochotę i żyć w pełni szczęścia. Twierdzą, że każdy by tak postąpił.

Ludzie tacy właśnie są, a jedyne pytanie brzmi: czy masz odwagę zbliżyć się do takiego stanu, czy jednak zabraknie ci śmiałości? Pozwólcie, że na chwilę zacytuję Platona, który w swoich dialogach przedstawia różne stanowiska, do których się odnosi, ale to słynna wypowiedź Trasymacha w platońskim dialogu o micie Gygesa, czyli o Pierścieniu Gygesa. Przeczytam wam jego fragment.

„Wyobraźmy sobie, że istnieją dwa takie magiczne pierścienie, jeden trafia do osoby sprawiedliwej, drugi do niesprawiedliwej. Powszechnie sądzi się, że nikt nie miałby tak silnego charakteru, żeby nadal czynić dobro w odniesieniu do swojego majątku, skoro mógłby pójść na targ i bez strachu zabrać, co tylko zechce, wejść do domów i spać z każdą kobietą, którą wybierze, uwalniać więźniów, zabijać ludzi według własnego uznania i w skrócie, poruszać się wśród ludzi z boską mocą. Tak zwany sprawiedliwy człowiek nie zachowywałby się lepiej niż inni. Obaj wybraliby tę samą drogę. To mocny dowód na to, że ludzie postępują właściwie tylko pod przymusem. Nikt nie uważa tego za dobre dla siebie, skoro postępuje źle gdy ma taką możliwość. Gdyby ktoś miał pełną swobodę, ludzie uznaliby go za głupca, jeśli nie skrzywdziłby sąsiadów, albo nie sięgnął po ich majątek, choć publicznie udają, że chwalą jego zachowanie, bo sami boją się zostać skrzywdzeni.”

Na tym kończymy ten wątek. Twierdzą też, że trzeba być naprawdę biegłym w niesprawiedliwości, żeby uchodzić z nią bezkarnie.

To podejście ma swoją filozoficzną nazwę. Nazywa się je egoizmem. Nazywa się je egoizmem, bo sofiści z pewnością nie głosili poświęcenia dla Boga czy innych. Twierdzą, że należy dążyć wyłącznie do własnej korzyści i to powinien być jedyny cel. Widzisz, to właśnie egoizm.

Chodzi o to, że trzeba to tak zaklasyfikować, w przeciwieństwie do altruizmu czy poświęcenia dla Boga lub innych teorii, to jest egoizm, który jest całkowicie relatywistyczny, a jednym z błędów, jedną z największych tragedii filozofii Zachodu jest to, że egoizm od samego początku był powiązany z tymi innymi poglądami.

W rezultacie od tamtej pory egoizm kojarzony jest z dwoma głównymi aspektami.

Po pierwsze: z kultem kaprysu, z przekonaniem, że egoista to osoba, która arbitralnie podąża za własnymi, subiektywnymi pragnieniami, dokądkolwiek go one prowadzą.

Po drugie: z brutalnością, z przekonaniem, że jeśli porzuci się rozum, pozostaje tylko kaprys i brutalność.

A ponieważ sofiści byli egoistami, którzy odrzucili rozum, to właśnie oni jako pierwsi nadali egoizmowi taki obraz i znaczenie, jakie do dziś funkcjonuje w świadomości wielu ludzi.

Oczywiście były wyjątki od tej reguły. Arystoteles był egoistą zupełnie innego rodzaju, ale przez wieki chrześcijaństwo miało interes w pomijaniu istnienia tej koncepcji egoizmu i przedstawiania sofickiej wersji egoizmu. I tak, jak można się spodziewać, w dzisiejszych mediach masowych,

jeśli kogoś określa się mianem samoluba, to traktuje się to po prostu jako synonim osoby, która ślepo podąża za własnymi kaprysami i jest brutalna. Sądzę jednak, że tej publiczności nie trzeba tego tłumaczyć.

To właśnie do takiego stanowiska Platon spróbuje się odnieść i wyjaśnić, co jest w nim nie tak. Przede wszystkim zależało mu na polemice z sofistami. W historii filozofii istniały zarówno nurty empiryczne, jak i racjonalistyczne w sporze rozumu ze zmysłami.

Nie użyłem słowa „empiryzm”, ale to właśnie ta strona twierdzi, że wszystko zaczyna się od zmysłów. A potem okazuje się, że według nich rozum jest bezużyteczny i liczą się tylko zmysły.

Dlaczego Grecy opowiedzieli się za racjonalizmem, zamiast uznać, że zmysły są wiarygodne, a rozum nie? To świetne pytanie, a moja odpowiedź brzmi: oczywiście obie te przedstawione tu tezy są błędne. Pogląd, że rację ma tylko rozum, a zmysły się mylą, albo odwrotnie, że zmysły są słuszne, a rozum bezużyteczny, oba są nieprawdziwe.

Grecy byli myślicielami i przyjęli racjonalistyczne podejście, istotne było dla nich to, że jeśli już mają się mylić i nie chcę przez to powiedzieć, że jedne błędy są mniej poważne od innych, ale jeśli już się mylić, to w pewnym ograniczonym sensie lepiej być racjonalistą, bo jeśli wybierzesz drugą stronę i powiesz, że zmysły są ważne, ale nie można ufać rozumowi, jak zrobił to David Hume, to stajesz się podobny do zwierzęcia lub sceptyka. Z takim podejściem natychmiast zatrzymujesz się w miejscu, jeśli chodzi o zdobywanie wiedzy.

Po prostu nie możesz niczego się dowiedzieć, bo człowiek, który odrzuca wartość rozumu, odbiera sobie szansę na rozwój intelektualny. W idealnym świecie ludzkość powinna była zacząć od właściwego powiązania tych dwóch zdolności. Ale jeśli musieli zacząć od błędu, to całkiem zrozumiałe, że najpierw uznaliby ważność myślenia, a potem, jeśli by ich to poprowadziło, odrzuciliby dowody zmysłowe.

To oczywiście jest poważnym błędem, ale jeśli masz się pomylić i nadal chcesz myśleć, nie możesz odrzucić samego myślenia. Pod tym względem racjonaliści zawsze przewyższali sceptyków filozoficznie, choć oczywiście obiektywizm odrzuca oba podejścia; a racjonaliści mieli ogromny wpływ na ludzkość. Sceptycy po prostu torują drogę kolejnemu racjonaliście. To wszystko. Sofiści otworzyli drogę Platonowi. Tak też właśnie było z Augustynem, renesansowi sceptycy otworzyli drogę Kartezjuszowi, a Hume przygotował grunt pod Kanta itd.

Cały schemat polegał na tym, że sceptycy wszystko negowali, a potem pojawiał się kolejny racjonalista, by wprowadzić własną odmianę mistycyzmu. Ale pod tym względem, spośród tych dwóch błędów, tylko racjonaliści naprawdę myśleli i mieli wpływ na ludzkość, zarówno pozytywny, jak i negatywny.

Bądźmy szczerzy, jeśli sofiści twierdzą, że niczego nie można poznać, to skąd wiedzą, czym jest pragnienie?

To bardzo trafne pytanie; mogę tylko powiedzieć, że sofiści byli niespójni. Nie byli naprawdę sceptyczni. Ich współcześni zwolennicy są znacznie bardziej konsekwentni i twierdzą: nie możemy mówić o pragnieniach, bo nie mamy najmniejszego pojęcia, czym one są, ani nie możesz kiedykolwiek wiedzieć jakie naprawdę są twoje pragnienia, bo są dla ciebie całkowicie niepoznawalne. Jak możesz być pewny czegokolwiek. Możesz znać tylko swoje pragnienia tak, jak ci się jawią. To tak zwane pragnienia fenomenalne, a nie „illuminalne”. A niektórzy współcześni uczniowie idą jeszcze dalej i pytają: skąd w ogóle wiesz, jak twoje pragnienia ci się jawią? Skąd wiesz, że nie jawią ci się inaczej, jeśli jesteś tylko powierzchownym sceptykiem jak Gorgiasz w porównaniu do sceptyków XX wieku? Dlatego nie jesteś w stanie wiedzieć czegokolwiek.

Zobacz na: Arystoteles o Tyranii

 

Sceptycyzm Greckich Sofistów – Historia Filozofii Zachodniej (część 7 z 50)

https://rumble.com/v74hz98-sceptycyzm-greckich-sofistw.html

Wykład Leonarda Peikoffa o „Sceptycyzmie greckich sofistów” przedstawia sofistów nie jako jednolitą szkołę, lecz jako zawodową klasę nauczycieli V w. p.n.e., którzy sprzedawali umiejętności retoryczne potrzebne do zdobywania wpływów politycznych. Uczyli technik erystycznych i sofizmatów: jak schlebiać tłumowi, mieszać pojęcia i wygrywać spory. Stąd słowo „sofista” nabrało pejoratywnego znaczenia (choć Peikoff zauważa, że częściowo niesprawiedliwie, bo potępiano ich także za samo pobieranie opłat za nauczanie).

Najważniejsi przedstawiciele to Protagoras i Gorgiasz. Filozoficznie sofistów określa jako pierwszych otwartych sceptyków: twierdzili, że nie da się mieć obiektywnej, pewnej wiedzy o rzeczywistości. Ich sceptycyzm opierał się na radykalnej krytyce zmysłów. Nie chodziło jedynie o popularne przykłady iluzji czy halucynacji (kij „złamany” w wodzie, omamy po alkoholu), które są łatwe do odparcia, ale o argument znacznie mocniejszy: każde postrzeganie zależy od dwóch czynników, od obiektu oraz od stanu i „konstrukcji” narządów zmysłów obserwatora. Ten sam obiekt może się jawić różnie (daltonista vs osoba widząca barwy, zmiana smaku przy chorobie, pozorna wielkość Słońca zależna od odległości, letnia woda jako „ciepła” po lodowatej i „zimna” po wrzątku, podwójne widzenie po naciśnięciu oka). Sofiści dodają, że nie rozstrzygnie tego głos większości: gdyby istniała inna rasa o odmiennych zmysłach, „prawda” zmieniałaby się wraz z liczebnością, co ma pokazać absurd „demokracji” w epistemologii. Wniosek: nikt nie ma racji, bo każdy jest zamknięty w swoich danych zmysłowych, nie ma dostępu do „rzeczywistości samej w sobie”, więc należy mówić co najwyżej „wydaje mi się”.

Sofiści rozszerzają sceptycyzm na rozum. Skoro rozum operuje na danych zmysłowych, a te są subiektywne, to wnioski rozumu są „prawdziwe tylko dla” danej osoby. Peikoff podkreśla aktualność tej postawy: sygnałem sofistycznego subiektywizmu jest formuła „to jest prawda dla mnie”. Do tego dochodzi argument z niezgody: skoro filozofowie (Tales, Heraklit, Parmenides, Pitagoras, atomiści) tak bardzo się różnią, to znaczy, że rozum nie potrafi dotrzeć do prawdy. Trzeci filar to wpływ Heraklita: jeśli wszystko nieustannie się zmienia, nawet „prawda” nie utrzyma się dłużej niż chwilę, to trzeba by mówić „wydaje mi się teraz”.

Te poglądy streszczają dwa słynne stanowiska. Protagoras głosi relatywizm: „człowiek jest miarą wszystkich rzeczy”, czyli to, co ktoś uznaje lub odczuwa jako prawdę, jest prawdą dla niego w danej chwili. Gorgiasz formułuje skrajny sceptycyzm w trzech tezach:

(1) nic nie istnieje;
(2) nawet jeśli istnieje, nie da się tego poznać;
(3) nawet jeśli da się poznać, nie da się tego zakomunikować.

W etyce sofistyczny sceptycyzm prowadzi do relatywizmu moralnego: nie ma obiektywnego dobra ani cnót, a „cnota” to konwencja społeczna. Dobre jest to, czego ktoś chce; wszystkie pragnienia są równoważne. W relacjach międzyludzkich, gdy pragnienia się zderzają, pozostaje przemoc: „siła daje prawo” (kojarzone m.in. z Trasymachem). Moralność społeczeństwa ma być tylko maską wynikającą ze strachu przed wzajemną krzywdą, ilustracją jest mit o Pierścieniu Gygesa: gdyby ludzie mogli działać bezkarnie, większość wybierałaby grabież, seks i przemoc, a „sprawiedliwość” byłaby jedynie wymuszonym kompromisem.

Peikoff domyka wykład tezą historyczną: sceptycyzm tworzy cykle, okres konstruktywny przechodzi w negację, po czym pojawia się nowy racjonalista (sofiści torują drogę Platonowi; podobne role przypisuje Augustynowi, Kartezjuszowi, Kantowi). Wskazuje też na słabość sofistów: jeśli twierdzą, że niczego nie da się poznać, ich własne odwołanie do „pragnień” jest niespójne, co ironicznie, późniejsi sceptycy próbują doprowadzić do jeszcze większej konsekwencji.